• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

  Często zastanawiamy się nad tym, ile czegoś jest czymś. Ile mięsa w parówkach, ile tłuszczu w mleku, ile cholesterolu we krwi, ile etanolu w drinku, ile bawełny w koszuli, ile szczerości w obietnicach, ile prawdy w uśmiechu. Ostatnio na fali mojego zafascynowania ideą bycia humanistą, którego (niestety?) nie sposób ukryć, zaczęłam po raz kolejny zastanawiać się, ile jest mnie we mnie.
W tym momencie w waszych, Co Bardziej Rozgarnięci Czytelnicy, umysłach pojawiać się może okrzyk zdumienia – „Do diabła! Czy ona właśnie powiedziała, że nie jest sobą, że udaje, że gra?!”. Spokojnie, jak zwykle błądzicie niemiłosiernie…
  Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jestem sumą wrażeń, których doznałam, osób, które poznałam, miejsc, które zwiedziłam, wspomnień, które zostały zmanipulowane, aby tylko bardziej tęsknić za czasem, który nie wróci. Nie byłabym tą samą osobą, gdyby nie wyschnięta głowa szczupaka, którą dziadek straszył mnie, gdy byłam mała. Nie poznalibyście mnie, gdyby wymazać z mojej pamięci osiem lat treningów sztuk walki, wyjazdów na zawody, walk i zdobywania medali, które cały czas wiszą w kącie przenigdy nieodkurzane. Nie istniałabym w dzisiejszej formie, gdyby nie każda łza, którą uroniłam z byle powodu. Jestem, ponieważ prywatna podstawówka, w której pani pedagog wyzywała mnie od ćpunów, publiczne gimnazjum, w którym postanowiłam choć trochę przyzwyczaić się do ludzi, wszystkie niepowodzenia i wszyscy ludzie, którzy mnie zawiedli – to wszystko?
  Nie mogę stwierdzić, że jestem aż tak bierna i nijaka, że to otoczenie musiało mnie wykreować, co to, to nie! Jestem świadoma tego, że każda moja decyzja pozostawiła we mnie jakiś ślad – podejmowanie wyborów jest dla mnie bardzo, bardzo ważne i wszelkie decyzje zapadają mi pamięci. Doskonale zapamiętuję też sytuacje, nastroje, szczegóły, miłe gesty. Szybko się przyzwyczajam i przywiązuję – to dlatego też wszystko odciska się na mnie jakimś piętnem(?). Uwielbiam tęsknić za czymś, czego już nie przeżyję. Uwielbiam nostalgię, mimo że przez nią nie potrafię docenić stanu obecnego. No cóż, fajnie byłoby wrócić do momentów, które zaważyły o tym, kim jesteśmy, nieprawdaż?
  Może zostałam zmanipulowana przez kurs podstaw filozofii, na którym miałam przygotować się na debatę dotyczącą koncepcji ja w empiryzmie, kantyzmie i racjonalizmie z empiryzmu właśnie i może za bardzo wzięłam sobie do serca Locka i jego koleżków, a może po prostu stary, poczciwy Arystoteles miał rację – tabula rasa i te sprawy… Nie wiem, chciałabym jednak kiedyś poznać, jakie predyspozycje kryły się we mnie od początku i co stanowi najmojszą mojość – jaka cecha, jakie upodobania, jakie zainteresowania. W przeciągu kilku lat opowiadałam się za tyloma koncepcjami siebie i szczerze wierzyłam w każdą kolejną i każdą kolejną uznawałam za tą właściwą. Dalej sądzę, że każda z nich była właściwa – w swoim czasie, miejscy, okolicznościach, wśród przypisanych jej ludzi. Zagadkę stanowi to, które wydarzenie, który z obecnych powodów do nostalgii stanie się kluczowym w perspektywie całego mojego życia i ile to jeszcze razy zmieni się moje ja…

Szczere Kocisko
  Lubimy krytykować. Ja (zaraz się o tym przekonacie), wy, cała reszta świata. Bo wiecie, społeczeństwo nie jest miłe. Do podobnych wniosków doszła Dorota Masłowska i postanowiła podzielić się tym newsem, tytułując z ten sposób swoją... płytę. W wywiadzie dla Wyborczej tłumaczyła, że nie chciała pisać  książki na temat blokowisk, hajsu i jeżdżenia audi, nie znosi bowiem literatury zaangażowanej. Dobra, to o czym ona pisała dotychczas? I czy „Chleb” lub „Haj$” mam odbierać jako muzykę zaangażowaną? Co do amstaffa?!
  Pewnie wiecie, że Masłowska zadebiutowała „Wojną polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną” jako bardzo młoda dziewczyna – świeżo upieczona absolwentka liceum. „Wojna…” reklamowana była, jako pierwsza polska powieść dresiarska. No tak, uczyniła dresiarza głównym bohaterem, jego monolog narracją. Spoko, fajnie. Była luka, została zapełniona, jest bestseller, jest adaptacja filmowa, haj$ się pewnie zgadza. Ale Masłowska brnęła dalej. Wydany trzy lata później „Paw królowej” znów kipi cynizmem, epatuje brzydotą i głupotą, zraża agresywnym językiem, brakiem spójnej fabuły (Marta Sawicka). Znów dotyczy polskiej kultury podwórkowej, znów jest parodią, autorka po raz kolejny bawi się potocyzmami. Krytyczny obraz polskiej rzeczywistości vol. 2? Utwory dramatyczne, które wyszły spod pióra Masłowskiej również traktują o Polakach, polskości, o tym wszystkim, o czym już pisała...
  Ale halo, w 2009 roku wyjechała do Stanów na roczne stypendium. Wiecie co to oznacza?  Nie? No dobra… Fabuła jej następnej powieści „Kochanie, zabiłam nasze koty” już nie toczy się w polskim bloku z wielkiej płyty. Teraz jest światowa, zamerykanizowana, przepełniona do granic możliwości znakami handlowymi, markami, kaloszami Hunter, żelem antybakteryjnym, modą na jogę, Starbucksem, całym tym lifestyle-owym śmietniczkiem. Dzięki temu książka miała różnić się od poprzednich dziełek (dzieł?) Masłowskiej.  Muszę przyznać – przeczytałam ją w jeden wieczór, zaciekawiona, rozbawiona, zachwycona absurdalną  klamrą kompozycyjną. Bez problemu załapałam sens, całą tą ironię, cały gorzki wydźwięk. Autorka bardzo sprawnie przeprowadza czytelnika przez fabułę. „Kochanie…” całkiem przyjemnie   przytaczało się w pracach olimpijskich - podobnie, jak „My zdies’ emigranty” Gretkowskiej (ot, rada dla przyszłych olijpowców).
  Lubię Masłowską, ale naprawdę, czy ona nie może inaczej? Nauczyła się krytyki, satyry, uszczypliwych spostrzeżeń na temat społeczeństwa i tyle? Kiedy dowiedziałam się, że to ona stoi za pseudonimem Mister D. zrobiło mi się przykro. Taka fajna, wredna autorka robiąca taką popelinę? Naprawdę? Obrońcy tego projektu twierdzą, że to jest awangarda, że puszczanie oka, że sprawna parodia. Mi się wydaje, że D. nie wie, co chciałaby sparodiować… Bo z jednej strony polskie realia, prezydent, Żabka, Tiger, blokowisko, a z drugiej cytaty z Miley Cyrus, YOLO i inne plagi internetów – koty z wyłupiastymi oczami, galaktyczne motywy… Nie rozumiem też stylizacji retro. Bo co ma Atari, Tetris, Pikachu, granie w gumę i Fiat 126p do całego konceptu? To chyba jedynie przykrywka, która ma uzasadniać warstwę instrumentalną całego przedsięwzięcia. Swoją drogą Mister D. muzycznie nie powala. Porównując te piosenki chociażby z hipnotyzującym „Hera koka hasz LSD” Karoliny Czarneckiej, widać, że mogłoby być o wiele lepiej.
  Projekt Mister D. jest moim zdaniem okropnie wtórny. Jeśli ktoś chce pośmiać się z dzisiejszego społeczeństwa, popularnych wykonawców, czy stylistyki, w której chcąc nie chcąc siedzimy, to może sobie posłuchać/pooglądać Die Antwoord, a jeśli Die Antwoord okaże się za mocne, można zawsze zadowolić się bardzo dobrze zrobionymi parodiami komercyjnych piosenek, które oferuje np. The Key of Awesome. Z kolei, jeżeli komuś brakuje w życiu czegoś psychodelicznego, dziwnego i tajemniczego, czy nie lepiej obejrzeć sobie Krainę Grzybów, która jest naprawdę niezależna (nie stanowi promocji żadnego filmu, co nie?), nieprzewidywalna dla odbiorcy i niesamowicie dokładnie przemyślana przez twórców, niż te chlebowo-maślane wynurzenia?
Szczere Kocisko

Tkaczyszyn-Dycki
Nie pojawiło się na insta, to pojawia się tu, a co!
  Nie tak dawno opowiadałam o tym, jak bardzo i dlaczego nie rozumiem humanistów. A raczej – nie rozumiałam. Przychodziłam na dodatkowe zajęcia z analizy i interpretacji wierszy, z przerażeniem obserwując „tych ludzi”, których widziałam przez pryzmat ich zeszytów na cytaty i skrzętnie zapisywanych informacji na temat każdej przeczytanej powieści, każdego zbioru opowiadań, każdego tomiku poezji. Myślałam sobie – nie ma dla mnie tutaj miejsca, po co marnuję ferie na udawanie, że mogłabym kiedykolwiek im dorównać. Czasami śmiałam się w duchu i próbowałam ironizować. A to wszystko tylko po to, aby ukryć swoją zazdrość… Z czasem przekonałam się, że bardzo lubię rozmawiać z "tymi humanistami". Okazało się, że wiele rzeczy, które mi pokazują, urzeka mnie, całkowicie trafia w mój gust. Strach i pobłażanie zmieniły się w podziw. Nie narzekam, wiecie?
  Wróciłam do standardowej nauki, wałkuję biologię, fizykę i matmę, z polskiego mam już wpisane 100%. Daję radę – tydzień nadrabiania przekładanego relaksem i doprowadzaniem swojego ego do porządku wystarczył, aby wejść w rytm mnie-ścisłowca. Zauważyłam już, dlaczego nigdy nie potrafiłam stwierdzić, co wolę; dlaczego nigdy nie odpowiadałam jednoznacznie na pytania o ulubiony czy znienawidzony przedmiot. Nie ma takich. Szczególnie teraz, w liceum kiedy to uczę się jedynie tych rzeczy, które sama sobie do nauki wybrałam. Ten wybór nie był prosty i ciągle zadaję sobie pytanie o to, czy był chociaż słuszny. Jednak wiem, że w moim przypadku nie ma czegoś takiego, jak słuszny wybór. Od roku nie miałam historii i szczerze tęsknię za nauką dat, biografii, za słuchaniem nauczyciela wyjaśniającego jakieś historyczne zależności. Równie dobrze mogłabym uczyć się tego przedmiotu na własną rękę, ale niestety czas nie jest niewyczerpywalnym źródełkiem… Podobną tęsknotę odczuwam jeszcze do nauki historii sztuki, języka rosyjskiego… Naprawdę, jeśli uda mi się wygospodarować jakąś jedną, małą godzinkę w przyszłym trymestrze – idę na historię sztuki! Wiem jednak, że jeżeli półtora roku temu zdecydowałabym się na inną specjalizację, na przykład taką zakładającą rozszerzenie z polskiego i historii, tęskniłabym niemiłosiernie za fizyką i klęłabym na wszystkie daty, których i tak nigdy bym nie zapamiętała. Problem w tym, że jestem zbyt elastyczna – nie widzę różnicy między poznawaniem tajemnic komórki eukariotycznej, a poznawaniem tajemnic poezji. No dobrze, widzę różnicę, ogromną, ale to obu tych rzeczy podchodzę z porównywalnie pozytywnym nastawieniem. Człowiek renesansu, nie? Wszechstronny, ciekawy świata, głody wiedzy! Cholernie skromny…
  Przez ten ostatni czas strasznie się "zhumanizowałam". O dziwo – najbardziej po zakończeniu mojej olimpijskiej drogi. Kiedyś mogłam bez większego poczucia winy karmić swojego wewnętrznego mola książkowego jedynie szkolnymi lekturami, teraz nie mogę wyobrazić sobie popołudnia bez książki. Kiedyś brzydziły mnie notatki i zapisywanie cytatów (hej, zawsze można zrobić mu zdjęcie, nie?), teraz czuję się dumna, mogąc zapisać kolejną kartkę swojego notesu spostrzeżeniami na temat kolejnej przeczytanej pozycji. Czuję, że muszę poznawać coraz więcej i więcej. Czytać tak dużo, jak to tylko możliwe, przeglądać albumy z malarstwem Boscha, poczytywać artykuły dotyczące historii, wiązać ją jakoś w literaturą, a przecież zawsze trzymałam się od tego z daleka. Kocisko humanizowane pogryza olimpijskie ciasteczka owsiane, wstaje od kompa i rzuca się na Hellera.

Szczere Kocisko
  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ▼  2016 (18)
    • ▼  marca (3)
      • szczerekocisko.pl
      • Stawianie na głowie
      • Dzielę się jedzeniem - luty
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (8)
    • ►  października (9)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ►  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.