
Bardzo chciałam zobaczyć, jak się sprawy mają w moim liceum,
jak się wszystko kręci dalej beze mnie i jak bardzo mnie nie potrzebuje; bardzo
za tą szkołą tęskniłam. Każdy powrót do domu miał wliczone w pakiecie tęsknie spojrzenia w jej stronę. To jasne, że nie mogłam
przegapić szkolnej wigilii. Niezależnie od tego, czy się w coś wierzy, czy nie,
trudno o lepszy moment na pierwsze spotkanie na płaszczyźnie absolwent-szkoła,
na życzenia, uśmiechy i dobre intencje. Więc przyszłam, przepchałam się przez
tłum ludzi, których nie znam, nie pamiętam albo pamiętam inaczej, bo schudli,
dojrzali, zapuścili lub pościnali włosy, odszukałam ulubionych belfrów, na
niektórych wpadłam szczęśliwym przypadkiem, wymieniłam się ploteczkami,
zebrałam bukiecik pochwał i sama też się nieco pochwaliłam. Zarzućcie mi
sztuczność, ale lubię to. No lubię. Już rok temu lubiłam, choć wtedy sama się
sobie jeszcze dziwiłam.
W tym roku nie ma podstaw do zdziwienia – czuję, że mam
powody, by do wzdychać do liceum. Jego specyfika przez te trzy lata wychowała
sobie mnie w pewien sposób, nauczyła mnie funkcjonowania w trybie, który
określiłabym jako sprinterski – trzy miesiące pracy o sporym natężeniu, bardzo
regularne, bo codzienne, lekcje niewielkiej liczby przedmiotów, które w
naturalny sposób wymuszały sumienność, systematyczność i inne dobrze rzeczy. Lubiłam
to, umiałam pracować w ten sposób, czułam się w tym systemie jak ryba w wodzie,
nawet jeśli czasem łapałam zadyszkę, płakałam nad matmą i uważałam, że nic nie
da się zrobić i że tym razem to już na pewno
nie będę miała dobrych ocen. Tutaj, gdy wszystko zdaje się być tak
niemiłosiernie rozwleczone, z wiecznymi zaległościami, brakiem wiedzy, co
właściwie trzeba zrobić i kiedy zacząć, aby zdążyć i jak zgrać się z resztą
grupy, mam wrażenie, że tylko się frustruję. Choć jak na razie idzie mi dobrze
i może wcale nie powinnam narzekać, przejście z systemu hołubiącego indywidualizm,
pracę jednostki, jej zainteresowania i aspiracje, do ciągłych prac w grupie,
czczych burz mózgów (hehe) i podsyłania sobie materialików JEST dla mnie
bolesne.
Ten ból i te moje głupie pretensje w stronę
interdyscyplinarności, którą w marzeniach uosabiałam sobie jakimś Leonardem da
Vinci bardziej, niż zespołem badawczym, wyciszają się, kiedy widzę poruszonych
nauczycieli z liceum, ich choćby symboliczną dumę i jakieś uznanie wobec tego,
co robię. W samą porę. Ostatnie tygodnie, co pewnie można było zauważyć przez
moje milczenie tutaj, były dla mnie czasem na zwolnienie obrotów, radość,
celebrowanie, zwiedzanie, poznawanie, uważność i pewne oddalenie się od spraw
akademickich. Również – udowodnienie sobie, że świat się nie zawali a ludzie
nie oszaleją z nieogarnięcia, jeśli odpuszczę jakiś wykład i że nie wszystko na
studiach kręci się wokół mnie, i w drugą stronę – studia nie są centrum mojego
świata. Choć jestem pilna, pasjonuję się przedmiotami swojej edukacji i
zdecydowanie wiążę swoją przyszłość zawodową z naukami kognitywnymi, nie czuję
się studentką. Nie żartuję sobie ze studenckiego życia, nie chodzę na studenckie
imprezy, nie utożsamiam się. Utożsamiam się jedynie ze swoim światem, z tym, co
sama sobie zbudowałam i z tym, co do swojego świata wpuszczam. I jestem
uczennicą swojego liceum, ciągle.