• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

W tym miesiącu - co nie trudno zauważyć na zdjęciach - faktycznie dzieliłam się jedzeniem. Gotowaniem. Sprzątaniem po jedzeniu. Wszystko w atmosferze radości i współpracy. Było baaardzo smacznie!

Owsianka z cynamonem, bananem, jabłkiem i wegańskim dżemem truskawkowym z aromatem wanilii

Makaron, rukola, prażona ciecierzyca z puszki przyprawiona solą, pieprzem i wędzoną papryką oraz sos musztardowo-miodowy z jabłkiem i bakaliami

Ryż i tofurnica w kurkumą, marchewką i groszkiem 

Jaglanka na mleku kokosowym z bakaliami, toruńskim piernikiem i bananem

Kuskus, sałatka z jarmużu, pomidorów i kukurydzy, kotlet soczewicowy, dyniowy ketchup i podsmażone białe szparagi z zalewy

Sałatka z jarmużem, gotowane bataty, wegańskie sosy - majonez i dyniowy ketchup

Bardzo dziwne i bardzo smaczne danie - jaglanka na mleku kokosowym gotowana z konserwową dynią, sezamem i czarnuszką

Mój klasyk - grillowane bakłażany, kuskus z kurkumą, sałatka z rukoli

Pyszny efekt wypadku przy pracy - smażona na oleju kokosowym owsianka z kakao, karobem i mąką kukurydzianą, podana z poszatkowanymi bakaliami, bananem i ciepłym miodem

Domowe szwedzkie bułeczki szafranowe - lussebullar

Bardzo chciałam zobaczyć, jak się sprawy mają w moim liceum, jak się wszystko kręci dalej beze mnie i jak bardzo mnie nie potrzebuje; bardzo za tą szkołą tęskniłam. Każdy powrót do domu miał wliczone w  pakiecie tęsknie spojrzenia  w jej stronę. To jasne, że nie mogłam przegapić szkolnej wigilii. Niezależnie od tego, czy się w coś wierzy, czy nie, trudno o lepszy moment na pierwsze spotkanie na płaszczyźnie absolwent-szkoła, na życzenia, uśmiechy i dobre intencje. Więc przyszłam, przepchałam się przez tłum ludzi, których nie znam, nie pamiętam albo pamiętam inaczej, bo schudli, dojrzali, zapuścili lub pościnali włosy, odszukałam ulubionych belfrów, na niektórych wpadłam szczęśliwym przypadkiem, wymieniłam się ploteczkami, zebrałam bukiecik pochwał i sama też się nieco pochwaliłam. Zarzućcie mi sztuczność, ale lubię to. No lubię. Już rok temu lubiłam, choć wtedy sama się sobie jeszcze dziwiłam.

W tym roku nie ma podstaw do zdziwienia – czuję, że mam powody, by do wzdychać do liceum. Jego specyfika przez te trzy lata wychowała sobie mnie w pewien sposób, nauczyła mnie funkcjonowania w trybie, który określiłabym jako sprinterski – trzy miesiące pracy o sporym natężeniu, bardzo regularne, bo codzienne, lekcje niewielkiej liczby przedmiotów, które w naturalny sposób wymuszały sumienność, systematyczność i inne dobrze rzeczy. Lubiłam to, umiałam pracować w ten sposób, czułam się w tym systemie jak ryba w wodzie, nawet jeśli czasem łapałam zadyszkę, płakałam nad matmą i uważałam, że nic nie da się zrobić i że tym razem to już na pewno nie będę miała dobrych ocen. Tutaj, gdy wszystko zdaje się być tak niemiłosiernie rozwleczone, z wiecznymi zaległościami, brakiem wiedzy, co właściwie trzeba zrobić i kiedy zacząć, aby zdążyć i jak zgrać się z resztą grupy, mam wrażenie, że tylko się frustruję. Choć jak na razie idzie mi dobrze i może wcale nie powinnam narzekać, przejście z systemu hołubiącego indywidualizm, pracę jednostki, jej zainteresowania i aspiracje, do ciągłych prac w grupie, czczych burz mózgów (hehe) i podsyłania sobie materialików JEST dla mnie bolesne.

Ten ból i te moje głupie pretensje w stronę interdyscyplinarności, którą w marzeniach uosabiałam sobie jakimś Leonardem da Vinci bardziej, niż zespołem badawczym, wyciszają się, kiedy widzę poruszonych nauczycieli z liceum, ich choćby symboliczną dumę i jakieś uznanie wobec tego, co robię. W samą porę. Ostatnie tygodnie, co pewnie można było zauważyć przez moje milczenie tutaj, były dla mnie czasem na zwolnienie obrotów, radość, celebrowanie, zwiedzanie, poznawanie, uważność i pewne oddalenie się od spraw akademickich. Również – udowodnienie sobie, że świat się nie zawali a ludzie nie oszaleją z nieogarnięcia, jeśli odpuszczę jakiś wykład i że nie wszystko na studiach kręci się wokół mnie, i w drugą stronę – studia nie są centrum mojego świata. Choć jestem pilna, pasjonuję się przedmiotami swojej edukacji i zdecydowanie wiążę swoją przyszłość zawodową z naukami kognitywnymi, nie czuję się studentką. Nie żartuję sobie ze studenckiego życia, nie chodzę na studenckie imprezy, nie utożsamiam się. Utożsamiam się jedynie ze swoim światem, z tym, co sama sobie zbudowałam i z tym, co do swojego świata wpuszczam. I jestem uczennicą swojego liceum, ciągle. 
Uwielbiam martwić się na zapas. Nie, wcale nie, ale robię to nagminnie i z pasją, która sugeruje wspomniane uwielbienie. Uporczywie czuję, że coś nadciąga, podobnie jak swoją przyszłą zadyszkę i zmęczenie. Oczyma wyobraźni często widzę, jak nie mogę spać, bo doba okazuje się za krótka, jak nie daję rady, jak solennie przepraszam za to czy za tamto. I właściwie można byłoby uznać to za zupełnie niefajne, niedobre, niepotrzebne i fujć. Ale naturalną konsekwencją tego wszystkiego jest ulga.

Ulga, która pojawia się, kiedy zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, że czas mija tak czy siak, i że nie muszę być zawsze na samej górze stawki. I że właściwie, w obawie przed burzą, zorganizuję sobie własne, na swoich zasadach, w swoim terminie i już mnie ta pierwsza burza nie obchodzi. Ulga, kiedy okazuje się, że aby skreślić to nieatrakcyjne zadanie ze swojej listy jako wykonane, nie potrzeba było takiego nakładu pracy, jak się na początku myślało.

Poganiam się, strofuję i straszę się ciągle, że stracę kontrolę. Że to już, już, świat wymyka mi się z rąk i zaraz będzie piękna katastrofa. W międzyczasie włączam w sobie jakiś tryb zarządzania kryzysowego i radzę sobie. Wychodzę cało z udawanej opresji z prawdziwym zadowoleniem z siebie. 

A czasem, z przyczyn niezależnych od siebie, kiedy już nic nie mogę zrobić, aby burzę sobie przyspieszyć, stłumić i zgubić, pozwalam sobie kilka razy dziennie zwyczajnie zapomnieć. Udać, że problemu nie ma. A potem sprawdzić maila i zorientować się, że i tam jeszcze nic nie ma.

Można by się było tak niczym nie martwić i niczym nie przejmować? Tak zupełnie z pełną pogodą ducha wychodzić z żelaznego założenia, że wszystko się uda i nie ma żadnego problemu? Ja chyba takiej opcji nie widzę. Od wielu, wielu lat niezmiennie sądzę, że tęsknoty, przygnębienie i jakaś taka lepka melancholia są mi potrzebne. Że są warunkiem koniecznym do odczuwania szczęścia. A kiedy znaleźć czas na strach i zmartwienie, jeśli wszystko ma być dobrze?
  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ▼  2016 (18)
    • ▼  marca (3)
      • szczerekocisko.pl
      • Stawianie na głowie
      • Dzielę się jedzeniem - luty
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (8)
    • ►  października (9)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ►  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.