Cały czas słyszę (a raczej czytam),
że w „dzisiejszych czasach” ludzie myślą o wszystkim, tylko nie o
teraźniejszości. Że nie żyją teraźniejszością. Rozpamiętują, rozdrapują rany,
marudzą, wspominają. Albo w drugą stronę – cały czas planują, rozmyślają,
zabezpieczają przyszłość, marzą, czekają. Na swoim przykładzie zauważyłam, że to
nie do końca tak. Jasne, wybiegamy w przyszłość, albo wracamy do przeszłości,
ale wydaje mi się, że jest to skutek naszego wiecznego więzienia –
teraźniejszości. Dlaczego, spośród milionów momentów składających się na nasze
życie, mieszkamy właśnie w tym, ciągle przeobrażającym się momencie?
Dziś skończyłam 17 lat. Tragedia.
Myśl o tym, że za rok będę pełnoletnia, będę mogła głosować, robić prawo jazdy,
pić (a właśnie, że nie!), pracować, jest okropna. Mam wrażenie, że to otoczenie wokół mnie się
zmienia, a ja pozostaję taka sama. Że te wyrośnięte nastolatki, których bałam
się w podstawówce i moi rówieśnicy, to dokładnie to samo. Oczywiście mam
świadomość, że to nieprawda, że to tylko „efekt znajomości wyniku” miesza mi w
mózgu i zmienia wspomnienia, jednak ja chcę czuć, czuję wieczność. Wierzę, że
każda chwila trwa gdzieś we wszechświecie wiecznie, jak film, który oglądam.
To, że widzę konkretną scenę, nie oznacza, że poprzedniej już nie ma. Jest,
jest zapisana, ale nie patrzę na nią.
W naszych odczuciach jesteśmy
podobni do psów, które witając właściciela, czują, że witają go „zawsze”, a
będąc karane, kara jest „wieczna”. Kiedy jest zima, a śnieg zalega na
chodnikach, żyję w rzeczywistości którą zastaję i dziwię się, że kiedyś mogło
być inaczej, że kiedyś będzie inaczej! Kiedy jestem chora, kiedy coś mnie boli,
po jakimś czasie nie pamiętam uczucia nie-bólu. Kiedy jestem zdrowa, zdaję się nie znać bólu. Tak, jakby nigdy go nie było. Myślę o nim, jak o fikcji. Mam
wrażenie, że moja przeszłość jest fikcją albo, że nigdy nie stała się
przeszłością. Mogłabym pewnego poranka pojawić się w gimnazjum i kompletnie się
nie zdziwić, pójść na lekcje i przywitać starą klasę tak, jakby ten etap nigdy nie dobiegł końca.
Niektórzy chcą być dorośli.
Chorobliwie i niebezpiecznie. Ja nie, obawiam się tego. Skoro złożenie zamówienia
w kawiarni jest dla mnie sytuacją wybitnie stresującą, podobnie jak odebranie
nieznanego telefonu, chyba nie zasłużyłam na dorosłość. A skoro żyję teraz,
myślę, że nie zasłużyłam na nią nigdy. Specjalnie użyłam formy czasu przeszłego,
rozumiesz, Co-Bardziej-Rozgarnięty-Czytelniku?
Dla równowagi – mnie też dotyczy
nostalgia, wspomnienia. Planuję jak nikt inny i jestem mistrzynią w rozpaczaniu
na zapas. Ale wydaje mi się, że to po prostu reakcja na ciągłą teraźniejszość.
Bo w końcu zawsze jest teraz. Teraz trwa zawsze.
Szczere Kocisko
