W góry uprzedzam, że ten wpis może się nie spodobać. Choć zawsze byłam
uczona, aby się takich osądów na samym początku wypowiedzi wystrzegać, tym
razem zrobię wyjątek. Dlaczego? Bo wpis, który właśnie czytanie stworzony jest pod wpływem silnych i dość
sprzecznych emocji. Bo biorę się za pisanie o sztuce bez szczególnego zaplecza
teoretycznego. Bo sama mam co do tego wątpliwości, a jednak bardzo mnie korci,
aby wypowiedzieć się na ten temat.
Pamiętam, jak na lekcjach wiedzy o kulturze denerwowałam się, gdy
praktycznie na każdym kroku z ust uczniów padały stwierdzenia, że sztuka XX wieku,
to już nie sztuka. Że owszem, Klimt to sztuka. Dali to też jeszcze sztuka.
Munch i Picasso to sztuka, ale tak tylko trochę, bo przecież pięciolatek też by
tak mógł. Ale Warhol? Pollock? A gdzie
tam! Nie wspominając już o takich szarlatanach jak Malewicz lub Mondrian! Do
autorów tych krytycznych (lub ignoranckich) uwag nie docierał bardzo prosty
fakt. Otóż ich głównym argumentem, taką
myślą przewodnią wszystkich ich wypowiedzi, było to, że sami też by tak mogli.
Zastanawiali się też, czy to uczyniłoby z nich artystów na miarę właśnie
Picassa albo Warhola. No właśnie, nie uczyniłoby.
Nie lubię powszechnego ostatnio nadużywania słowa „kontekst”. Ładny fragment
poruszający ten temat można znaleźć w „Obsoletkach” Bargielskiej, w miniaturze „Jak
myślałam, że co jest w słoiku?”. Poszukajcie. Albo nie, daję wolną rękę.
Zmierzam do tego, że z całą moją niechęcią do zbyt częstego rozprawiania o
kontekstach, muszę stwierdzić, że w sztuce, szczególnie w XX i XXI wieku bez
znajomości kontekstu się nie obejdzie. Wcześniej sztuka pełniła głównie funkcję
sakralną, funkcję źródła historycznego, funkcję ludyczną, dydaktyczną nawet. I przez
te wszystkie tysiąclecia miała przedstawiać! Ale to się „skończyło” ponad sto lat temu!
Wzięte w cudzysłów, bo nie definitywnie. Ale przedstawianie czegoś, co ma swoje
odzwierciedlenie w rzeczywistości przestało być obowiązkowe. Bo przedtem trochę było. Przypomnijcie
sobie historię impresjonistów. Postępujące odejście od realistycznego,
akademickiego przedstawiania świata w sztuce trwające mniej więcej od drugiej
połowy XIX wieku było wyrazem buntu.
Było świeżością. Było nie do pomyślenia!
Wydaje mi się, że ubiegły wiek dotknął już wszystkiego lub niemal wszystkiego.
Był kubizm, surrealizm, neoplastycyzm, malarstwo gestu/akcji, malarstwo
wielkich płaszczyzn. Marina Abramović swoje performance zaczęła realizować już
w latach 70. I sama określa już siebie „babcią performance’u”. Z tym, że jej
realizacje cały czas coś wnoszą. Opierają się na relacji artysta – widz, budzą
w ludziach autentyczne emocje, włączają ich w proces twórczy, nawet jeśli to
tylko (lub aż) siedzenie przy stole naprzeciwko artystki – The Artist Is Present
(2010). No właśnie, czyli można przez ponad 40 lat nie spalić się i nie stać
się własną kalką. Ani czyjąkolwiek…

Wyjaśniliśmy sobie kilka rzeczy, mogę więc przejść do właściwego
przedmiotu tego wpisu. W zeszłym tygodniu, jak wiecie, pojechałam z mamą
do Trójmiasta. Punktem obowiązkowym była oczywiście Stocznia Gdańska. Nie
poprzestałyśmy jednak na zwiedzeniu sali BHP, naszą uwagę przykuł (oprócz
oczywiście czekającego na swoje jutrzejsze otwarcie Europejskiego Centrum Solidarności,
które mnie powaliło na łopatki – w końcu ktoś tu docenia rdzę w architekturze!)
transparent z napisem „Alternativa 2014”,
który pokierował nas do wielkiego, postoczniowego, cudownie industrialnego
budynku. No i… budynek był w tym wszystkim najfajniejszy. Bo lubię surowe
przestrzenie. Wystawa w ramach „Alternativy” nosiła tytuł „Codzienność”. I
rzeczywiście – dotyczyła codzienności, czytania, gotowania, wypasu krów, snu,
bliskości. Ale jedynie dotyczyła. Nic z niej nie wynikało. Bo co z tego, ze
instalacja wygląda ładnie, jeśli są to tylko foliowe worki podwieszone pod
sufitem w charakterze ślicznych obłoczków? Twórcy pełnymi garściami czerpali z
dorobku wielkich ubiegłego wieku. Ale mam wrażenie, że nic z tym nie zrobili.
Były również nagrania z lat 90., 70., z lat 60. chyba też się coś znalazło. I zadaję
sobie pytanie – dlaczego nie pojawiło się nic poza cytatami i projektami sprzed
lat? Lub nic, co nie byłoby rozwieszonymi paskami papieru, między którymi można
błądzić, foliowymi workami, białą sklejką… Przeszukuję teraz
stronę wydarzenia i okazuje
się, że rzeczy, które w założeniu, w opisie są całkiem fajne, opierają się właśnie
na aktywności widza, tutaj umarły. Mam na myśli szczególnie instalację „Pomruki”,
która powstała 14 lat temu! Tu kolejna refleksja – czy tytuł „Alternativa 2014”
jest choć troszeczkę na miejscu?
Jak wspominałam, wiele obiektów dotyczyło bliskości. Była całująca się
para, była para chodząca „na trzech nogach”, związana kablem, była
kobieta siorbiąca wodę w lustrzanej misie, były takie obrazki, za jakie w
gimbazie chłopcy dostają uwagi do dziennika. O co chodzi z tą bliskością? Btw. wystawa
współczesnej sztuki tajskiej, na której byłam w Szczecinie, też zatytułowana była
w ten sposób - „Proximity/Bliskość ”, coś musi być na rzeczy. Moja mama naprowadziła mnie na niezły trop. Powiedziała coś w stylu „czy młodzi
ludzie są teraz tak pozamykani w sobie, że widok całujących się ludzi lub fakt,
że ktoś komuś pomaga, jest taki niezwykły, że robi się z tego alternatywną
i nowatorską sztukę?” . Młodych ludzi
nie znam zbyt dobrze, więc nie miałam jak odpowiedzieć…
Z czego to wynika, że zachwyceni sobą, domorośli artyści są tak
przekonani o tym, że robią coś świeżego, innego i zaskakującego odgrzewając
cały czas dwudziestowieczne kotlety? I czy rzeczywiście kogoś te
dwudziestowieczne kotlety ruszają? Czy tych twórców to rusza? Bo mi się wydaje,
że proces twórczy wygląda tu bardziej jak robienie projektów na polskim w moim liceum
czyli „A jak zrobimy własne Mondo Cane to ile dostaniemy punktów? A za gazetkę
ścienną?”. Nie chciałabym okrutnie umniejszać niczyjej pracy, ale takie to sprawia smutne wrażenie. Wrażenie kreatywności na
odczepnego…
Zabawnie się czuję, wyobrażając sobie ludzi niewiele starszych ode
mnie, hipsterów, tak bardzo nonszalanckich, tak bardzo modnych i obytych, który
stoją i to kontemplują z zachwytem w oczach. I nie przychodzi mi to z trudem, sądzę,
że przynajmniej kilka razy dziennie pojawią się tam tacy goście. I nie wiem,
czy ten zachwyt byłby tylko wyrazem ich nieświadomości, czy w tym momencie
ja wychodzę na ignorantkę pokroju tych, który opisałam w drugim akapicie. A
wszystko przez to niewygodne miano alternatywy. Bo wiem, że młodych do alternatywy
ciągnie. Mnie ciągnie, dlatego tam przyszłam. Ale kiedy alternatywa stała się
tak odtwórcza?
Szczere Kocisko