• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

Skłamałabym, mówiąc, że bardzo ze sobą wczoraj walczyłam, aby opublikować wpisu inaugurującego nowy rok szkolny. Ale byłoby to takie małe kłamstewko. Tacie tyci-tyci. Bo rzeczywiście, nie znoszę pisać na sezonowo modne tematy. W święta nie piszę o świętach, w rocznice nie piszę o rocznicach, z wydarzeń dla ogółu granicznych staram się nic sobie nie robić. Ale jednak była we mnie wczoraj mała ochota na to, aby wyrazić swoje nadzieje maturzystki. Nudziłabym, że ten rok będzie taaaki cudowny, ja będę taaaka aktywna i znajdę tyyylu przyjaciół. Całe szczęście, że zwyczajnie mi się nie chciało, bo teraz musiałabym wszystko odszczekiwać.
Za pozwoleniem, zamierzam odszczekać to i tak.
W zasadzie nie zmieniło się nic. Dalej nie ogarniam matmy, dalej nie umiem nie chcę czegokolwiek mówić przed ludźmi. Dalej muszę wydać zdecydowanie za dużo pieniędzy na… wszystko. Bo podręczniki, do ksero, w końcu, bo głupia sałatka w kawiarence jest o 50 groszy droższa, a bidon mi przeciekł i delikatnie zwilżył zawartość torebki, więc od jutra i wodę będę musiała kupować na miejscu. I okazało się, że piję już tyle wody, że nieśmiałe pół litra mi na czas zajęć nie wystarcza. Taki ze mnie pijak!
A właśnie, torebka! W wakacje postanowiłam zamanifestować, że – hej, jestem kobietą – i kupiłam sobie torebkę. Ładną, czarną, zupełnie nieoryginalną i niepraktyczną. I bidon w niej wariuje, a mi morale spada. Ale przecież nie kupię kolejnej, kimże jestem! I tak muszę wydać za dużo pieniędzy na… wszystko. A energią słoneczną i dobrymi chęciami się w przyszłym roku w Warszawie nie wyżywię. A nie widzę innej opcji. Nie chcę widzieć innej opcji.  
Zastanawiam się, co ja w ogóle tu robię. To znaczy nie tu, gdzie obecnie się znajduję. Pisząc to, siedzę w swoim pokoju, spowita mrokiem i ulubionym, fioletowym kocykiem.  „Tu” oznaczało oczywiście „w szkole”. Szczególnie na języku polskim.  Bo skoro i tak musze dostać swoją cudną, tłuściutką, olimpijską szóstkę, mogłabym spędzać lekcje na trzaskaniu #selfie, słuchaniu muzyki i popijaniu tego całego blichtru zbyt słodką kawą. Ale przecież ja wiem, i wy to wiecie, że w życiu tak nie zrobię. Jakże mogłabym przestać się starać. To zbyt mainstreamowe!
No, to się wyżaliłam…

Szczere Kocisko
W góry uprzedzam, że ten wpis może się nie spodobać. Choć zawsze byłam uczona, aby się takich osądów na samym początku wypowiedzi wystrzegać, tym razem zrobię wyjątek. Dlaczego? Bo wpis, który właśnie czytanie stworzony jest pod wpływem silnych i dość sprzecznych emocji. Bo biorę się za pisanie o sztuce bez szczególnego zaplecza teoretycznego. Bo sama mam co do tego wątpliwości, a jednak bardzo mnie korci, aby wypowiedzieć się na ten temat.
Pamiętam, jak na lekcjach wiedzy o kulturze denerwowałam się, gdy praktycznie na każdym kroku z ust uczniów padały stwierdzenia, że sztuka XX wieku, to już nie sztuka. Że owszem, Klimt to sztuka. Dali to też jeszcze sztuka. Munch i Picasso to sztuka, ale tak tylko trochę, bo przecież pięciolatek też by tak mógł.  Ale Warhol? Pollock? A gdzie tam! Nie wspominając już o takich szarlatanach jak Malewicz lub Mondrian! Do autorów tych krytycznych (lub ignoranckich) uwag nie docierał bardzo prosty fakt. Otóż ich głównym argumentem, taką myślą przewodnią wszystkich ich wypowiedzi, było to, że sami też by tak mogli. Zastanawiali się też, czy to uczyniłoby z nich artystów na miarę właśnie Picassa albo Warhola. No właśnie, nie uczyniłoby.
Nie lubię powszechnego ostatnio nadużywania słowa „kontekst”. Ładny fragment poruszający ten temat można znaleźć w „Obsoletkach” Bargielskiej, w miniaturze „Jak myślałam, że co jest w słoiku?”. Poszukajcie. Albo nie, daję wolną rękę. Zmierzam do tego, że z całą moją niechęcią do zbyt częstego rozprawiania o kontekstach, muszę stwierdzić, że w sztuce, szczególnie w XX i XXI wieku bez znajomości kontekstu się nie obejdzie. Wcześniej sztuka pełniła głównie funkcję sakralną, funkcję źródła historycznego, funkcję ludyczną, dydaktyczną nawet. I przez te wszystkie tysiąclecia miała przedstawiać!  Ale to się „skończyło” ponad sto lat temu! Wzięte w cudzysłów, bo nie definitywnie. Ale przedstawianie czegoś, co ma swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości przestało być obowiązkowe. Bo przedtem trochę było. Przypomnijcie sobie historię impresjonistów. Postępujące odejście od realistycznego, akademickiego przedstawiania świata w sztuce trwające mniej więcej od drugiej połowy XIX wieku  było wyrazem buntu. Było świeżością. Było nie do pomyślenia!
Wydaje mi się, że ubiegły wiek dotknął już wszystkiego lub niemal wszystkiego. Był kubizm, surrealizm, neoplastycyzm, malarstwo gestu/akcji, malarstwo wielkich płaszczyzn. Marina Abramović swoje performance zaczęła realizować już w latach 70. I sama określa już siebie „babcią performance’u”. Z tym, że jej realizacje cały czas coś wnoszą. Opierają się na relacji artysta – widz, budzą w ludziach autentyczne emocje, włączają ich w proces twórczy, nawet jeśli to tylko (lub aż) siedzenie przy stole naprzeciwko artystki – The Artist Is Present (2010). No właśnie, czyli można przez ponad 40 lat nie spalić się i nie stać się własną kalką. Ani czyjąkolwiek…
Wyjaśniliśmy sobie kilka rzeczy, mogę więc przejść do właściwego przedmiotu tego wpisu. W zeszłym tygodniu, jak wiecie, pojechałam z mamą do Trójmiasta. Punktem obowiązkowym była oczywiście Stocznia Gdańska. Nie poprzestałyśmy jednak na zwiedzeniu sali BHP, naszą uwagę przykuł (oprócz oczywiście czekającego na swoje jutrzejsze otwarcie Europejskiego Centrum Solidarności, które mnie powaliło na łopatki – w końcu ktoś tu docenia rdzę w architekturze!) transparent  z napisem „Alternativa 2014”, który pokierował nas do wielkiego, postoczniowego, cudownie industrialnego budynku. No i… budynek był w tym wszystkim najfajniejszy. Bo lubię surowe przestrzenie. Wystawa w ramach „Alternativy” nosiła tytuł „Codzienność”. I rzeczywiście – dotyczyła codzienności, czytania, gotowania, wypasu krów, snu, bliskości. Ale jedynie dotyczyła. Nic z niej nie wynikało. Bo co z tego, ze instalacja wygląda ładnie, jeśli są to tylko foliowe worki podwieszone pod sufitem w charakterze ślicznych obłoczków? Twórcy pełnymi garściami czerpali z dorobku wielkich ubiegłego wieku. Ale mam wrażenie, że nic z tym nie zrobili. Były również nagrania z lat 90., 70., z lat 60. chyba też się coś znalazło. I zadaję sobie pytanie – dlaczego nie pojawiło się nic poza cytatami i projektami sprzed lat? Lub nic, co nie byłoby rozwieszonymi paskami papieru, między którymi można błądzić, foliowymi workami, białą sklejką…  Przeszukuję teraz stronę wydarzenia i okazuje się, że rzeczy, które w założeniu, w opisie są całkiem fajne, opierają się właśnie na aktywności widza, tutaj umarły. Mam na myśli szczególnie instalację „Pomruki”, która powstała 14 lat temu! Tu kolejna refleksja – czy tytuł „Alternativa 2014” jest choć troszeczkę na miejscu?
Jak wspominałam, wiele obiektów dotyczyło bliskości. Była całująca się para, była para chodząca „na trzech nogach”, związana kablem, była kobieta siorbiąca wodę w lustrzanej misie, były takie obrazki, za jakie w gimbazie chłopcy dostają uwagi do dziennika. O co chodzi z tą bliskością? Btw. wystawa współczesnej sztuki tajskiej, na której byłam w Szczecinie, też zatytułowana była w ten sposób  - „Proximity/Bliskość ”, coś musi być na rzeczy. Moja mama naprowadziła mnie na niezły trop. Powiedziała coś w stylu „czy młodzi ludzie są teraz tak pozamykani w sobie, że widok całujących się ludzi lub fakt, że ktoś komuś pomaga, jest taki niezwykły, że robi się z tego alternatywną i nowatorską sztukę?” . Młodych ludzi nie znam zbyt dobrze, więc nie miałam jak odpowiedzieć…
Z czego to wynika, że zachwyceni sobą, domorośli artyści są tak przekonani o tym, że robią coś świeżego, innego i zaskakującego odgrzewając cały czas dwudziestowieczne kotlety? I czy rzeczywiście kogoś te dwudziestowieczne kotlety ruszają? Czy tych twórców to rusza? Bo mi się wydaje, że proces twórczy wygląda tu bardziej jak robienie projektów na polskim w moim liceum czyli „A jak zrobimy własne Mondo Cane to ile dostaniemy punktów? A za gazetkę ścienną?”. Nie chciałabym okrutnie umniejszać niczyjej pracy, ale takie to sprawia smutne wrażenie. Wrażenie kreatywności na odczepnego…
Zabawnie się czuję, wyobrażając sobie ludzi niewiele starszych ode mnie, hipsterów, tak bardzo nonszalanckich, tak bardzo modnych i obytych, który stoją i to kontemplują z zachwytem w oczach. I nie przychodzi mi to z trudem, sądzę, że przynajmniej kilka razy dziennie pojawią się tam tacy goście. I nie wiem, czy ten zachwyt byłby tylko wyrazem ich nieświadomości, czy w tym momencie ja wychodzę na ignorantkę pokroju tych, który opisałam w drugim akapicie. A wszystko przez to niewygodne miano alternatywy. Bo wiem, że młodych do alternatywy ciągnie. Mnie ciągnie, dlatego tam przyszłam. Ale kiedy alternatywa stała się tak odtwórcza?
Szczere Kocisko


Wiecie, może to dziwne i jakieś niedzisiejsze, ale nie znoszę, jak się robi ze mnie debila! Jak próbuje mi się wcisnąć drogą sieczkę, kupę w pięknym papierku…
Łapiąc ostatnie chwile wakacji postanowiłam wybrać się z moją mamą na kilkudniowy rajd – tym razem po północy kraju. Celem naszej podróży było Trójmiasto, które zobaczyć miałam dopiero pierwszy raz w życiu, jednak nasze wycieczki rządzą się własnymi prawami i wylądowałyśmy w Malborku. I ja doskonale wiem, że taki Malbork jest w sezonie stałym punktem rodzinnych wycieczek niedzielnych turystów, niemieckich turystów, rosyjskich turystów, skandynawskich turystów, a nawet wietnamskich turystów, jak szaleć, to szaleć. Zdaję sobie sprawę również z tego, że najłatwiej zarobić na zepsutych przez bezrefleksyjnych rodziców dzieciach i ich pragnieniu posiadania łuku, kuszy, zbroi, kubka, czapki, pluszaka, balonika, a w sezonowej turystyce liczy się przecież głównie kasa i nie powinno to nikogo dziwić. Ale można chociaż spróbować jakoś ze smakiem odzierać ludzi z tej kasy, no proszę, dobry gust nie boli…
Bo wystarczyłoby te wszystkie ładne zamki, dworki i inne tego rodzaju atrakcje odnowić, zostawić jak stoją, nie stawiać po kątach tych durnych manekinów i dennych imitacji dawnych przedmiotów codziennego użytku. Miejsce plastikowych zwierzątek jest co najwyżej przy stacjach benzynowych...
Co jeszcze mnie boli? Wszystko jest dedykowane dzieciom! Centra nauki – gdańskie, gdyńskie, czy warszawskie (może warszawskie mniej, sama nie wiem…) pełne są atrakcji dla najmłodszych, które oczywiście są płatne, w przeciwieństwie do tych prawdziwie wartych uwagi rzeczy – wystaw fotograficznych etc.,  na które wstęp jest co prawda darmowy, ale tylko za okazaniem biletu na wystawy interaktywne. To przykład z Hewelianum, przed którym koniec końców uciekłam w obawie przed upupieniem…
Rzygam infantylizacją. I może wytkniecie mi, że hej, przecież tak zarzekałam się, żem dziecko, że hołduję radości pięciolatka, że dalej wolę widzieć słonia w wężu - nie kapelusz. Ale wiecie co? To bezzasadne, ponieważ dalej tak jest! Wierzę w dziecięcy geniusz, w to, że o ile nikt dzieciakowi nie przeszkadza, nie faszeruje go pragnieniem posiadania, które, uważam, jest zawsze nabyte i – no właśnie – nie robi z niego debila, to będzie on chłonął realną wiedzę, tolerancję dla różnorodności i umiejętność krytycznego myślenia, kurde, jak gąbka!
Wiecie, mam wakacje, więc to chyba normalne i oczywiste, że chciałabym coś zobaczyć, bo kiedy? Zaraz będę przecież w klasie maturalnej i poza ciągami czarnych znaków na białym papierze zobaczę niewiele, i nie uważam za słuszne uwag, że przecież to sezon, więc czego się spodziewałam. Wkurzam się, bo nie da się zwiedzać miejsc, które na to naprawdę zasługują. Kiełbaszenie się w tłumie nieogarniętych grup z przewodnikami, rodziców opowiadających swoim dzieciom pseudohistoryczce brednie, żeby nie wyjść na mało światłych i chucherkowatych licealistów w stylizowanych na średniowieczne fatałaszkach jest mało rozwijające. Wiecie co jest lepsze? Małe muzea w małych miejscowościach. Na przykład w Ziembicach jest sobie największa w Europie kolekcja zabytkowych żelazek. W Ząbkowicach Śląskich jest przyjemna wystawa o życiu w PRL-u i o wsi XX wieku, przy czym spokojnie można sobie odpuścić „muzem Frankensteina”. Mili panowie oprowadzający po tych miejscach wiedzą, co mówią, są pasjonatami, a że ruch mają w interesie nieduży, cieszą się zawsze ilekroć zobaczą, że zwiedzający są naprawdę czymś zainteresowani. W gorzowskim spichlerzu czeka na was za to bardzo, bardzo fajna wystawa malarska „Wokół Arsenału 55”. Odwiedzając Zieloną Górę zapomnijcie o muzeum dawnych tortur i muzeum wina, bo to dno i plastik, zainteresujcie się za to wystawą o historii miasta, obejrzyjcie zbiory figur sakralnych z końca średniowiecza pochodzących z okolicznych miejscowości, podziwiajcie kolekcję zegarów sprzed I wojny światowej i prace nastolatków z pogranicza, które swoją wartością artystyczną przewyższają egzaltowany, hipsterski szajs określany mianem alternatywy. Nie dajcie robić z siebie idiotów, dobrze? Gdyby nie było popytu na plastikowe zabytki, naiwne lekcje „historii” i sprowadzanie dzieci do poziomu intelektualnego żachwy z ADHD, to nikt by nikomu tego nie wciskał…

Szczere Kocisko
  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ▼  2016 (18)
    • ▼  marca (3)
      • szczerekocisko.pl
      • Stawianie na głowie
      • Dzielę się jedzeniem - luty
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (8)
    • ►  października (9)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ►  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.