• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

Wiecie, próbowałam nie pisać. Poważnie. Przygnieciona ciężarem obowiązków, jakie spadły na mnie w tym miesiącu, postanowiłam – odpuszczam, niech kocięta głodne czekają, niech zatęsknią, z tęsknotą każdemu do twarzy. Zapytacie pewnie – lub nie zapytacie, bo co was to – jakież to obowiązki spadły na mnie tak dotkliwie, że nie byłam w stanie poświęcić dwóch do trzech godzin w tygodniu na pisanie. Już tłumaczę – okazało się bowiem, że nie tak łatwo zdać z matmy (jeśli czyta to moja wychowawczyni z gimnazjum, pragnę zaznaczyć, że bardzo, bardzo mi przykro!), że pomysły się kończą, że czasem (ale tylko czasem), aby osiągnąć zamierzony rezultat, trzeba jednak trochę popracować, a brodzenie w internecie nie jest (jeszcze) moją pracą. Kocisko odwróciło się ogonem i usiadło do książek. Do dobra, nakłamałam. Przy książkach nie siedziałam aż tak wiele. W październiku przeczytałam tylko cztery pozycje. W tym jedną… tak nie do końca. No, „Zielony dom” mi nie podszedł.
Wyłączyłam się. Olałam rosnący ruch sieciowy na blogu i fanpage’u.  Wystartowałam w turnieju jednego wiersza. Zachorowałam. Spędziłam popołudnie w ambulatorium, obserwując policjantów pilnujących młodocianego w kajdankach i pewną toksyczną rodzinkę. Wybyłam do Włoch, gdzie spędziłam tydzień wart kilku miesięcy w szkolnej ławce (za którą jeszcze nie tak dawno śmiałam tęsknić, uwierzylibyście?). Wróciłam i okazało się, że nie jest tak źle. Nie ma w końcu takiego bałaganu, którego nie dałoby się uporządkować, prawda? I wiecie co jeszcze? Przez cały ten czas coś pisałam!
Bo w jednej chwili okazuje się, że cztery osoby o zróżnicowanym poziomie zażyłości z tobą chcą kilka słów do księgi rocznika. I korektę szkolnej gazetki trzeba zrobić. I wywiad napisać. I że kolejne pół tuzina wierszy wymyśla się praktycznie samo, bo i o jabłku można, i o flegmie. A na angielski dwa artykuły, więc skoro już piszesz, to tak, jak na blogu, a że po angielsku to żadna różnica i tak usłyszysz, że great article.
Niepisanie kompletnie mi nie wychodzi. Niepisanie kompletnie mi nie w smak. I kto by się spodziewał? Na pewno nie polonistka z czasów podstawówki. Ostatnio lubię się ze słowami bardziej, niż kiedykolwiek. I nawet, jeśli się z nimi nie liczę lub moje liczenie się z nimi ogranicza się do liczenia ich liczby, która ustawicznie jest nie taka, jak być powinna (do wyboru: zbyt duża i wymaga niezwłocznej kastracji lub zbyt mała i wymaga rozcieńczenia w roztworze bylejakości).
Dlatego powracam. Na jak długo i z jakim skutkiem? O tym przekonamy się w poniedziałek.

Szczere Kocisko
Lubię sobie od czasu do czasu zajrzeć w postanowienia noworoczne. Ot tak, żeby zobaczyć, jak mi idzie wypełnianie kolejnych punktów. Ale nie tylko - to również świetny sposób, aby zobaczyć, jak się zmieniam. Bo niektóre z punktów, które w grudniu uznałam za kluczowe dla swojego przyszłego (czyli obecnego) szczęścia, już od dawna są przeterminowane. Ich data przydatności do spełnienia minęła bezpowrotnie, podobnie jak właśnie mija data przydatności do spełnienia tych marzeń/planów/dziwacznych projekcji, które przyszły po nich. Szaleństwo!
Dziesięć miesięcy temu marzyłam o tym, aby robić muzykę elektroniczną. Robiłam muzykę elektroniczną, choć właściwie powinnam napisać, że uczyłam się robić muzykę elektroniczną. Najważniejszym z moich materialnych marzeń było posiadanie klawiatury sterującej i drum padów. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym nie pójść na Moto Racing Show (dla ludzi spoza Gorzowa – to taka impreza motoryzacyjna, na której można oglądać Subaru jeżdżące po moście i palące gumy i zdobyć darmowe Monstery), a kiedy przyszło co do czego, okazało się, że w międzyczasie porzuciłam wszelkie gazowane napoje, w tym energetyki, i wolę iść do kina studyjnego, niż na tego rodzaju imprezę. Dziesięć miesięcy temu nie śniłam nawet o tym, że będę mieć znajomych od rozmów o poezji, znajomych od rozmów o filozofii, znajomych od rozmów o sztuce i że ta liczba mnoga rzeczywiście będzie na miejscu. Dziesięć miesięcy temu nie podjęłabym decyzji o wzięciu udziału w turnieju jednego wiersza, nie myślałabym o partycypacji w slamach poetyckich ani o tym, że być może skończę na studiach w Toruniu. Tak, bo moje „Jaka piękna ta Warszawa, będzie hajs i love, i sława!” też już powoli mija…
Mam wrażenie, że zbyt szybko przechodzimy ze zmianami do porządku dziennego. Marzymy, planujemy, wymyślamy coś sobie i nawet nie jesteśmy w stanie zauważyć, jak ulotne były nasze ambicje. Dlatego lubię wracać, być sentymentalna i dziwić się, jak to wszystko śmiesznie wyszło. Nie mogę, niestety, pozbyć się wrażenia, że każda przeszłość to stracony czas i że przyszłość ma zbyt małą objętość, aby zdołała zawrzeć w sobie choć część moich planów. A potem mija data ważności…
Moim ulubionym płynem jest osobowość. Moja osobowość. I to nie tak, że zmieniam się wraz z otoczeniem, przystając do pojawiających się na horyzoncie ludzi, czy ludzi za horyzontem znikających. Potrzeba zmiany i wizja tego, czego oczekuję od siebie i od świata pcha mnie na różne ścieżki. A potem jeszcze dalej i na boki, i w górę, i w dół. Konsekwentnie pędzę trochę we wszystkie strony. Staram się ciągle czymś fascynować, co czego dążyć, coś uwielbiać i o czymś ciągle myśleć. Chyba jestem zakochana w przyszłości (choć czasem się jej boję).

Szczere Kocisko
Zacznijmy od tego, że nad wyraz sentymentalna ze mnie bestia. Szczególnie jeśli chodzi o wspomnienia sprzed jakichś czterech lat. Gimnazjum. Tak się składa, że jeden z moich kolegów z gimnazjalnej klasy nieźle sobie teraz radzi. Ma na imię Dawid, śpiewa piosenki i bardzo lubi biegać. Spełniło mu się również jedno z marzeń astronomów, zatańczył bowiem z gwiazdami. Czy już wiadomo, o kogo chodzi?
Był dość ważną postacią w klasowej społeczności. W szkolnej również, choć chyba na trochę innej zasadzie. Zapamiętałam go jako fajnego, inteligentnego chłopaka, kogoś otwartego, skłonnego do pomocy innym, nie tylko swoim najbliższym  przyjaciołom. Gdy jego kariera rozkręciła się na dobre, nie opowiedziałam się ani za jego hejterami, którzy, jak wiadomo, made him famous, ani za fanami, kwiatonatorami. Ot, czytałam od czasu do czasu, co tam u niego, przesłuchałam kilka z jego piosenek, obejrzałam teledyski. Szału nie było, w mój gust nie trafiły, spodziewałam się po nim więcej, ale mimo to nie potrafiłam powstrzymać uśmiechu, gdy widziałam go reklamującego Empik czy tańczącego w telewizorze. Jak przepuścić kolegę z klasy tańczącego w telewizorze? Mając w głowie te wszystkie przerwy spędzone w damskim kiblu na przepisywaniu ćwiczeń z geografii?
No i wpadło mi w łapki zaproszenie na jego koncert w naszym rodzinnym mieście. I poszłam. Trochę dla śmiechu, trochę z sentymentu, trochę z czystej ciekawości, z czym to się je na żywo.  I udało się Kwiatkowskiemu mnie zaskoczyć! Jak najbardziej pozytywnie!
Pierwszym zaskoczeniem na pewno był klimat. Ciężko zakochane dziewczynki, emocje, rodziny kiwające głowami i przytupujące nogami w takt muzyki. Dziesiątki telefonów rejestrujących sylwetkę idola, aby starczyło na później. Autentyczne łzy w oczach tych, którym udało się złapać kontakt wzrokowy z wokalistą. Ja naprawdę te dziewczynki (rzadziej dziewczyny lub chłopców) rozumiem! Sama mam skłonności do wpadania w fandom, miałam w ich wieku swoich idoli, których nigdy nie było mi dane zobaczyć na żywo. Nie wstydzę się tego przyznać, byłam wielką fanką zespołu Panic! at the Disco. Mój pokój był niemalże wytapetowany zdjęciami śpiewającego tam Brendona Urie i gitarzysty zespołu, Ryana Rossa. Jasne, wiem teraz, że nie jest to muzyka z najwyższej półki, że są lepsi wykonawcy, bardziej udane projekty, ale co z tego? Nie zamierzam wkręcać komukolwiek, że słuchałam tego, bo byłam głupią gimbusiarą lub że już nigdy nie zdarza mi się wkręcić jednej z ich piosenek do playlisty. Po co? Dzięki temu mogę teraz powiedzieć, że rozumiem takie fenomeny. Kurczę, gdybym teraz miała możliwość pójść na koncert 30 Seconds To Mars albo Die Antwoord, zachowywałabym się dokładnie tak, jak zachowują się Kwiatonatorki, Directionerki, Belieberki. Przedmiot fascynacji to tylko kwestia gustu, a ten, jak wiadomo, będąc subiektywnym, nie podlega dyskusji. Nie miałabym serca, gdybym patrzyła krzywo na dziewczyny stojące z transparentami z napisem „Dobrze, że jesteś!” lub na ojców skaczących wraz ze swoimi pociechami. Szczerze mówiąc, wzruszyłam się, gdy to zobaczyłam. I paradoksalnie, najbardziej lekceważącą częścią publiczności na koncercie byli lansiarscy gimnazjaliści tak do wokalisty, ze strony choćby wizualnej, podobni…
Po drugie, muzyka! Tak, serio! Bo o ile piosenki Dawida w wersjach studyjnych to dość typowy dla polskiego mainstreamu, podkręcamy komputerkami pop z domieszką umpa-umpa, to na żywo zespół serwuje nam taki zestaw: dwie gitary elektryczne, bas (świetna solówka na koniec koncertu, panie basisto <3) i perka. Wychodzi naprawdę profesjonalnie i smacznie, więc jeśli nie gardzicie niezłym pop-rockiem, powinno się wam spodobać!
No i w końcu – Dawid! Na scenie nie widziałam gwiazdora, celebryty, bożyszcza gimnazjalistek. Widziałam chłopaka cieszącego się jak głupi, że może robić to, co kocha; tego samego, który w gimnazjum kłuł dziewczyny szpilkami w tyłek, rzucał cyrklem na geografii i zjednywał sobie wszystkie nauczycielki; tego samego, który rozwalał lekcje śpiewając Ewę Farną lub Rihannę; głównego bohatera szkolnych przedstawień. Cholera, jak ja tęsknię za moim gimnazjum!  Wracając do tematu – czego się Kwiat nie dośpiewał, to doskakał, dotańczył. Cały czas się ruszał, w przerwach między piosenkami raczył publiczność anegdotami z dawnych czasów, banan mu z twarzy nie schodził. Cały czas z uszu wypadał mu odsłuch, tyle się nabiegał! Pod koniec postanowił coś z tym zrobić – odłączył słuchawki i dokończył set śpiewając bez odsłuchu, przy czym cały czas dawał radę! Może to i komercha, może to i wyciąganie kasy z portfeli rodziców zakochanych trzynastolatek (choć w sumie to nie, dycha za bilet to bardzo niska cena!), ale jeśli to daje radość tak dużej ilości ludzi i nikogo nie krzywdzi (wszystkie teksty mają nieco płytki, acz pozytywny wydźwięk), nie śmiem krytykować. Trochę znam Dawida i sądzę, że gdyby nie menadżer, wytwórnia itd. ciężko byłoby mu się ogarnąć, pracować nad sobą i odnosić takie sukcesy, jakie odnosi. Widać przy tym, że jest naprawdę szczęśliwy…
Nie oznacza to jednak, że jutro wybiorę się do Empiku i kupię jego album, nie będę słuchać jego piosenek do poduszki. Nie powieszę na ścianie jego plakatu. Ale muszę przyznać, przez ponad godzinę zdołałam doświadczyć tych emocji, powspominałam, powzruszałam się, pozazdrościłam mu fanów, a fanom – idola, z którym mogą mieć tak dobry kontakt. Ja nigdy takiej możliwości nie miałam i mieć nie będę. To był przyjemny wieczór zwieńczający dość ciężki tydzień. Dzięki, Dawid!


Szczere Kocisko
  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ▼  2016 (18)
    • ▼  marca (3)
      • szczerekocisko.pl
      • Stawianie na głowie
      • Dzielę się jedzeniem - luty
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (8)
    • ►  października (9)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ►  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.