Zacznijmy od tego, że nad wyraz sentymentalna ze mnie
bestia. Szczególnie jeśli chodzi o wspomnienia sprzed jakichś czterech lat.
Gimnazjum. Tak się składa, że jeden z moich kolegów z gimnazjalnej klasy nieźle
sobie teraz radzi. Ma na imię Dawid, śpiewa piosenki i bardzo lubi biegać.
Spełniło mu się również jedno z marzeń astronomów, zatańczył bowiem z
gwiazdami. Czy już wiadomo, o kogo chodzi?
Był dość ważną postacią w klasowej społeczności. W szkolnej
również, choć chyba na trochę innej zasadzie. Zapamiętałam go jako fajnego,
inteligentnego chłopaka, kogoś otwartego, skłonnego do pomocy innym, nie tylko
swoim najbliższym przyjaciołom. Gdy jego
kariera rozkręciła się na dobre, nie opowiedziałam się ani za jego hejterami,
którzy, jak wiadomo, made him famous, ani
za fanami, kwiatonatorami. Ot, czytałam od czasu do czasu, co tam u niego,
przesłuchałam kilka z jego piosenek, obejrzałam teledyski. Szału nie było, w
mój gust nie trafiły, spodziewałam się po nim więcej, ale mimo to nie
potrafiłam powstrzymać uśmiechu, gdy widziałam go reklamującego Empik czy
tańczącego w telewizorze. Jak przepuścić kolegę z klasy tańczącego w
telewizorze? Mając w głowie te wszystkie przerwy spędzone w damskim kiblu na
przepisywaniu ćwiczeń z geografii?
No i wpadło mi w łapki zaproszenie na jego koncert w naszym
rodzinnym mieście. I poszłam. Trochę dla śmiechu, trochę z sentymentu, trochę z
czystej ciekawości, z czym to się je na żywo.
I udało się Kwiatkowskiemu mnie zaskoczyć! Jak najbardziej pozytywnie!
Pierwszym zaskoczeniem na pewno był klimat. Ciężko zakochane
dziewczynki, emocje, rodziny kiwające głowami i przytupujące nogami w takt
muzyki. Dziesiątki telefonów rejestrujących sylwetkę idola, aby starczyło na
później. Autentyczne łzy w oczach tych, którym udało się złapać kontakt
wzrokowy z wokalistą. Ja naprawdę te dziewczynki (rzadziej dziewczyny lub
chłopców) rozumiem! Sama mam skłonności do wpadania w fandom, miałam w ich
wieku swoich idoli, których nigdy nie było mi dane zobaczyć na żywo. Nie
wstydzę się tego przyznać, byłam wielką fanką zespołu Panic! at the Disco. Mój
pokój był niemalże wytapetowany zdjęciami śpiewającego tam Brendona Urie i
gitarzysty zespołu, Ryana Rossa. Jasne, wiem teraz, że nie jest to muzyka z
najwyższej półki, że są lepsi wykonawcy, bardziej udane projekty, ale co z
tego? Nie zamierzam wkręcać komukolwiek, że słuchałam tego, bo byłam głupią
gimbusiarą lub że już nigdy nie zdarza mi się wkręcić jednej z ich piosenek do
playlisty. Po co? Dzięki temu mogę teraz powiedzieć, że rozumiem takie
fenomeny. Kurczę, gdybym teraz miała możliwość pójść na koncert 30 Seconds To
Mars albo Die Antwoord, zachowywałabym się dokładnie tak, jak zachowują się
Kwiatonatorki, Directionerki, Belieberki. Przedmiot fascynacji to tylko kwestia
gustu, a ten, jak wiadomo, będąc subiektywnym, nie podlega dyskusji. Nie
miałabym serca, gdybym patrzyła krzywo na dziewczyny stojące z transparentami z
napisem „Dobrze, że jesteś!” lub na ojców skaczących wraz ze swoimi pociechami.
Szczerze mówiąc, wzruszyłam się, gdy to zobaczyłam. I paradoksalnie,
najbardziej lekceważącą częścią publiczności na koncercie byli lansiarscy
gimnazjaliści tak do wokalisty, ze strony choćby wizualnej, podobni…
Po drugie, muzyka! Tak, serio! Bo o ile piosenki Dawida w
wersjach studyjnych to dość typowy dla polskiego mainstreamu, podkręcamy
komputerkami pop z domieszką umpa-umpa,
to na żywo zespół serwuje nam taki zestaw: dwie gitary elektryczne, bas
(świetna solówka na koniec koncertu, panie basisto <3) i perka. Wychodzi
naprawdę profesjonalnie i smacznie, więc jeśli nie gardzicie niezłym pop-rockiem,
powinno się wam spodobać!
No i w końcu – Dawid! Na scenie nie widziałam gwiazdora,
celebryty, bożyszcza gimnazjalistek. Widziałam chłopaka cieszącego się jak
głupi, że może robić to, co kocha; tego samego, który w gimnazjum kłuł
dziewczyny szpilkami w tyłek, rzucał cyrklem na geografii i zjednywał sobie
wszystkie nauczycielki; tego samego, który rozwalał lekcje śpiewając Ewę Farną
lub Rihannę; głównego bohatera szkolnych przedstawień. Cholera, jak ja tęsknię
za moim gimnazjum! Wracając do tematu –
czego się Kwiat nie dośpiewał, to doskakał, dotańczył. Cały czas się ruszał, w
przerwach między piosenkami raczył publiczność anegdotami z dawnych czasów,
banan mu z twarzy nie schodził. Cały czas z uszu wypadał mu odsłuch, tyle się
nabiegał! Pod koniec postanowił coś z tym zrobić – odłączył słuchawki i
dokończył set śpiewając bez odsłuchu, przy czym cały czas dawał radę! Może to i
komercha, może to i wyciąganie kasy z portfeli rodziców zakochanych
trzynastolatek (choć w sumie to nie, dycha za bilet to bardzo niska cena!), ale
jeśli to daje radość tak dużej ilości ludzi i nikogo nie krzywdzi (wszystkie
teksty mają nieco płytki, acz pozytywny wydźwięk), nie śmiem krytykować. Trochę
znam Dawida i sądzę, że gdyby nie menadżer, wytwórnia itd. ciężko byłoby mu się
ogarnąć, pracować nad sobą i odnosić takie sukcesy, jakie odnosi. Widać przy
tym, że jest naprawdę szczęśliwy…
Nie oznacza to jednak, że jutro wybiorę się do Empiku i
kupię jego album, nie będę słuchać jego piosenek do poduszki. Nie powieszę na
ścianie jego plakatu. Ale muszę przyznać, przez ponad godzinę zdołałam
doświadczyć tych emocji, powspominałam, powzruszałam się, pozazdrościłam mu
fanów, a fanom – idola, z którym mogą mieć tak dobry kontakt. Ja nigdy takiej
możliwości nie miałam i mieć nie będę. To był przyjemny wieczór zwieńczający
dość ciężki tydzień. Dzięki, Dawid!