• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

Nie wiem, co zrobiłabym, gdyby nie szkoła. To w niej rodzą się niemal wszystkie pomysły na teksty. Czyjeś emocje karmią moje emocje, czyjeś słowa stają się podszewką moich. I kiedy kilka dni temu, na biologii, usłyszałam zdanie „Sport to zdrowie, dopóki  nie jest wyczynowy” wiedziałam, że będę musiała o tym napisać.
Tak, przez siedem lat trenowałam sztuki walki. Można pokusić się o stwierdzenie, że wyczynowo. Jeździłam na zawody, z których przywoziłam do domu liczne medale i puchary, miałam sportową książeczkę zdrowia, stopień mistrzowski a także Puchar Europy. Związek ze sportem był najdłuższym związkiem w moim życiu. Rozstanie było dość przykre – byłam na niego strasznie obrażona, żałowałam tych wszystkich godzin spędzonych na sali treningowej, letnich dni spędzonych w garażu na biciu w worek treningowy, pieniędzy wydanych na sprzęt i wyjazdy na zawody… Nie trenuję od trzech lat. W tym czasie trochę się we mnie uspokoiło, doceniam swoją dawną pasję, czasem jakaś reminiscencja przyprawi mnie jeszcze o wzruszenie. Ale co we mnie ze sportu zostało?
Moja największa fobia – strach przed żyłami, igłami, pobieraniem krwi, mierzeniem ciśnienia i szczepieniami. Zawdzięczam ją copółrocznym badaniom, jakie trzeba było przechodzić, aby móc startować w zawodach. Pewnego razu zabrał mnie na nie wyjątkowo tata – nie mama. I nie potrafił mnie ani uspokoić, ani zwrócić uwagi pielęgniarce która wierciła igłą w moim zgięciu. Strach przyczepił się do mnie dość  mocno i muszę przyznać – czasem w codziennym życiu przeszkadza.
Trudności z zaakceptowaniem swojej wagi. Odkąd zaczęłam startować w poważniejszych, bardziej światowych niż Mistrzostwa Koziej Wólki, zawodach, uwierzyłam, że o moim powodzeniu decyduje w znacznej mierze to, ile wagi zbiję przed zawodami i czy dostanę się do jak najniższej kategorii wagowej. Normalna sprawa – jeśli na co dzień ważyłam 47 kilo i jakimś cudem udało mi się na zawodach wskoczyć do -45kg, miałam większe szanse, gdyż rywalizowałam często z przeciwniczkami drobniejszymi, słabszymi, naturalnie lżejszymi. Sprawa była jasna – najgorzej mają ci, którzy znajdują się na dolnej granicy kategorii i tego starano się unikać. Dużym szokiem było dla mnie odkrycie, że kategoria -50kg nie będzie ze mną na zawsze, trochę przeżywałam, ale pocieszałam się, że większość moich koleżanek z klasy już dawno przekroczyła tę magiczną granicę piątki z przodu. To była pierwsza gimnazjum. Kiedy przestałam trenować, moja świadomość własnej wagi trochę zeszła na drugi plan. Spokojnie żyłam sobie z myślą, że ważę jakieś 53-54 kilogramów, dopóki nie okazało się, że wcale nie – waga zaczęła wskazywać 61,5kg, a ja przerażona pomyślałam, jak ja mogłam przeskoczyć dwie kategorie?! Poczułam się naprawdę beznadziejnie, grubo, kluchowato i mimo że wzięłam się trochę za siebie i w tej chwili oscyluję w granicach 57 kilogramów, cały czas czuję, że to o jedną kategorię za dużo.
Waga to jedno, ale ciężko jest też przyzwyczaić się do innego ciała. W gimnazjum, kiedy trenowałam najintensywniej, potrafiłam wycisnąć niemal tyle, ile ważyłam sama. Jasne, wymagało to dużego wysiłku, ale dawałam radę. Podobnie, jak zrobienie sześćdziesięciu męskich pompek itp.. Kiedy w pierwszej  licealnej, czyli w dość krótkim czasie od przerwania treningów, okazało się, że nie wycisnę już nawet 35kg, czułam się bardzo, bardzo źle. Mam wrażenie, że moje ciało, to trochę nie ja, odkąd nie jestem tak rozciągnięta, tak silna i tak chuda, niż kiedyś. To znaczy – nie stanowi to problemu, kiedy patrzę w lustro, poruszam się między ludźmi, czy kiedy kupuję ubrania. Ale fotografie są już dużym problemem. Poza tym, mam stare stawy. Trzeszczą mi kolana i strzelają biodra. Bolą, kiedy przed dłuższy czas stoję, utrzymując ciężar na jednej nodze.
Nie jestem jeszcze całkiem pewna, co do zależności między sportem, a moją osobowością. Bo kiedy słyszę, że to dzięki treningom jestem tak zdyscyplinowana, sumienna, zasadnicza i uparta, budzi się we mnie sprzeciw, bo chciałabym wierzyć, że te cechy, to właśnie ja, ja w naturalnej postaci. Na korzyść sportu padały też argumenty, że zanim zaczęłam trenować, bardzo się wszystkiego bałam, a on mnie uspokoił i ułatwił mi kontakty w rówieśnikami. Cóż, nawet z perspektywy czasu, widzę to nieco inaczej… Nie wiem również, jak to jest z moją agresją – czy sport pomagał mi ją zamaskować, bo pozwalał się wyżyć i radzić sobie z negatywnymi emocjami, czy przyzwyczaił mnie do stanu mobilizacji i rywalizacji, co teraz od czasu do czasu uwidacznia się życiu, szczególnie w kłótniach, które traktuję jak rozgrywki.
Nie mogę się z tym jeszcze rozprawić, miesza mi to w tożsamości i sprawia, że nie mogę  ani się od tego całkowicie odciąć, ani spokojnie słuchać, jak ktoś wspomina o mojej dawnej pasji i o tej stojącej na podium, chudej, silnej mnie.

Szczere Kocisko
Dość często zdarza mi się rozmyślać o tym, jak jestem postrzegana przez innych. Raczej nie w kategoriach fajna/niefajna ani ojejkujejku, co ludzie powiedzą. O to w zasadzie nie dbam, interesuje mnie za to ogólne wrażenie, jakie sprawiam, to, jak oddziałuję na innych, czym wkurzam, czy jestem niemiła i czy w ogóle potrafię się zachować. Samemu ciężko to wyczuć – usprawiedliwiamy swoje zachowanie znajomością kontekstu wypowiadanych przez nas słów, samopoczuciem, warunkami atmosferycznymi i masą innych rzeczy, które reszta świata ma gdzieś. Kolejna sprawa – zawsze interesowało mnie to, jak mnie widzą w grupie. Grupa potrafi bowiem zblokować myślenie, nie jest to żaden zarzut, po prostu obecność ludzi nam przychylnych, z którymi czujemy się dobrze i bezpiecznie, może sprawić, że staniemy się mniej ostrożni.
Dobrze, teraz na serio – w zeszłym tygodniu natknęłam się w kinie studyjnym na film Anny Odell, szwedzkiej artystki, performerki, znanej głównie z tego, że w 2009 roku dokonała próby samobójczej i została umieszczona w szpitalu psychiatrycznym, co – jak się później okazało – było jedynie działaniem artystycznym i… pracą licencjacką kobiety. Brzmi choro? Też tak myślałam. Performance Odell nie był jednak zwykłym aktem znudzenia „normalną” sztuką ani desperacką próbą zwrócenia na siebie uwagi. Nie był też formą zabawy w śmierć, oczkiem puszczonym w stronę Tanatosa. Artystka nie chciała się zabić, była całkowicie zdrowa i poddana kontroli lekarza, a celem jej działania było zwrócenie uwagi na władzę policji, państwa, lekarzy i społeczeństwa nad jednostką, szczególnie jednostką z problemami i na jej nikłą pozycję w stadzie. Tak, została poddana przymusowemu leczeniu farmakologicznemu. Tak, ściągnęła na siebie falę krytyki. Tak, bazowała na własnych doświadczeniach i wiedziała, co robi. 
Ale nie o „Okänd, kvinna 2009-349701” miałam pisać, a o „Återträffen”, filmie występującym pod polskim tytułem „Zjazd absolwentów”. Cały projekt kręci się wokół faktu, że Odell czuła się w dzieciństwie szykanowana przez resztę swojej klasy. Po latach nie została zaproszona na zjazd absolwentów, postanowiła więc zaaranżować własny, podczas którego dała upust swoim emocjom – rozegrała z aktorami wcielającymi się w jej dawnych prześladowców najgorszy w możliwych scenariuszy. Taki z bójką, wyzwiskami, kopaniem leżącej i wyrzuceniem jej z lokalu. Nagrany materiał zostaje w drugiej części filmu skonfrontowany z pierwowzorami ukazanych w filmie postaci. I oto sedno sprawy. Ludzie po obejrzeniu filmu byli niejednokrotnie zszokowani, przerażeni świadomością tego, jak ich zachowania odbierała mała Odell. Zrzucali na siebie nawzajem odpowiedzialność za zniszczenie jej dziewięciu lat życia, nikt nie umiał odnaleźć winy w sobie i swojej bierności. Właśnie o bierność w dużej mierze chodziło, bo dziewczynie, pomijając kilka bardzo nieprzyjemnych akcji, tak naprawdę nie działo się nic szczególnego - nijak się to nie miało do, tak często powielanych np. w teledyskach zespołów takich, jak Rise Against, obrazków szkolnego szykanowania. Odell po prostu w swojej klasie nie istniała, bywała mniej, niż kozłem ofiarnym.
Co mnie dość mocno uderzyło, z ust bohaterów filmu często padało mniej więcej takie zdanie – „Szanują twoją wizję mnie, ale mam inną”. No ok, czyli się szanujemy, fajnie, ale co z tego, jeśli przez przypadek, własną bezrefleksyjność i zaniedbanie, porobiliśmy komuś rany w psychice, z którymi się nie upora przez całe życie? Nie wiem, czy można obejrzeć ten film i nie zacząć się zastanawiać, czy przypadkiem kogoś nie zniszczyliśmy. Śmianiem się, kiedy inni się śmiali, nie okazaniem cienia zainteresowania, zwykłym dziecięcym okrucieństwem. Aż chciałoby się sięgnąć po „Dżumę” i już zawsze stawać po stronie ofiary…
Szczere Kocisko
Już jakiś czas temu zasugerowano mi, że pisząc, tak jak od jakiegoś czasu zwykłam tu pisać, czyli emocjonalnie i na dość osobiste tematy, odzieram się z prywatności. I na początku przytaknęłam. Że owszem – bawię się w emocjonalny ekshibicjonizm, że akceptuję to, bo jestem świadoma tego, że sama lubię, jak ludzie się uzewnętrzniają.  Myśl o tym siedziała mi w głowie przez ostatnie dwa tygodnie i choć nie spotykała się z żadnym wewnętrznym sprzeciwem, cały czas zdawała się nie pasować do innych elementów układanki. Bo jak ze świadomym rezygnowaniem z prywatności połączyć introwersję, kreowanie własnego, malutkiego świata, do którego nie wpuszczam nikogo i który znajduje realne odzwierciedlenie w moim pokoju - strefy sacrum, do której wstęp mam tylko ja i moi rodzice, w którym nie przyjmuję, nie chcę przyjmować żadnych gości? Może być ciężkawo. Jeśli jednak pisanie o swoich słabościach, radościach, nadziejach i spostrzeżeniach nie jest ekshibicjonizmem, to czym jest?
Pierwsze, co przychodzi mi na myśl – rodzajem kreacji. Pisząc opowiadania czy wiersze, mogę schować się za bohaterami, sytuacjami, mogę pozamykać w symbolach rzeczy najistotniejsze i pozwolić, aby osoba postronna nie miała do nich dostępu i była zdana na własną – w góry odmienną od mojej – interpretację. Uwielbiam to. Wystawianie żywej tkanki uczuć na widok publiczny ze świadomością, że mało kto ją dostrzeże. Jeszcze zabawniejsze jest pokazywanie w utworkach-potworkach sytuacji zupełnie oderwanych od mojej rzeczywistości, tak o, żeby zobaczyć, co się stanie i słuchać pytań, czy to jest o NIM?, było tak? tak rzeczywiście jest? Nie, zwykle nie jest. Tutaj jednak nie mogę pozwolić sobie na pisanie zupełnie z kosmosu. To znaczy – mogę, ale nie o to tu chodzi. W formie, jaką jest blog, najfajniejsza jest chyba właśnie autentyczność. Nie jest to jednak autentyczność porównywalna to tej, którą zdążyliśmy poznać z programów typu reality show. No dobra, tam o autentyczności ani intymności nie ma mowy, lepiej sprawdza się określenie mięcho. Nie ma tu u mnie ani kawałka mięcha, czegoś, co mogłoby odwrócić się przeciw mnie. Wszystko, co piszę, piszę w pełni władz umysłowych i zwykle z jakiegoś powodu. Oglądaliście doktora House’a? Wszyscy oglądali. W jednym z odcinków House leczył blogerkę lifestyle’ową, która opisywała w internetach wszystko – całe swoje życie – to, co jadła, z kim spała, jak spała, z kim się kłóciła, czemu się kłóciła, co ją bolało i jakie miała skarpetki. Chyba daleko mi do tego.
Dlaczego w ogóle uznaję, że warto dzielić się swoimi przemyśleniami? Czy sądzę, że jestem już tak genialna i wybitna, że świat się zawali, jeśli nie dowie się, co myślę o Marii Goniewicz, czy słucham Die Antwoord i za co szanuję Kwiatkowskiego? No też niekoniecznie. Jednak wydaje mi się, że nic mi po przemyśleniach, których nie mogę skonfrontować z rzeczywistością. Których nie mogę zestawić z innymi punktami widzenia, systemami wartości, gustami. Przecież dopiero w ten sposób dochodzi się do zdania na jakiś temat – zestawiając wiele różnych punktów widzenia ze swoją własną wiedzą, intuicją, przekonaniami i doświadczeniami. W ten sposób można również dowiedzieć się nieco o sobie – tak, oglądanie swojego odbicia w reakcjach innych bywa pomocne, jesteśmy dorosłymi ludźmi, przestańmy się krygować i w końcu to przyznajmy.
Na koniec najważniejsze. Coś, co tłumaczy zachowanie celebrytów na Instagramie i innych portalach społecznościowych, coś co wyjaśnia, dlaczego tak chętnie spamujemy na fejsie ulubionymi piosenkami i zdjęciami zagraconych biurek, książek i jedzenia – samodzielne prezentowanie swojego życia, nawyków, najogólniej mówiąc, siebie, wytrąca ludziom z ręki ważną broń – pomawianie. Tak, poniekąd, może nawet trochę podświadomie, sami uchylamy rąbka tajemnicy, aby nikt nie musiał robić tego za nas. Czy nie pozwala to właśnie na stworzenie sobie prywatnej kryjówki, o której nikt nie może się dowiedzieć?

Szczere Kocisko
  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ▼  2016 (18)
    • ▼  marca (3)
      • szczerekocisko.pl
      • Stawianie na głowie
      • Dzielę się jedzeniem - luty
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (8)
    • ►  października (9)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ►  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.