Tak, zdążyłam już to miasto trochę oswoić. Przeprowadzka poszła sprawnie, bydgoska Ikea przytłoczyła mnie swoją wielkością, ale nie na tyle, by nie podołać zakupom, a po pierwszych dwóch godzinach od odjazdu mamy, podczas których czułam dziwną pustkę i niepokój, okazało się, że jest fajnie, że ładnie i dokładnie tak, jak sobie to wymarzyłam. Rozkoszuję się pustym mieszkaniem i czasem wolnym, bo już za kilka dni wszystko będzie mogło wyglądać zupełnie inaczej. Póki co, chodzę po mieście i ledwo się mieszczę w nim, ciągle się kszątam, czytam, fotografuję, gotuję, latam po urzędach i dziekanatach. No właśnie, fotografuję. Na każdym kroku znajduję w tym mieście coś wartego uwagi. Postanowiłam więc, że dopóki nie mam żadnego pomysłu na tekst z prawdziwego zdarzenia, podzielę się chociaż zdjęciami z ostatnich kilku dni...
Czytając niektóre z moich wpisów, nie sposób nie zauważyć,
jak ważne jest dla mnie jedzenie i jak bardzo, w gruncie rzeczy, lubię jeść. I
stąd też moja, trwająca już chyba z rok i wciąż przybierająca na sile, dbałość
o to, co jem i jak jem. Tym razem nie będę jednak przekonywać o wyższości
bananów nad batonami, ani zwierzać się, jakie jedzenie udało mi się wykluczyć,
a bez jakiego nie wyobrażam sobie dnia. Tym razem skupię się na samej czynności jedzenia i
przygotowywania jedzenia.
Odczuwam lekką niechęć wobec tych, którzy gotowanie obiadu
traktują jako smutny obowiązek i płaczą nad makaronem z sosem z worka. I wobec
tych, którzy nie jedzą śniadań, bo podobno nie mają czasu, ale spędzają poranki
przed telewizorem, oglądając najnowsze wiadomości. I wobec tych, którzy
twierdzą, że jedzenie z rodziną nie ma szczególnego znaczenia lub nabiega je dopiero
dwa razy w roku – podczas kolacji wigilijnej i wielkanocnego śniadania. Wiem,
że dyskryminowanie ludzi na podstawie ich nawyków żywieniowych brzmi słabo i w
gruncie rzeczy pewnie jest bardzo słabe, ale uważam, że tracą oni wiele przyjemności z
życia.
Lubię patrzeć na grządki, przyglądać się hodowanym przez
dziadka warzywom i towarzyszyć mamie w wyborze tych, które zagrają główne role
w najbliższych obiadach. Coraz chętniej próbuję nowych rzeczy, a dużo mam
jeszcze do spróbowania, bo przez długi czas mój jedzeniowy repertuar był dość
wąski. Z zabawnych rzeczy – w zeszłym tygodniu po raz pierwszy zjadłam do
obiadu sos z kurek, wcześniej z grzybów godziłam się jedynie na sporadyczną
obecność pieczarek na pizzy, a i tak nie byłam nimi zachwycona. Jedyne dni,
kiedy wychodzę z domu bez śniadania, to te, w które wypadają mi badania krwi –
nigdy nie zdarzyło się, żebym ot tak o tym posiłku zapomniała. I kiedy tylko
mogę, jadam śniadania z mamą. Podobnie z obiadami – obiady trzeba jeść razem.
Niekoniecznie przy stole. My preferujemy siedzenie wygodnie na sofach w
salonie. Z pewnością ma tutaj znaczenie fakt, że zwykle nasze posiłki nie
wymagają korzystania z noża… Nieważne.
Choć dużo piszę, w rzeczywistości bywam słaba w słowa. I choć
czuję bardzo dużo i intensywnie, bywa, że wyrażanie uczuć nie wychodzi mi zbyt
sprawnie. Jednak jest jeden sposób, w jaki bardzo lubię manifestować swoją
sympatię, przywiązanie i inne dobre emocje. Nawet jeśli prawie nikt tego
manifestu nie odczytuje. Piekę. No dobra, może i nie jestem królową ciasteczek
i tortów, ale mam na swoim koncie wiele, naprawdę wiele, bajecznie kolorowych
babeczek, w tym babeczki-jednorożce, tort imitujący mózg, zielony tort „princesstårta”
(no dobra, ten przygotowałam na własne imieniny, ale kto powiedział, że nie
należy wyrażać miłości samemu sobie, szczególnie, jeśli o tą miłość czasem
ciężko?), kruche babeczki z budyniem, cynamonowe bułeczki, cytrynową tartę, czekoladowe ptysie i sama nie
wiem, co jeszcze. Kiedy w gimnazjum lub liceum organizowano klasowe wigilie i
inne takie, po prostu nie mogłam niczego nie upiec. I wkładałam w to serce - tymi
wszystkimi piernikami i czekoladowymi babeczkami mówiłam – w zasadzie to lubię was, ludzie.
To jakby odwrotność zasady „przez żołądek do serca”. Takie „co
z serca to w żołądku”. Choć może nie brzmi to zbyt apetycznie.
Przychodzi mi w tym momencie do głowy fabuła książki, którą
w ten weekend czytałam. „Zawsze mieszkałyśmy w zamku” autorstwa Shirley Jackson. Tam przygotowywanie
posiłków jest szczególnie ważne, choć w przewrotny i niepokojący sposób.
Spokojnie, obywa się bez kulinarnych ekscesów w rodzaju kanibalizmu. Myślę
również o magazynie KUKBUK, który stanowi dla mnie solidną dawkę inspiracji i
przekonuje, że nie jestem w błędzie – jedzenie JEST ważne.
Staram się przyglądać się sobie z uwagą. Nie mniejszą i nie
większą, niż przyglądam się innym, a przyglądać się lubię. Nie chcę po prostu
przeoczyć czegoś ważnego, nie zauważyć momentu, w którym stanę się, no nie
wiem, hipokrytką, despotką, niefajnym i niedobrym człowiekiem. Ale przeoczam.
Mimo wszystko.
Bo jakimś cudem wydawało mi się, że choć nie jestem osobą
najłatwiejszą w kontaktach, jestem raczej miła, mówię raczej cicho i udaje mi
się być raczej serdeczną. W sensie – jak chcę, to potrafię.
Z tym, że nie. Chyba jestem niemiła.
Kilka dni temu, podczas rozmowy na bieżące – kawiarniane lub
raczej kawiarenkowe tematy, z ust mojej
mamy padło zdanie zaczynające się od „Wiem, że masz złe zdanie o swoim liceum,
ale…” i zgłupiałam. Że kto? Że ja? I złe zdanie o mojej szkole?! Przysięgam, że
gdy to usłyszałam, zeszkliły mi się oczy. I dopytuję, próbuję dowiedzieć się,
skąd w ogóle taki pomysł. I w odpowiedzi dostaję, że przecież tyle razy
narzekałam i krytykowałam, i pisałam – zarówno tu, jak i do szkolnej gazetki –
uszczypliwe teksty. Że tyle ironii i tyle złośliwości, i…
Już sama nie wiem. Z mojej strony wyglądało to inaczej. Jasne,
zauważam wady i błędy, i rzeczy działające nie tak, jak powinny, lub
niedziałające w ogóle, ale nie dla tego, aby wywlec je na wierzch i podkreślić,
jak bardzo czegoś nie lubię. Robię to bardziej z troski o to, co lubię. Bo
jeśli czegoś nie trawie, to po prostu zostawiam to obok, nie rozmawiam na ten
temat, nie dzielę się z innymi swoim brakiem sympatii. Nie czuję potrzeby
poświęcania swojej energii rzeczom, które są jej niewarte.
I nigdy nie próbowałam postępować, biorąc przykład, powiedzmy,
z tego szczególnego rodzaju nauczycieli,
którzy skupiają się jedynie na czyich brakach, tępią i temperują, mając
nadzieję, że uda się im w ten sposób kogokolwiek zmotywować. Ale może
rzeczywiście czasem tak robię?
Przez długi czas ćwiczyłam się we władaniu sarkazmem i ironią
i stosowałam je jako tarczę, która miała mnie chronić w momentach, kiedy nie
czułam się pewnie, kiedy było mi nieswojo i nieprzyjemnie. Czyżbym przywiązała
się do niej na tyle, by nie móc bez niej poprowadzić rozmowy? Czy naprawdę
muszę być złośliwa i uszczypliwa wobec
swoich ulubionych ludzi?
❤
❤
Archiwum bloga
-
►
2015
(66)
- ► października (9)
-
►
2014
(72)
- ► października (2)
-
►
2013
(66)
- ► października (5)