• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

Tak, zdążyłam już to miasto trochę oswoić. Przeprowadzka poszła sprawnie, bydgoska Ikea przytłoczyła mnie swoją wielkością, ale nie na tyle, by nie podołać zakupom, a po pierwszych dwóch godzinach od odjazdu mamy, podczas których czułam dziwną pustkę i niepokój, okazało się, że jest fajnie, że ładnie i dokładnie tak, jak sobie to wymarzyłam. Rozkoszuję się pustym mieszkaniem i czasem wolnym, bo już za kilka dni wszystko będzie mogło wyglądać zupełnie inaczej. Póki co, chodzę po mieście i ledwo się mieszczę w nim, ciągle się kszątam, czytam, fotografuję, gotuję, latam po urzędach i dziekanatach. No właśnie, fotografuję. Na każdym kroku znajduję w tym mieście coś wartego uwagi. Postanowiłam więc, że dopóki nie mam żadnego pomysłu na tekst z prawdziwego zdarzenia, podzielę się chociaż zdjęciami z ostatnich kilku dni...




















Czytając niektóre z moich wpisów, nie sposób nie zauważyć, jak ważne jest dla mnie jedzenie i jak bardzo, w gruncie rzeczy, lubię jeść. I stąd też moja, trwająca już chyba z rok i wciąż przybierająca na sile, dbałość o to, co jem i jak jem. Tym razem nie będę jednak przekonywać o wyższości bananów nad batonami, ani zwierzać się, jakie jedzenie udało mi się wykluczyć, a bez jakiego nie wyobrażam sobie dnia. Tym razem skupię się na samej czynności jedzenia i przygotowywania jedzenia.

Odczuwam lekką niechęć wobec tych, którzy gotowanie obiadu traktują jako smutny obowiązek i płaczą nad makaronem z sosem z worka. I wobec tych, którzy nie jedzą śniadań, bo podobno nie mają czasu, ale spędzają poranki przed telewizorem, oglądając najnowsze wiadomości. I wobec tych, którzy twierdzą, że jedzenie z rodziną nie ma szczególnego znaczenia lub nabiega je dopiero dwa razy w roku – podczas kolacji wigilijnej i wielkanocnego śniadania. Wiem, że dyskryminowanie ludzi na podstawie ich nawyków żywieniowych brzmi słabo i w gruncie rzeczy pewnie jest bardzo słabe, ale uważam, że tracą oni wiele przyjemności z życia.

Lubię patrzeć na grządki, przyglądać się hodowanym przez dziadka warzywom i towarzyszyć mamie w wyborze tych, które zagrają główne role w najbliższych obiadach. Coraz chętniej próbuję nowych rzeczy, a dużo mam jeszcze do spróbowania, bo przez długi czas mój jedzeniowy repertuar był dość wąski. Z zabawnych rzeczy – w zeszłym tygodniu po raz pierwszy zjadłam do obiadu sos z kurek, wcześniej z grzybów godziłam się jedynie na sporadyczną obecność pieczarek na pizzy, a i tak nie byłam nimi zachwycona. Jedyne dni, kiedy wychodzę z domu bez śniadania, to te, w które wypadają mi badania krwi – nigdy nie zdarzyło się, żebym ot tak o tym posiłku zapomniała. I kiedy tylko mogę, jadam śniadania z mamą. Podobnie z obiadami – obiady trzeba jeść razem. Niekoniecznie przy stole. My preferujemy siedzenie wygodnie na sofach w salonie. Z pewnością ma tutaj znaczenie fakt, że zwykle nasze posiłki nie wymagają korzystania z noża… Nieważne.

Choć dużo piszę, w rzeczywistości bywam słaba w słowa. I choć czuję bardzo dużo i intensywnie, bywa, że wyrażanie uczuć nie wychodzi mi zbyt sprawnie. Jednak jest jeden sposób, w jaki bardzo lubię manifestować swoją sympatię, przywiązanie i inne dobre emocje. Nawet jeśli prawie nikt tego manifestu nie odczytuje. Piekę. No dobra, może i nie jestem królową ciasteczek i tortów, ale mam na swoim koncie wiele, naprawdę wiele, bajecznie kolorowych babeczek, w tym babeczki-jednorożce, tort imitujący mózg, zielony tort „princesstårta” (no dobra, ten przygotowałam na własne imieniny, ale kto powiedział, że nie należy wyrażać miłości samemu sobie, szczególnie, jeśli o tą miłość czasem ciężko?), kruche babeczki z budyniem, cynamonowe bułeczki, cytrynową tartę, czekoladowe ptysie i sama nie wiem, co jeszcze. Kiedy w gimnazjum lub liceum organizowano klasowe wigilie i inne takie, po prostu nie mogłam niczego nie upiec. I wkładałam w to serce - tymi wszystkimi piernikami i czekoladowymi babeczkami mówiłam – w zasadzie to lubię was, ludzie.

To jakby odwrotność zasady „przez żołądek do serca”. Takie „co z serca to w żołądku”. Choć może nie brzmi to zbyt apetycznie.

Przychodzi mi w tym momencie do głowy fabuła książki, którą w ten weekend czytałam. „Zawsze mieszkałyśmy w zamku”  autorstwa Shirley Jackson. Tam przygotowywanie posiłków jest szczególnie ważne, choć w przewrotny i niepokojący sposób. Spokojnie, obywa się bez kulinarnych ekscesów w rodzaju kanibalizmu. Myślę również o magazynie KUKBUK, który stanowi dla mnie solidną dawkę inspiracji i przekonuje, że nie jestem w błędzie – jedzenie JEST ważne.
Staram się przyglądać się sobie z uwagą. Nie mniejszą i nie większą, niż przyglądam się innym, a przyglądać się lubię. Nie chcę po prostu przeoczyć czegoś ważnego, nie zauważyć momentu, w którym stanę się, no nie wiem, hipokrytką, despotką, niefajnym i niedobrym człowiekiem. Ale przeoczam. Mimo wszystko.

Bo jakimś cudem wydawało mi się, że choć nie jestem osobą najłatwiejszą w kontaktach, jestem raczej miła, mówię raczej cicho i udaje mi się być raczej serdeczną. W sensie – jak chcę, to potrafię.

Z tym, że nie. Chyba jestem niemiła.

Kilka dni temu, podczas rozmowy na bieżące – kawiarniane lub raczej kawiarenkowe tematy,  z ust mojej mamy padło zdanie zaczynające się od „Wiem, że masz złe zdanie o swoim liceum, ale…” i zgłupiałam. Że kto? Że ja? I złe zdanie o mojej szkole?! Przysięgam, że gdy to usłyszałam, zeszkliły mi się oczy. I dopytuję, próbuję dowiedzieć się, skąd w ogóle taki pomysł. I w odpowiedzi dostaję, że przecież tyle razy narzekałam i krytykowałam, i pisałam – zarówno tu, jak i do szkolnej gazetki – uszczypliwe teksty. Że tyle ironii i tyle złośliwości, i…

Już sama nie wiem. Z mojej strony wyglądało to inaczej. Jasne, zauważam wady i błędy, i rzeczy działające nie tak, jak powinny, lub niedziałające w ogóle, ale nie dla tego, aby wywlec je na wierzch i podkreślić, jak bardzo czegoś nie lubię. Robię to bardziej z troski o to, co lubię. Bo jeśli czegoś nie trawie, to po prostu zostawiam to obok, nie rozmawiam na ten temat, nie dzielę się z innymi swoim brakiem sympatii. Nie czuję potrzeby poświęcania swojej energii rzeczom, które są jej niewarte. 

I nigdy nie próbowałam postępować, biorąc przykład, powiedzmy, z tego szczególnego rodzaju  nauczycieli, którzy skupiają się jedynie na czyich brakach, tępią i temperują, mając nadzieję, że uda się im w ten sposób kogokolwiek zmotywować. Ale może rzeczywiście czasem tak robię?

Przez długi czas ćwiczyłam się we władaniu sarkazmem i ironią i stosowałam je jako tarczę, która miała mnie chronić w momentach, kiedy nie czułam się pewnie, kiedy było mi nieswojo i nieprzyjemnie. Czyżbym przywiązała się do niej na tyle, by nie móc bez niej poprowadzić rozmowy? Czy naprawdę muszę być złośliwa i uszczypliwa wobec  swoich ulubionych ludzi?
  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ▼  2016 (18)
    • ▼  marca (3)
      • szczerekocisko.pl
      • Stawianie na głowie
      • Dzielę się jedzeniem - luty
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (8)
    • ►  października (9)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ►  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.