Po miesiącu wszystko zaczyna normalnieć. Poranki są coraz
ciemniejsze i coraz mniej światła wpada przez okno, coraz krócej. A tak mnie to
światło zachwycało. Teraz obserwuję cienie, rozmawiam z nimi. Mówią, że nic nie
jest doskonałe. Podnoszę wzrok i widzę krzywe ściany, kąt w który nie da się
wpasować równo łóżka. Trzeba sprzątać, uczyć się, wyszukiwać, doczytywać,
załatwiać, pisać maile, ksero kosztuje a paznokcie się łamią. Normalnieje.
Ale nie obojętnieje. Po prostu łapię rytm i tworzę
procedury. Radzę sobie, trzymam rękę na pulsie, a tramwaje przypominają mi to tym,
co ważne. Z toruńskich tramwajów zdecydowanie wolę te stare. Nie dlatego, że są
jak pocztówka z Gorzowa, nie – te nowe są po prostu zbyt szybkie. Bezrefleksyjne.
Bezmyślne. Zrywają się, przyspieszają, aby za chwilę hamować i narażać
pasażerów na bolesną powtórkę z dynamiki newtonowskiej. To złe wzory, tak
myślę.
C’est la vie, cały mój Toruń, dwie drogi na krzyż.
Nie wypuszczam się zbyt daleko, nie teraz. Te dwie oswojone
drogi są na razie w sam raz. Szczególnie, jeśli moja świadomość tych dróg
rozrasta się ciągle o kolejne miejsca. Kawiarnie, punkty ksera, kluby,
wege-bary.
Przyzwyczaiłam się i nie wzruszam się już z zachwytu.
Zamiast tego chwytam się punktów zaczepienia i wiję strefę komfortu – tę w
wersji zdrowej, potrzebnej i fajniej. Od tej wrogo-opiekuńczej, wysyconej
strachem i toksyną, trzymam się z daleka. Moja strefa komfortu to wstawanie o
szóstej, czwartkowe wizyty w Centrum Sztuki Współczesnej (oj, tam to akurat
wpadam w zachwyt nieustająco!),
gotowanie z namaszczeniem i uwagą, i takież spożywanie posiłków; to
gorąca herbata w emaliowanym kubku, zachowywanie odpowiedniej proporcji między skądinąd koniecznymi
small talkami a wielkimi dialogami
wewnętrznymi, które toczyć uwielbiam.
Lubię ją i swoja konsekwencję, i asertywność. Lubię swoje
ścieżki i swoją indywidualność. Cenie ją bardziej niż wewnętrzną spójność, a
także bardziej niż integralność ze środowiskiem. Wiem, że w tym zdaniu kryje
się pułapka, ale chodzi mi o to, że zupełnie gdzieś mam integralność z
jakimkolwiek środowiskiem. Nie wchłonę się, nie podążę, nie zniknę w pierwszym
lepszym tłumie. Najpierw wolę poznać. Bez zamykania się i bez pozostawiania
drzwi otwartych na oścież. Niech będą uchylone. Potrzeba przynależności ze
wszelką cenę jest mi obca, ale chcę przynależeć, każdy chce.
Teraz, w trakcie pisania tego tekstu, zdałam sobie sprawę z
tego, że dzisiejsza doba ma mieć 25 godzin. Dlaczego dzisiejsza?