• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

Tak, teraz już chyba wszyscy wiedzą, jak ważne są dla mnie posiłki i cała okołojedzeniowa część życia. Pisałam o tym. Wielokrotnie. I znów.  Lubię o tym wspominać, bo to całkiem zdrowe, ważne i pozytywne sprawy. No, jak w chwaleniu się jedzeniem można byłoby przemycić negatywny przekaz? Nie sposób. Dlatego właśnie wszyscy lubią Nigellę Lawson, Jamiego Olivera i czytać KUKBUK.

Dużo się zmienia, dużo się konstytuuje, dużo się też redukuje i przyjmuję to jako rzeczy całkowicie naturalne i potrzebne. Nie można sobie żyć w bańce, którą się wmontowało między ściany w nadziei, że pozostanie tak sobie przez lata w niezmienionej formie. Zdanie sobie z tego sprawy jest chyba ważnym krokiem w budowaniu tego komfortu, o którym wspominałam ostatnio. Comfort zone musi być ciągle doglądana, aktualizowana, sprawdzana; musi podlegać konserwacji, jak każda konstrukcja. Musi zgodzić się na kilka kompromisów, jak czyjeś naczynia w zlewie i czyiś płaszcz w przedpokoju. Musi być świadoma konsekwencji.

Pamiętacie, jak chwaliłam redukcję? Chwaliłam ją tak bardzo, że wpadłam w redukcjonizm i zaczęłam robić wszystko na pół gwizdka, jednocześnie przejmując się wszystkim na jakieś sto gwizdków. Nierozsądne, chyba nie co do tego wątpliwości. Skończyłam sfrustrowana, niewyspana i z poczuciem jeszcze większego niedoczasu. No więc zeszłam z tonu. Wyprowadziłam się na spacer do parku okrężną drogą, zamiast wracać prosto do mieszkania tramwajem. Zrobiłam wielkie zakupy – może lepiej byłoby je nazwać już zapasami – i zabrałam się za gotowanie niepotrzebnie skomplikowanego obiadu, bawienie się w lepienie z ryżu klopsów, równe smażenie ich, duszenie w pomidorowym sosie… 

Gotowanie mnie niesamowicie odpręża. To jak wchodzenie na chwilę w rolę opiekunki, kogoś, kto panuje nad światem, kto zapewnia harmonię i ustanawia dom. Kiedy gotuję, czuję dom. I kiedy jem. Kiedy myślę o tym, jak, co i dla kogo będę gotować w przyszłości. Dom.

A że nie mam na razie zbyt wiele czasu, by pisać, zostawię tu w ramach rekompensaty dość dużą porcję jedzenia. Z całego miesiąca. W razie pytań, co to, z czym to i jak to, proszę się nie krępować J





















Po miesiącu wszystko zaczyna normalnieć. Poranki są coraz ciemniejsze i coraz mniej światła wpada przez okno, coraz krócej. A tak mnie to światło zachwycało. Teraz obserwuję cienie, rozmawiam z nimi. Mówią, że nic nie jest doskonałe. Podnoszę wzrok i widzę krzywe ściany, kąt w który nie da się wpasować równo łóżka. Trzeba sprzątać, uczyć się, wyszukiwać, doczytywać, załatwiać, pisać maile, ksero kosztuje a paznokcie się łamią. Normalnieje.

Ale nie obojętnieje. Po prostu łapię rytm i tworzę procedury. Radzę sobie, trzymam rękę na pulsie, a tramwaje przypominają mi to tym, co ważne. Z toruńskich tramwajów zdecydowanie wolę te stare. Nie dlatego, że są jak pocztówka z Gorzowa, nie – te nowe są po prostu zbyt szybkie. Bezrefleksyjne. Bezmyślne. Zrywają się, przyspieszają, aby za chwilę hamować i narażać pasażerów na bolesną powtórkę z dynamiki newtonowskiej. To złe wzory, tak myślę.

C’est la vie, cały mój Toruń, dwie drogi na krzyż.

Nie wypuszczam się zbyt daleko, nie teraz. Te dwie oswojone drogi są na razie w sam raz. Szczególnie, jeśli moja świadomość tych dróg rozrasta się ciągle o kolejne miejsca. Kawiarnie, punkty ksera, kluby, wege-bary.

Przyzwyczaiłam się i nie wzruszam się już z zachwytu. Zamiast tego chwytam się punktów zaczepienia i wiję strefę komfortu – tę w wersji zdrowej, potrzebnej i fajniej. Od tej wrogo-opiekuńczej, wysyconej strachem i toksyną, trzymam się z daleka. Moja strefa komfortu to wstawanie o szóstej, czwartkowe wizyty w Centrum Sztuki Współczesnej (oj, tam to akurat wpadam w zachwyt nieustająco!),  gotowanie z namaszczeniem i uwagą, i takież spożywanie posiłków; to gorąca herbata w emaliowanym kubku, zachowywanie  odpowiedniej proporcji między skądinąd koniecznymi small talkami a wielkimi dialogami wewnętrznymi, które toczyć uwielbiam.

Lubię ją i swoja konsekwencję, i asertywność. Lubię swoje ścieżki i swoją indywidualność. Cenie ją bardziej niż wewnętrzną spójność, a także bardziej niż integralność ze środowiskiem. Wiem, że w tym zdaniu kryje się pułapka, ale chodzi mi o to, że zupełnie gdzieś mam integralność z jakimkolwiek środowiskiem. Nie wchłonę się, nie podążę, nie zniknę w pierwszym lepszym tłumie. Najpierw wolę poznać. Bez zamykania się i bez pozostawiania drzwi otwartych na oścież. Niech będą uchylone. Potrzeba przynależności ze wszelką cenę jest mi obca, ale chcę przynależeć, każdy chce.

Teraz, w trakcie pisania tego tekstu, zdałam sobie sprawę z tego, że dzisiejsza doba ma mieć 25 godzin. Dlaczego dzisiejsza?  
Wiedza mnie cieszy. Cieszy mnie też masa innych rzeczy. Masa rzeczy mnie również smuci, no bo co, jestem reaktywna. Nie będę wciskać, że harmonia i spokój, podczas gdy ta harmonia i ten spokój to tylko wybiegi, dzięki którym udaje mi się nie zwariować.

Zawsze tak było. Z tą wiedzą. Cieszyło mnie rozwiązane zadanie z matmy, z którym przed długi czas nikt sobie nie potrafił poradzić, cieszy mnie dowiadywanie się o pewnych rzeczach i ponowne spotkania z zasłyszanymi informacjami, bo to prawie tak, jakby to ja miała rację, że już słyszałam. Lubię, kiedy rzeczy wskakują na odpowiednie miejsca w świecie i wiedza zdecydowanie pozwala poczuć to wskakiwanie.

I lubię, jak ktoś też lubi. A lubi niewielu.

Ludzie chętniej przechodzą na porządek dzienny z takimi rzeczami. Szczególnie specjaliści. Ale nie tylko; ludzie zapominają. Zapominają o tym, że kiedyś coś wzięło w wskoczyło i świat im obojętnieje. Ja się tak nie bawię. Nie chcę tak. I staram się tak nie robić, choć czasem się nie udaje.
Można celebrować i powtarzać rzeczy z namaszczeniem, można się skupiać, wić sobie zdrową otoczkę, strefę komfortu pozbawioną toksyn – trzeba nawet. Ale sądzę, że powinno się też po prostu, tak całkiem trywialnie, lubić. Odczuwać sympatię do drobnych rzeczy, jak herbata rano, światło, które leniwie wlewa się do pokoju, wreszcie poczucie, że jest dobrze. Ponownie – odczuwać satysfakcję, ponieważ cały czas, niezmiennie, potencjał lokalny docierając do wzgórka aksonalnego, nakręca cykl Hodgkina i powoduje powstanie potencjału czynnościowego, który w tak sprytny sposób okazuje się operować kodem cyfrowym. Tak, miałam to wczoraj na wykładzie. I wychodząc po dwudziestej w budynku mojego wydziału, czułam, że ta informacja, to najlepsze wieści, jakie usłyszałam tego dnia.

Cieszyłam się jak dziecko.

Pan doktor też się cieszył.

Czasami może wydawać się, że lepiej nie wiedzieć, że po co, że to zupełnie niefajne i  mógłby ktoś rzec – niepotrzebne. Dlaczego niby? Jeśli nasza pamięć może być tak beznadziejna, jak wtedy, gdy próbujemy zapamiętać dużą ilość imion niezidentyfikowanych jeszcze osób albo tak świetna, jak przy słuchaniu piosenek, dlaczego pozwalamy sobie traktować naukę jak te wszystkie randomowe imiona? Podczas, gdy moglibyśmy po prostu lubić ten rodzaj wiedzy? Wierzę, że to da się włączyć…
  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ▼  2016 (18)
    • ▼  marca (3)
      • szczerekocisko.pl
      • Stawianie na głowie
      • Dzielę się jedzeniem - luty
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (8)
    • ►  października (9)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ►  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.