Na początku października zamierzałam robić wszystko.
Najlepiej wszystko i z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Czytać wszystkie teksty, o
których wspominali prowadzący zajęcia, przepisywać na czysto wszystkie notatki. Ćwiczyć każdego
wieczoru, bez wyjątków, angażować się we wszystkie interesujące inicjatywy.
Chodzić na wszystkie fajne koncerty, odwiedzać wszystkie wystawy, ponownie
zacząć grywać w gry (przez tematy poruszane na zajęciach od jakiegoś czasu
chodzi za mną Deus Ex: Human Revolution),
oglądać masę filmów, uczyć się intensywniej szwedzkiego, czytać, ach, ile
czytać.
Nie ma. No nie da się tak. To znaczy – pewnie by się dało,
są osoby, które zdają się być wszędzie i angażować się we wszystko, ale albo
rybka, albo akwarium – nie robią za to tych rzeczy, którym ja poświęcam wiele
czasu i które mają dla mnie duże znaczenie. Świadome zakupy, gotowanie,
jedzenie bez pośpiechu, szukanie inspiracji, pisanie, czytanie, z którego nie
mogłabym zrezygnować… Także kontakt z rodziną. Nie wyobrażam sobie przez cały
dzień nie zadzwonić do mamy. Mam wrażenie, że już jakiś czas temu jedną z moich
pasji stała się codzienność. Dbam o nią jak o cenną roślinkę, której nie można
zaniedbać.
W ostatnim tygodniu, choć nie był tak ciężki, jak mógłby, (naprawdę,
gdybym wiedziała, ile zajęć zostanie odwołanych, podeszłabym do niego z
zupełnie innym nastawieniem i bez środkowotygodniowej załamki) kilkakrotnie
udało mi się zakwestionować moją zasadność bycia tutaj. Dziwnie funkcjonować ze
świadomością, że nie mam żadnych podstaw do czucia się pod względem prawdopodobieństwa
zaliczenia semestru bezpieczniej, niż inni. Gimnazjum kończyłam na pozycji uprzywilejowanej
i na takiejż dostałam się do liceum. Liceum, w którym szybko znów wskoczyłam na
półkę traktujcie mnie nieco inaczej,
jestem olimpijką. I ten stan w pewnych aspektach jeszcze się utrzymuje – z tytułu
bycia studentką -finalistką OLiJPu do końca roku akademickiego będę dostawać
stypendium. Cieszę się niezmiernie, ale dalej mnie to dziwi, jak można być
gratyfikowanym za kilka miesięcy pracy po tak długim czasie? To trochę tak, jak
z wejściami na blog za pośrednictwem haseł „jak napisać pracę olimpijską”.
Serio, co roku, od sierpnia do grudnia, przynajmniej raz na tydzień ktoś natknie
się na mnie w ten sposób.
I tak, pojawiają się wątpliwości – czy wybierając ten kierunek,
wiedziałam, na co się piszę? Nie czuję się dobrze pracując w grupie i mam
ambiwalentny stosunek do sztucznej inteligencji. I czuję się ogromnie nieswojo
patrząc na świeże zdjęcia pustych
mózgoczaszek. Ale są tu też rzeczy, które niesamowicie lubię! Wszelkie te tematy
związane z fizjologicznymi aspektami pamięci, z neuroplastycznością,
lingwistyka poznawcza... Pocieszam się myślą, że te wszystkie metodologiczne
flaki z olejem są potrzebne, są punktem wyjścia i w przyszłości będą dla mnie
po prostu zestawem narzędzi, który będzie dla mnie naturalny i na który i tak
nie będę zwracać uwagi. No, taką mam nadzieję.
Znalazłam sobie furtkę, dzięki której jest mi trochę łatwiej
i całkiem możliwe, że z nieco mniejszą presją – wystarczy pamiętać, że ja to
lubię. Że nie muszę, że nikt mi nie każe. Że lubię. I że mogę działać w takim
zakresie, jaki uważam za stosowny i dopasowany do swoich potrzeb, bo i tak tu
nikogo to nie obchodzi. Mimo to, jednak, chciałabym czegoś więcej, niż
zaliczenia, a i o nie zaczynam się martwić.
Szkoła wychowała mnie na naprawdę dobrą uczennicę, ale nie
wiem nic o byciu studentką.