• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

Jestem poranną bestią.
Jest nas niewiele. Albo bardzo dobrze się maskujemy. W tłumie studenciaków, dla których rano wypada w południe, nasz głos jest niesłyszalny, musimy się więc adaptować i szukać rozwiązań, które pozwolą nam jak najlepiej wykorzystać dzień. No i ten boski poranek.

Nie wiem, czy poranną bestią się rodzi, czy zostaje. Możliwe, że jedno i drugie. Będąc mała, musiałam wstawać w okolicach szóstej i najfajniejsze było dla mnie budzenie się jesienią i zimą o ciemności, bo wtedy wszystko brzmiało inaczej i w ogóle kryło w sobie jakąś zagadkę i jakąś wyższość nad śpiącym światem. Mam w sobie trochę z Muminka, który obudził się i zaczął poznawać swój świat, gdy jego rodzina smacznie sobie zimowała. Dopiero w liceum mieszkałam na tyle blisko szkoły, by móc wstawać później. Jednak, kiedy wypadało, że musiałam się pouczyć, chciałam poczytać, wiedząc, że później nie będzie na to czasu bądź trochę poćwiczyć, wstawałam nawet o piątej. I puchłam z dumy, jaka jestem obowiązkowa i silna. Głupiutkie, infantylne, ale chyba nic z tym złego.

Wczesne wstawanie, wcześniejsze niż zwykle, często też oznaczało przygodę. Nad ranem wstawało się, by jechać na zawody, wyruszać w podróże, wychodzić ze strefy komfortu. To często był stres, trema i ekscytacja, ale w takim wydaniu, jakie bardzo lubię. Wstawanie o jakieś szalonej godzinie nigdy nie było dla nie problemem. Przystawałam na nie – i w dalszym ciągu przystaję – z radością. Nie potrzebuję ekstremalnych wrażeń, by czuć się ekstremalnie, taka jestem ekonomiczna.

Poranek to dla mnie procedura wyliczona co do minuty. Ale nie, nie lecę na automacie, na ślepo, na zombie. To bardziej rytuał. Me-time z którego nie potrafię zrezygnować, nie kończąc sfrustrowana. Codzienne święto porannej bestii. Poranna bestia nie musi pić kawy, pije ją kiedy ma na nią ochotę. Bardzo ją lubi, ale nie należy do niej. Do kawy należą trzęsące się ręce i nieprzyjemne kołatanie serca.

Dałam sobie wczoraj wmówić, że śpiąc dłużej, odpocznę bardziej i że jest mi to do czegokolwiek potrzebne. Wyobraźcie sobie, jaki niedoczas teraz czuję. Choć właściwie, realnie go nie ma, gdyby był, nie siedziałabym teraz i nie pisała. Czegoś jednak brakuje. Tej jednej godziny, która jest bezkarnie moja i gdzieś mi się dziś zgubiła.

Kto zrozumie poranną bestię?
Pomijając wszystkie te momenty, w których moje studia zdają się robić wszystko, aby mnie sfrustrować, zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, że czasem narzekam na nie niewspółmiernie do realnych trudności, jakie mi nastęczają. A w zasadzie, trudności, jakich się spodziewałam w dalszym ciągu nie nadchodzą. Nie żebym jakoś nie mogła się ich doczekać. Po prostu zauważam i oddycham w ulgą. Może trochę kraczę.

W momencie, kiedy na zajęciach z psychologii poznawczej pokończyły się wszelkie projekty, badania i prezentacje, którymi zajmowaliśmy się przez większość czasu, pojawiło się coraz więcej ciekawych  zagadnień. Szczególnie tych związanych z temperamentem, osobowością, różnicami indywidualnymi oraz ich wpływem na obierane strategie poznawcze. Fajnie. Po pierwsze –dlatego, że już nieco na ten temat wiedziałam. Przygotowując się na oba konkursy psychologiczne, w których brałam udział, poznałam Wielką Trójką, Wielką Piątkę, regulacyjną teorię temperamentu, wyuczoną bezradność Seligmana etc.  Po drugie – bo dobrze jest sobie czasem (a w zasadzie – możliwie jak najczęściej) przypominać o tym, że nasze różnice wcale nie stanowią o tym, że ktoś jest lepszy lub gorszy.

Brzmi banalnie, ale łatwo się zdołować, będąc neurotykiem, introwertykiem, osobą czasem impulsywną, przejmującą się wszystkim, o małej wytrzymałości i stosunkowo niskiej samoocenie, albo raczej, sporej skłonności do zapominania, że się siebie lubi i się z sobą przyjaźni. A okazuje się, że czasem wystarczy mała wskazówka z zewnątrz, aby sobie przypomnieć, jak sprawnie sobie człowiek radzi. Jak dobrze ma obcykane strategie, jak dobrze jest zorganizowany, jak potrafi cieszyć się życiem, wstając codziennie o szóstej, mając dokładnie opracowany plan poranka, takie tam.
Moim głównym zadaniem na teraz jest bycie dla siebie dobrą, bo im lepsza będę dla siebie, tym lepsza będę w ogóle. Oczywiście, pobłażanie sobie nie wchodzi tu za bardzo w grę, tu zupełnie nie o to chodzi. Staram się po prostu podejmować dobre decyzje, wybierać to, co może przynieść mi coś dobrego, ale także nie biczować się za momenty lenistwa, smutku, gniewu, wątpliwości. Wtedy zatrzymuję się, czekam, próbuję rozwiązać problem lub odwrócić swoją uwagę od niego, idąc na spacer, gotując, rozmawiając, czytając, słuchając muzyki, ćwicząc. Mam wrażenie, że dobrze mi idzie.

Wczoraj pisałam swój pierwszy ważny egzamin. No, nawet nie egzamin, bo tylko test, ale za to z anatomii układu nerwowego, którą straszyli nas od początku studiów nieprawdopodobnie. Myślałam, że będę się bardzo, bać, że strach mnie sparaliżuje, że nie będę mogła słuchać tego, co inni wygadują zwykle w takich okazjach przed wejściem do sali…

Ale, ale… Okazało się, że tego dnia było przepiękne słońce. Że było naprawdę ciepło, ładnie, że niebo było błękitne. Że zjadłam przepyszny obiad, comfort food najlepszego rodzaju – gotowane na parze bataty i osssstre guacamole.  Robił się tak szybko, że wyszedłwszy z zajęć o trzynastej, za dziesięć druga siedziałam już na łóżku pałaszując pyszny, karmelowy miąższ słodkich ziemniaków (w ilości 650g, ha!) i pikantną, jedwabistą pastę z awokado.
Nie możecie sobie wyobrazić, jak dobrze mi było.



Straszna, zła i mroczna sesja coraz bliżej, ale wiecie co? Mam wrażenie, że czasu coraz więcej i jakoś coraz milej. Najnieprzyjemniejsze rzeczy, jakie przyszło mi robić na studiach, na ten semestr mam już za sobą i nie ma wątpliwości – bez nich mi lżej. Mam na myśli oczywiście projekty w grupach. Mogłabym się strasznie rozpisać na temat tego, dlaczego grupowe projekty wydają mi się złym pomysłem i wcale nie spełniają założeń zadających je dydaktyków, ale w zasadzie, to jest temat na osobną dyskusję.
Teraz będę opowiadać, dlaczego jestem w miarę możliwości spokojna. Fajnie, co?

Był w tym tygodniu taki dzień, wtorek, kiedy od rana nie udawało mi się nic a nic. Złamałam paznokieć, śniadaniowa jaglanka postanowiła wykipieć, zasnęłam czytając Chalmersa na filozofię, zbyt późno wyszłam z domu i spóźniłam się na wykład z mojej ulubionej lingwistyki kognitywnej, nie zastałam pani administrującej budynkiem wydziału i nie zarezerwowałam sali na egzaminy. Było zimno, brakowało słońca, fujć. Sęk w tym, że z każdą rzeczą, która poszła nie po mojej myśli, wpadałam w coraz lepszy humor – świadomość, że kolejnej przeszkodzie nie udało się mnie złamać jest naprawdę super. Tydzień wcześniej pewnie łkałabym gorzko i przeklinała tę całą kogni…

Tyle że, uwaga, to też bywa potrzebne. Jestem tego świadoma i pewnie gdzieś tam głęboko w jakiś sposób to lubię albo chociaż. Straszenie się, że nic się nie uda, męczenie się, mówienie sobie, że nic z tego nie wyjdzie i że najlepiej to byłoby przestać robić cokolwiek. Bo potem trzeba się wziąć w garść i udowodnić sobie, jak bardzo się myliło, jak wiele potrafi się zrobić, jak szybko pewne rzeczy ogarnąć, jak sprawnie, jak dobrym systemem. Nie można cały czas w siebie wierzyć. Iść cały czas miarowym krokiem naprzód jak maszynka. Być jak perpetuum mobile, mieć nieskończone pokładu energii  i żadnych wątpliwości co do swojej kompetencji.

Nie lubię nikomu niczego udowadniać. Nie muszę. Najbliżsi nigdy we mnie nie wątpili. Nauczyciele nigdy we mnie nie wątpili. Nigdy nie trzeba mi było stawać w opozycji do tego rodzaju ludzi, toteż nie wykształciłam nawyku – to ja im wszystkim pokażę. To sobie muszę pokazywać, sobie udowadniać, ze sobą wojować i… nad sobą pracować.

Zdaję sobie sprawę, że to podejście ma wady, kosztuje mnie i moje otoczenie w pewnych momentach sporo energii i prawdopodobnie nie jest najlepszym wyjściem. Ale dużą wagę przykładam do tego, aby jak najwięcej było zrobione zawczasu. I to pozwala mi na oddech, kiedy tego rzeczywiście potrzebuję, kiedy inni mogę zaczynać już wpadać w popłoch, jak mało jeszcze zrobili. Nie życzę nikomu źle, ale daje mi to nieco satysfakcji.

Nie lubię momentu, w którym zaczynam wierzyć w to, że sukces należy nie do tych, którzy pracują ciężko i wkładają w to serce, ale do kombinatorów, który wiedzą z kim zagadać, gdzie się obracać i ile rzeczy bezkarnie zaniedbać. Ja nie wiem, przyznaję. Nie chcę wiedzieć i naprawdę, naprawdę nie chcę sprawdzać. Chcę dawać z siebie wszystko. Chcę pokonywać przeszkody i być z siebie dumna. Chcę, aby to, co robię, coś znaczyło. Chociaż dla mnie. Chcę działać tak w takim zakresie w takich obszarach, jakie sama sobie uznam za stosowne. Choć teraz wydaje mi się to bardzo odległe, jeszcze zdarzą się momenty, kiedy będę mogła się poobijać. Z własnego doświadczenia wiem, że mi wiele czasu na to nie potrzeba. Dla przykładu, dwa dni na hamaku pomiędzy drzewami i zapominam o miesiącach ciężkiej pracy. Więc jestem spokojna. 
  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ▼  2016 (18)
    • ▼  marca (3)
      • szczerekocisko.pl
      • Stawianie na głowie
      • Dzielę się jedzeniem - luty
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (8)
    • ►  października (9)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ►  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.