Ostatnio wszystko ma nieznośną
tendencję do denerwowania mnie. Irytowania swoją głupotą. Może mówię trochę
zbyt dosadnie, ale co ja mogę? Przesilenie wiosenne od lat ma mnie za swój cel
i atakuje na różne sposoby. Czasem, kiedy staje przed swoim składzikiem z
artylerią wybiera jakąś fikuśną chorobę, innym razem codzienny ból głowy, albo –
jak w tym roku – irytację i pozorną (lub nie) utratę kontroli nad czasem. Zaraz…
Utratę kontroli nad… czasem? Tak, uważam, że w dużej mierze od nas zależy, czy
jesteśmy z ciągłym niedoczasie i zaniedbujemy to, co w naszym własnym
interesie, czy może sprezentujemy sobie popołudnie z książką lub na świeżym
powietrzu. Jeszcze lepiej – z książką i na świeżym powietrzu! Paradoksalnie im
więcej mamy na głowie, tym więcej mamy czasu dla siebie. „Dlaczego?” – zapytasz
co bardziej rozgarnięty czytelniku. Odpowiedź jest bardzo prosta: kiedy napięty
grafik zmusza nas siłą, byśmy się zorganizowali, wychodzi nam to tak świetnie, że
i czas wolny się znajdzie. Czas jest w ogóle bardzo elastyczny, ale jak z
każdym materiałem, z czasem trzeba umieć
się obchodzić. Bądź kowalem swojego czasu? Coś w tym stylu, jednak nie to jest
tematem (zaplanowanym tematem) moich dzisiejszych rozważań.
Cóż więc takiego wpłynęło na mnie
tak, że po dwutygodniowej przerwie postanowiłam usiąść spokojnie i coś napisać?
Brak czegokolwiek, co wpływałoby na młodych ludzi, co by ich zainteresowało i
STYMULOWAŁO MÓZGI. Wszystko na raz, aby nie pozostawiać wątpliwości. O co mi
znowu chodzi i czemu się czepiam? Szkoła nie może już pełnić funkcji centrum
kultury, dla większości ludzi w moim wieku. Mały wybór rzeczy, którymi można by
się zająć oraz „skazanie” na określoną społeczność, która wcale nie musi nam
odpowiadać – oto wady kulturalnej twarzy szkoły, które sprawiają, że u
przeciętnego lub wcale nieprzeciętnego nastolatka przegrywa ona z Internetem. W
moim przypadku też tak jest, co widać – przecież piszę internetowy blog,
zamiast na przykład publikować swoje wypociny w szkolnym szmatławcu. Po prostu
wydaje mi się, że szkolny szmatławiec ograniczał by kreatywność i zmuszał do
kontaktu z ludźmi, czego wolę unikać, jeśli mam taką możliwość. A mam. Właśnie ten
blog. Nadążacie?
Więc skoro szkoła odpada, to co
ma do zaoferowania Internet? Znalezienie swojej niszy, swojej społeczności,
swoich odbiorców. I wydaje się, ze to wyjście idealnie. Ale zaczęłam łapać się
na tym, że zupełnie nieświadomie skłoniłam się do nieco materialistycznej
postawy. Coraz częściej czegoś chcę lub przekonuję się do czegoś z racji mody.
A gdy przychodzi chwila na refleksję – jestem przerażona. Bo zaczynam myśleć,
że świeczka, luźny sweter i kubek kawy to miły wieczór, że jestem gorsza, bo
nie mam szalonych spontanicznych (czyt. pozowanych, zaplanowanych i
dopracowanych) zdjęć z wyjazdu tu czy tam i że do życia niezbędne mi takie i
takie buty. Paranoja, czyż nie?
Więc może jest jakieś głębsze
źródło poznawania kultury, dowiadywania się o ciekawych zjawiskach, ludziach?
Jakieś gazety? Dla młodzieży? Od razu zaznaczę, że nie chodzi mi o żadne newsy
z …. o amerykańskich gwiazdeczkach (Bravo itp.), mam na myśli coś
poważniejszego. Cogito? Przed długi czas
łudziłam się, że jest dość wartościowe, jednak coraz trudniej mi w to uwierzyć.
Artykuły o kierunkach studiów itp. wcale nie niosą pomocy czytelnikom, bo albo
nie są potrzebne, albo zupełnie nietrafiające w target. Bo targetem czasopisma
edukacyjnego dla licealistów, są licealiści zainteresowani edukacją, a ilu
zainteresowanych edukacją licealistów marzy o karierze stewarda czy stewardesy?
Nie znam odpowiedzi na to pytanie, nie wydaje mi się, że byłoby ich wielu. Możemy sobie też poczytać o seksualizacji
dzisiejszej młodzieży (Ah ta straszna, dzisiejsza młodzież… Za moich czasów…),
o tym że dziewczyny nie są już subtelne, nie ma dam, są tylko puste… nie wiem
jakiego słowa użyć, no nieważne, wiadomo o co chodzi. Możemy sobie poczytać
opowiadania o trudnym życiu, abyśmy mieli wzorce do identyfikowania się z nimi.
Możemy też dowiedzieć się o zupełnie nie przydatnych nam eventach. Po wszystkie,
o których możemy przeczytać, są skierowanie do znających się na czymś
konkretnym, laikom wstęp wzbroniony. A jak ktoś nie jest laikiem tylko
powiedzmy działa w domu kultury czy czymkolwiek takim, to dostaje informacje o
konkursach i wydarzeniach związanych ze swoją dziedziną. O utrwalaniu
stereotypów już się nie będę rozpisywać, potrzeba by na to osobnego wyrobu…
Kiedyś było pod tym względem łatwiej, w każdym razie tak mi się
wydaje. Mniejszy wachlarz możliwości ułatwiał decyzję, pozwalał znosić
niedogodności na zasadzie „albo to, albo nic”. Teraz jeden program telewizyjny
i jedna gazeta nie uszczęśliwią całego pokolenia. Bo istnieją atrakcyjniejsze perspektywy.
Ale czy wydawcy zdają sobie z tego sprawę? Myślę, że jeśli jeszcze przez chwilę
chcą mieć czytelników, muszą zrozumieć, że nie będą już jednym oknem, przez
które młodzi ludzie mogą patrzyć na świat. Czy zrozumieją?
Szczere Kocisko
Odnoszę wrażenie, że wysyłasz sprzeczne komunikaty - z jednej strony określasz swoje teksty ,,wypocinami", z drugiej strony jako zbyt cenne do skalania się ,,szkolnym szmatławcem". Internet jest łatwy, bo zapewnia anonimowość, więc nie wystawia na widok i krytykę inteligentnych osób (,,szmatławca" czytają przecież też nauczyciele), które już z niejednym się (literacko) spotkały. Jak dla mnie - zbyt dużo narzekania, mentorskiego tonu, zwrotów do cztelnika (który, wierz mi, ,,nadąża") i autokreacji. To nie ze złośliwości, fajnie, że masz ambicje i jesteś zdolna. Tylko zastanawia mnie, czy taki stosunek do siebie, szkoły czy ludzi (autorów) jest do końca właściwy, skoro samemu nie jest się Passentem.
OdpowiedzUsuńKiedy to pisałam, to to naprawdę był szmatławiec. Prawicowy szmatławiec w dodatku. I z tą anonimowością nie przesadzałabym - czytają mnie i nauczyciele.
UsuńAle cóż, z perspektywy czasu muszę się trochę z tym, co piszesz zgodzić, co tylko wskazuje na mój rozwój :)
Pozdrawiam