Chciałam napisać o tym, że czuję
się niepredestynowana. Że nie powinnam opuszczać swojej jaskini nołlajfa,
zwanej inaczej domem. Że źle się czuję, patrząc na ludzi, który bez krępacji
robią to, co i ja lubię robić, ale hamuje mnie… to oto. Ale zmieniłam zdanie – kobieca natura.
Ten tydzień w mojej szkole był
tygodniem wyjątkowym. Odbywały się licealia, co w moim przypadku oznaczało
przyjście na dwa zupełnie różne wydarzenia dzień po dniu. Pierwszym był wieczór
poezji śpiewanej, na który przyszłam ze względu na występ moich naleśniczych (nie,
to słowo nie ma absolutnie żadnego znaczenia) koleżanek. I co mnie uderzyło?
To, że ludzie się nie boją. Niejednokrotnie mogłam z czystym sumieniem stwierdzić
„też tak umiem/umiem lepiej” i to było naprawdę dołujące. Śpiew był moim
marzeniem odkąd pamiętam. Odkąd pamiętam plułam jadem na ludzi, którzy
śpiewali, których było widać, którzy się z tym obnosili. Czułam, że ich wybiera
się od razu i bez większego namysłu, że oni są po prostu talentem na etacie i
że mnie nikt nigdy nie spytał, czy może chciałabym łaskawie się zgodzić
zaśpiewać „coś”. Teraz zrozumiałam. Ja nigdy nie dałam nikomu do zrozumienia,
że mogę to robić. Nawet przed sobą nigdy nie przyznałam się, że mogę, że umiem,
że dam radę! A powinnam! Nawet jeśli nie mogę, nie umiem i nie dałabym rady… No
bo czemu nie? To chyba moment, w którym naprawdę powinnam przysiąść do Fruity
Loopsa, zabrać się ponownie za pisanie wierszy/tekstów i w przyszłym roku
zmiażdżyć wszystkich.
Drugą imprezą, na której
pojawiłam się w tym roku była „Wściekła nuta”, czyli coroczny przegląd (?)
zespołów lub wykonawców przeważnie rockowych i związanych z naszą szkołą. I tu
już nie miałam problemów na zasadzie „Ej zazdroszczę, więc rzucę hejtem lub się
wzruszę”, tu uderzyły mnie tylko dźwięki, które zafundowały mi mały szok
akustyczny, po którym drugą dobę piszczy mi w uszach. No dobra, oprócz dźwięku
uderzył mnie również czyjś łokieć w
policzek podczas pogo. I zblazowanie ludzi, którzy idą na rockową imprezę po to,
aby stać w kącie i mierzyć pogardliwym wzrokiem radosnych wariatów. „Wściekła
nuta” to dla mnie jedyna impreza, na której mogę się porządnie wybawić. Bo niby
pogo, trzepanie łbem pod sceną, zdarte gardło, ale jednak szkolny korytarz,
znajome twarze, bezpieczna przewidywalność i raptem 150 osób.
Ten blog się zmienił. Trochę mnie
to smuci, bo robi się coraz bardziej opowiada o mnie, a coraz mniej o
sytuacjach ogólnych, o wrednych spostrzeżeniach i ciekawych analogiach. Nie za
bardzo wiem, cóż powinnam w tej sytuacji poradzić. Pisać rzadziej i porządniej?
Szczere Kocisko
Też zawsze chciałam śpiewać, ale niestety natura nie obdarzyła mnie tym cudownym talentem.
OdpowiedzUsuńCzasami warto napisać o własnych, wewnętrznych odczuciach i o sobie :)
Mi się wydaje, że cudowny talent nawet przeszkadza. Najbardziej charakterystyczne głosy to te nieidealne, np. głos Nosowskiej ;)
UsuńNiby warto, ale wydaje mi się, że zakładałam, że ten blog nie będzie miał służyć do tego ;/
Ja byłam raczej jedną z tych, co się lubią obnosić. Nawet, gdy ten talent jest wątpliwej jakości lub "był dawno i nieprawda". Chociaż, żeby coś z tym zrobić, pokazać się poza szkołą... Opory mam wielkie i chyba tak już niestety zostanie.
OdpowiedzUsuńA mi chyba właśnie łatwiej byłoby poza szkołą... W gimnazjum trafiłam na bardzo muzykalną klasę, w której bardzo dużo ludzi się obnosiło i trochę wtedy zwątpiłam w siebie w tej materii i efekty tego są odczuwalne do dziś ;/
UsuńTo Twój blog, a więc cząstka Ciebie. pisz o sobie, jeśli odczuwasz taką potrzebę. Anegdotki, złośliwości... Na nie przyjdzie jeszcze czas. Nic na siłę. ;)
OdpowiedzUsuńJeśli czujesz się na siłach, to pozostaje mi trzymać za Ciebie kciuki za rok.
Czytam, czytam i łapię się na tym, że brakuje mi zdjęć z tych "imprez". :)
Byłam zbyt zajęta dostawaniem szoku akustycznego, aby o nich myśleć ;P
UsuńTylko jakoś pisanie o sobie mija się z powodem, dla którego zaczęłam pisać tego bloga... No cóż, może po olimpiadzie przyjdzie czas na lepsze tekściki ;)
Szkoda, że u nas czegoś takiego nie organizują :/
OdpowiedzUsuńTo Twój kawałek sieci, pisz, co chcesz ;)
Ja wiem, wiem. Ale to nie jest do końca to, co chciałabym pisać...
UsuńKocham śpiew i jestem strasznym beztalenciem... Nie wiem co śpiew ma w sobie, że tylu go pragnie! Niestety, wielu bezskutecznie... Wielu którzy marzyli o śpiewaniu zostaje basistami (patrz ja). Ale masz rację, muzyka rockowa ma COŚ w sobie. Atmosfera najmniejszego choćby koncerciku. Radość grania. Szaleństwo jammowania. Nawet jeżeli gra się na basie są to nieopisywalne uczucia. Poezję śpiewaną lubię, jest mądra i dumna...Ale rock to wariactwo, to życie wciąż na krawędzi. Mogłabym o nim pisać bez końca...
OdpowiedzUsuńMoże będziesz pisać częściej i mądrzej :D A tak właściwie i tak piszesz mądrze, więc o co tu się tarmosić?
Moim zdaniem nie tylko rockowa. Każda, która zawiera prawdziwe emocje, może to być rock, ale też indie, dubstep, industrial, folk, wszytsko!
UsuńAle, ale, ale powtarzam, chciałabym pisać nie w odniesieniu do swojej osoby, raczej po kociemu opisywać otoczenie - tak, jak kiedyś... ;P
Jak przestaniesz pisać, to popełnię seppuku.
OdpowiedzUsuńUwielbiam pogo pod sceną i te masy zapoconego luda trząchające włosami.
Nie musisz, szykuję nową notkę.
Usuń