Znam strasznie wielu ludzi, którzy uwielbiają nosić kajdany, kłaniać się grzecznie przed katem i bać
się. Ten dziwny strach ich motywuje do pracy, bez niego nie czują potrzeby
zrobienia czegoś. Kat może przybierać różne formy – może być to wielkie słowo
na „M” (nie, nie miłość…), nauczyciel, zobowiązania, robienie wszystkiego „na
wczoraj”… Ja działam na zupełnie przeciwnej zasadzie. Robię coś, bo wiem, że
zostanę doceniona, nie dlatego, że boję się skarcenia. Lubię robić wszystko
przed czasem, planować, porządkować i trzymać rękę na pulsie. Wycofuję się, gdy
ktoś mi coś każe, wywiera presję, strofuje. Tylko ja mogę trzymać siebie pod
presją, wytykać sobie błędy i być z siebie niezadowolona. Bliscy oraz
nauczyciele mają doceniać.
No i zostałam
doceniona. W zeszłym tygodniu bezkarnie byłam nieobecna na niemalże wszystkich lekcjach
angielskiego, w tym tygodniu omijają mnie podstawy filozofii, ponieważ od kilku
dni toczy się debata, od uczestnictwa w której „poloniści” zostali zwolnieni.
Przyszły tydzień spędzę w domu z racji urlopu olimpijskiego, a w mój zeszyt
wetknięta jest karteczka od prowadzącej mnie nauczycielki, która zapewnia mi
pewną nietykalność do czasu olimpiady. Wydawać by się mogło, że fakt, iż mogę
sobie odpuścić odbije się na moich ocenach, że przez moją „olimpijskość”
przestanę bawić się w zadanka z grawitacji i liczenie długości cięciwy okręgu.
Naprawdę, trochę się bałam, że trudno będzie mi to wszystko nadrobić…
Okazuje się jednak,
że bycie gatunkiem ucznia otoczonym ścisłą ochroną wpływa na mnie naprawdę
dobrze. Nagle wyszło na jaw, że mogę dostać 5/5 z odpowiedzi z matematyki,
podciągnąć swoje oceny z fizyki, spokojnie ogarnąć biologię i bez żadnego
stresu nadrobić wszystko, co było dla mnie wielką niewiadomą. To, że zupełnie
nie muszę, sprawia, że naprawdę chcę!
Paradoksik? Półtora
tygodnia przed najtrudniejszym, ustnym etapem olijp-u, nagle znajduję czas na
to, by odrabiać lekcję, chodzić na jogę, ćwiczyć w domu, malować paznokcie, podcinać
włosy, myśleć nad tym, w co się ubieram i co najważniejsze – rzetelnie przygotowywać
się na obronę mojej pracy.
Cóż mogę powiedzieć.
Może czasem warto znaleźć jedyne źródło "presji" w sobie, oddalić od siebie tych,
którzy chcą kwestionować naszą wartość i znaleźć ludzi, którzy widzą nasze
dobre strony. Wydaje mi się, że nie można daleko zajechać robiąc coś ze strachu
przed konsekwencjami, oceną osób trzecich, ośmieszeniem czy przyszłością. To
znaczy zajechać daleko można, oczywiście, ale jakim kosztem. Kosztem swojego
spokoju, szacunku do siebie, swojego zdrowia?
Szczere Kocisko

Ostatnio wszystko zostawiałam wszystko właśnie na ,,ostatnią chwilę" czego konsekwencję mnie dopadły. Dużo lepiej i spokojniej się czuję jak mam coś zrobione przed terminem :)
OdpowiedzUsuńRobienie czegoś pod presją innych na dłuższą metę nie podziała nigdy.
Pozdrawiam!
Masz rację, tym bardziej dziwię się, że tak duża część ludzi w moim otoczeniu godzi się lub nawet lubi taką presję...
UsuńKocisko, mi się wydaje, że ludzie należą do machiny "wszyscy mi coś każą" bo idą na łatwiznę. Nie tak łatwo robić coś z własnego powodu, dla siebie i nie ulec presji jaka jest na każdego z nas wywierana na każdym kroku. Czy nie łatwiej jest dobrowolnie zostać marionetką w rękach innych? Ktoś powie jak odnieść sukces i tak ta osoba zrobi. Dla szczęśliwszego życia nawet pogodzi się z aktualnym stanem rzeczy!
OdpowiedzUsuńPo latach stwierdzam, że jednak rysowanie w podstawówce obrazków samemu, a nie podsuwanie ich mamie przynosi korzyści... 10 lat później. :)
Jednak sama też ulegam presji, bo nie mam wystarczająco dużo czasu na dobrowolne zdecydowanie się na zabranie się za to co trzeba. :<
ps genialny post! x.x
No tak, bycie marionetką jest prostsze. Jak to powiedział Pan Żółw "Szkoła to taka nasza dobra kobyłka, możemy ją pogłaskać, wiemy, że nas nie pogryzie..."
UsuńHahaha też w podstawówce wszystko rysowałam sama i nie dawałam rodzicom do robienia moich zadań domowych, jak inne dzieciaki ;D
Mi właściwie trudno określić jakim typem jestem. Na pewno bardzo samodzielnym... i co tu dużo gadać, samowolnym. Jak chcę to się uczę, jak nie chcę to mnie nikt i nic do tego nie zmusi. Ogólnie przyzwyczaiłam się robić wszystko dla siebie, ponieważ ze strony otoczenia mogłam liczyć tylko na krytykę (choćby żartobliwą, ale zawsze krytykę) z kolei za pochwałę miałam uważać brak nagany... Przy takim sposobie wychowania odzwyczaiłam się od jakichkolwiek pochwał czy nagród i właściwie nie wierzę że kiedykolwiek ktoś mnie wyróżni i będę odczuwać satysfakcję z tego faktu. Więc pracuję, uczę się tylko dla siebie, żebym sama czuła się dobrze, żebym dostała się na studia i może wreszcie osiągnęła jakiś choćby najmniejszy sukces...
OdpowiedzUsuńTy z tego co widzę już co trzeba osiągnęłaś :) Fajnie masz, jak minie parę lat jak nic postaram się iść w twoje ślady.
Wow, takich słów się nie spodziewałam ;D
UsuńDla mnie pochwały są bardzo ważne i co to dużo mówić, staram się słyszeć je dość często. Do pracy nie musi mnie nikt zmuszać, ani motywować, jestem samodzielna, ale lubię, jak ktoś to widzi.
Z kolei na krytykę jestem trochę mało odporna i wiem, że to niezbyt dobrze, ale jak na razie wychodzę na tym dobrze ;P
paradoksik? no właśnie dokładnie tak jest :D jeśli kogoś zamkniesz pod kloszem, to on 2x będzie chciał uciec niż normalnie.. ja też nie lubię być zmuszana, motywację znajduję w swoim wnętrzu ;) wolę czuć, że robię coś dla siebie.
OdpowiedzUsuńAle tu nie chodzi o uciekanie. Paradoksalne wydaje mi się to, że ludzie zamykają się pod kloszem sądząc, że bez niego nie dadzą rady oraz to, że gdy wszyscy myślą, że mam zapierdziel i pozwalają mi odpuszczać, nagle wszystko mi wychodzi, choć absolutnie nie musi ;P
UsuńŚwietnie cię w tym rozumiem - kiedy czuję presje i wiele ludzi KAŻE mi coś robić od razu mi się odechciewa... Oczywiście są sytuacje, kiedy jakoś to przeżyję, ale z drugiej wolę pracować na własną rękę.
OdpowiedzUsuńA niestety u mnie w szkole jest "obóz" nauczycieli, którzy uwielbiają kazać i cisnąć, bo sądzą, że inaczej nikt się niczego nie nauczy i często z pobłażaniem patrzy się na belfrów, którzy chcą po prostu zainteresować, a resztę zostawiają uczniom... Nie muszę wspominać, że wolę tych drugich ;D
UsuńUrlop olimpijski? To Ci dobrze :D Z tego, co pamiętam, w LO miałam kilka osób, które przygotowywały się to olimpiady i chciały mieć właśnie kilka dni wolnego, żeby bardziej się przygotować. Moja wychowawczyni walczyła z nimi sporo, żeby im tylko utrudnić tę sprawę i wiem, że bardzo się czepiała ;x Tak jakby chcieli sobie po prostu nie przyjść do szkoły, bo mają taki kaprys...
OdpowiedzUsuńA u nas uwielbiają olimpijczyków, bo w tym roku nas dużo, a dużo olimpijczyków = wysokie miejsce w rankingu szkół ;P więc oprócz urlopu mam też kartkę oznajmiającą, że jestem chroniona, ale i tak z niej nie korzystam haha
UsuńUważam, że takie podejście powinno się stosować na wszystkie płaszczyzny swojego życia, bo to po prostu zdrowe.
OdpowiedzUsuńDaj znać, jak idzie przebieg olimpiady :).
Też tak myślę ;)
UsuńOczywiście ;) dokładnie za tydzień mam obronę pracy, już nie mogę się doczekać ;P
Też nie umiem robić czegokolwiek pod presją. Kończy się to tylko licznymi kłótniami, płaczem i ogólnym emocjonalnym dołkiem. Cóż, najważniejsze to chyba właśnie robienie wszystkiego dla siebie...
OdpowiedzUsuńZ drugiej strony czasami tak mam, że tak wybitnie nie chce mi się czegoś zrobić, że sama się pakuję w emocjonalny dołek, płaczę, a po chwili zaciskam zęby, wycieram oczy i działam na 200%
Usuń