Zrobiłam się ostatnio jakaś antyszkolna. I jasne, można próbować to
podpiąć pod zbliżającą się maturę, pod moje domniemane wypieranie się tego,
jakobym się nią przejmowała, o zmęczenie wynikające z kiszenia się w jednym
budynku trzeci rok. Bo racja, lubię zmieniać otoczenie. Jednakże nie w tym rzecz. Skończyłam wczoraj osiemnaście lat, to wprost idealny moment, aby
poskarżyć się na infantylizację edukacji. Tak, tak...
Wyrosłam już, z tak charakterystycznego dla wieku, powiedzmy,
wczesnoszkolnego bezkrytycznego uwielbienia kierowanego w stronę nauczycieli.
Zapewne wiecie o czym mówię, nie jestem jedyną osobą, która słowa wychowawczyni w
szkole podstawowej traktowała śmiertelnie poważnie i zapamiętywała je w takiej formie,
w jakiej zostały wypowiedziane, bez żadnych odstępstw, żadnych modyfikacji. Podkreślam,
te czasy już minęły. I mam wiele zastrzeżeń, co do tego, co i w jaki sposób
mówią nauczyciele.
Pierwsza sprawa – co z tego, że twoją dziedziną nie są nauki
humanistyczne? Jeśli masz przekazywać swoją wiedzę komukolwiek, nie ważne, czy
chodzi o klasę pełną przyszłych studentów medycyny, czy czegokolwiek innego,
czy może jako zdolny uczeń udzielasz komuś korepetycji , dbaj o poprawność wypowiadanych
przez ciebie zdań. Mówienie ładną polszczyzną to nie jest jakiś przywilej humanistów, ale obowiązek każdego
wykształconego Polaka, czy nie? Jak ktokolwiek ma nauczyć się czegokolwiek z
notatek zawierających rażące niejasności i błędy logiczne? No kurde! I nie
przyjmuję do wiadomości, że przecież mogę wszystko sobie doczytać w podręczniku
i napisać notatkę po swojemu, gwiżdżę na to! Jeśli mam wszystko doczytywać
swoje po lekcjach i wyjaśniać na własną rękę błędy popełniane na lekcji przez
nauczyciela, w takim razie po co chodzę do szkoły? Żeby się przez kilka godzin
dziennie powkurzać? Przecież wysokie stężenie kortyzolu utrzymujące się przez
dłuższy czas to nic dobrego…
Nie lubię też, czy robi się ze mnie (i innych uczniów, rzecz jasna) idiotów. Jak inaczej nazwać wyjaśnianie pewnych zagadnień na poziomie
delikatnie rzecz biorąc, gimnazjalnym, przy jednoczesnym wciskaniu kitu, że to
takie trudne lub że gimnazjum jest z założenia pomyłką. Chyba, że tylko moje
nie było pomyłką. Tym gorzej, bo teraz na paru przedmiotach, w klasie
maturalnej, uczę się dokładnie o tym samym, o czym uczyłam się trzy lata temu.
Mało tego! Ta wiedza jest mo przekazywana w dokładnie ten sam sposób. A pamięć mam dobrą, więc razi
mnie to tym bardziej.
Jeśli uczę się biologii na poziomie rozszerzonym i zamierzam w jakimś
stopniu związać z nią moją przyszłość, nie mogę się zadowolić żywcem wziętymi z
podręcznika do gimnazjum metaforami rzucanymi zamiast naukowych definicji.
Dobra, już dam spokój z odnoszeniem całej sytuacji do siebie, ale co z ludźmi,
którzy planują zostać lekarzami? Czy naprawdę słuchanie, że „translacja to odczytywanie informacji genetycznej z mRNA i tłumaczenie jej na język
aminokwasów” może dać im cokolwiek? Przecież już nawet definicja podana w
Wikipedii jest bardziej fachowa. Jeśli nie jest to jakieś wypaczenie, to
proszę, co nim jest?
Chcę rzetelnej nauki. Rzetelnie przygotowanych nauczycieli, nie takich,
którzy drapią się po głowie zastanawiając się, jak nazywał się dany związek.
Nie takich, którzy nadrabiają miną, byciem cool, i żartobliwym dopytywaniem – i co? nie było tak strasznie? nadążacie?
To za dużo?
Szczere Kocisko

Serio uczycie się tak o translacji? Miałam to w pierwszej lo, i to na humanie, wytłumaczone lepiej... Mimo, że wszyscy uznawali nas za humanów- tępaków i nie mieściliśmy się w sali do biologi (czytaj, magazynku przy sali do biologii)...
OdpowiedzUsuńNa nauczycieli trafiałam wielu, mniej lub bardziej wygadanych... prawda jest taka, że przedmiotów typu matematyka uczą ludzie zdolni z matmy, czyli niekoniecznie zdolni z polskiego. w liceum nie mają aż takich wysokich wymagań co do nauczycieli, grunt żeby znali się na swoim przedmiocie. Powinnaś usłyszeć wykłady mojego historyka... Podobno humanista, ale często łapię się na myśleniu, że ja bym to lepiej powiedziała. Ale co poradzić, skoro on chciał być nauczycielem? Do tego zawodu nie robią jakiś specjalnych selekcji. Za drogo by im wtedy musieli płacić.
Tak, to jest też na podstawie. Z tym, że nie myśl, że to było wszystko, czego się o translacji nauczyliśmy. Omówiony został cały proces, ale i tak od rozszerzenia wymagałabym lepszej definicji wstępnej... I tak, uważam, że nauczyciele powinni być wszechstronni i wyselekcjonowani. Szczególnie w dobrych, znanych w województwie szkołach jak moja :)
UsuńKażdy jeden etap przed studiami to jakieś bezsensowne lata życia. Nie boję się tego powiedzieć - zmarnowany czas. Nie nauczyłam się prawie niczego przydatnego, a jak już coś, co będzie mi teraz przydatne na studiach to, żeby Ci nie skłamać, jest to ok 20% całej mojej wiedzy ze szkoły. Koszmar!
OdpowiedzUsuńSpoko, został mi jeszcze tylko rok :D
UsuńNa dziwnych nauczycieli trafiłaś... albo może to ja nie rozumiem problemu, w końcu jeszcze w gimnazjum jestem...
OdpowiedzUsuńNie trafiłam - w mojej szkole to uczeń decyduje z jakim nauczycielem ma lekcje. Niestety co do ludzi można się mylić. I tak, nauka w gimbie i w liceum to trochę różne sprawy. Podejście i oczekiwania też bardzo się różnią... :)
UsuńMnie już przestały takie rzeczy dziwić. Prawda jest taka, że nauczycielami na ogół zostają osoby, którym nie udało się znaleźć innej pracy. Moje lo też jest "dobre i znane w województwie" i też mam milion zastrzeżeń do nauczycieli. Cóż, życie.
OdpowiedzUsuń;/ mnie nie przestają, bo nie lubię się godzić na niedopatrzenia...
Usuń