Wiecie, próbowałam nie pisać. Poważnie. Przygnieciona ciężarem
obowiązków, jakie spadły na mnie w tym miesiącu, postanowiłam – odpuszczam, niech
kocięta głodne czekają, niech zatęsknią, z tęsknotą każdemu do twarzy.
Zapytacie pewnie – lub nie zapytacie, bo co was to – jakież to obowiązki spadły
na mnie tak dotkliwie, że nie byłam w stanie poświęcić dwóch do trzech godzin w
tygodniu na pisanie. Już tłumaczę – okazało się bowiem, że nie tak łatwo zdać z
matmy (jeśli czyta to moja wychowawczyni z gimnazjum, pragnę zaznaczyć, że
bardzo, bardzo mi przykro!), że pomysły się kończą, że czasem (ale tylko
czasem), aby osiągnąć zamierzony rezultat, trzeba jednak trochę popracować, a
brodzenie w internecie nie jest (jeszcze) moją pracą. Kocisko odwróciło się
ogonem i usiadło do książek. Do dobra, nakłamałam. Przy książkach nie
siedziałam aż tak wiele. W październiku przeczytałam tylko cztery pozycje. W
tym jedną… tak nie do końca. No, „Zielony dom” mi nie podszedł.
Wyłączyłam się. Olałam rosnący ruch sieciowy na blogu i fanpage’u. Wystartowałam w turnieju jednego wiersza.
Zachorowałam. Spędziłam popołudnie w ambulatorium, obserwując policjantów
pilnujących młodocianego w kajdankach i pewną toksyczną rodzinkę. Wybyłam do
Włoch, gdzie spędziłam tydzień wart kilku miesięcy w szkolnej ławce (za którą
jeszcze nie tak dawno śmiałam tęsknić, uwierzylibyście?). Wróciłam i okazało
się, że nie jest tak źle. Nie ma w końcu takiego bałaganu, którego nie dałoby
się uporządkować, prawda? I wiecie co jeszcze? Przez cały ten czas coś
pisałam!
Bo w jednej chwili okazuje się, że cztery osoby o zróżnicowanym
poziomie zażyłości z tobą chcą kilka słów do księgi rocznika. I korektę
szkolnej gazetki trzeba zrobić. I wywiad napisać. I że kolejne pół tuzina
wierszy wymyśla się praktycznie samo, bo i o jabłku można, i o flegmie. A na
angielski dwa artykuły, więc skoro już piszesz, to tak, jak na blogu, a że po
angielsku to żadna różnica i tak usłyszysz, że great article.
Niepisanie kompletnie mi nie wychodzi. Niepisanie kompletnie mi nie w
smak. I kto by się spodziewał? Na pewno nie polonistka z czasów podstawówki.
Ostatnio lubię się ze słowami bardziej, niż kiedykolwiek. I nawet, jeśli się z
nimi nie liczę lub moje liczenie się z nimi ogranicza się do liczenia ich
liczby, która ustawicznie jest nie taka, jak być powinna (do wyboru: zbyt duża i
wymaga niezwłocznej kastracji lub zbyt mała i wymaga rozcieńczenia w roztworze
bylejakości).
Szczere Kocisko

Niepisanie jest takie przykre! Prawie tak jak nierysowanie, chociaż rysownicy mają lepiej, wszystkie marginesy są ich! A ze słów pisanych to na marginesie się najwyżej krótkie wiersz zmieści...
OdpowiedzUsuńPodobnie jak ty żyję gazetką szkolną, naszym wiecznym opóźnieniem i poślizgiem we wszystkim...:D Kocham tą robotę, nawet jeżeli tylko rysuję okładkę. Mimo to czas na pisanie zawsze się znajdzie, nawet jak go odpychasz miotłą to wcześniej czy później znajdzie jakąś dziurę i znajdzie się znowu...
Och, czyżby wszystkie gazetki szkolne były tak nieogarnięte? :D
Usuń