Ostatnimi czasy jednym z
najczęściej używanych przeze mnie słów jest „ucieczka”. Ciągle gdzieś uciekam,
choć nie do końca, nie na długo i z pełnym przyzwoleniem ze strony świata.
Uciekam na sekundkę, aby coś sprawdzić. Idąc na strzelnicę, mówię, że uciekam ze szkoły. Zamykając się w swoim
pokoju po obiedzie – też. Ten tekst jest z kolei częścią mojego pamiętnika z
ucieczki, czyli mojej pierwszej, całkowicie samodzielnej eskapady w świat.
Pamiętacie, w wakacje pisałam o mojej miłości do Kłodzka, o planach powrotu tam
na ferie, aby się całkowicie bezpańsko poszwendać, popisać, poczytać,
usamodzielnić – otóż, właśnie to robię i idzie mi chyba nie najgorzej. Uczucie, że jestem z trzech stron otoczona „zagranicą”
i Polskę tak naprawdę mam tylko od północy, jest naprawdę zabawne. Zimniej
tutaj, pięknie i – choć nic konkretnego się tu nie dzieje – wcale nie nudno.
Lubię swoją ucieczkę.
Potrzebowałam jej tak, jak potrzebowałam tego, aby przez kilka dni nie widzieć
nikogo znajomego, niczego, co wpisuje się w krajobraz, do którego przywykłam –
no, może poza telefonem, tabletem i książką, szumnie nazwaną na tylnej okładce podręcznikiem
do psychologii, którą muszę przeczytać po raz trzeci ze wzglądu na Turniej
Psychologiczny, z którym wiążę tegoroczne stypendialne nadzieje. Nie jestem jednak przyklejona do tych kilku
rzeczy, choć wiążą mnie tu z codziennością. Bardziej, niż o kontakt ze światem,
chodzi mi o dostęp do muzyki, aparatu… Zdjęć robię dużo, na zapas, ale nie
zapominam też, aby patrzeć, obserwować, przyglądać się i szukać.
Szukać… Odkąd pamiętam,
zorientowanie się w przestrzeni, szczególnie przestrzeni miejskiej, stanowiło
dla mnie problem. Wielokrotnie, idąc gdzieś z kimś, stwierdzałam – hej, chyba się
zgubiliśmy – i suszyłam głowę swoim towarzyszom, dopóki się nie złamali i nie
poszli wyznaczoną przeze mnie trasą, która zwykle okazywała się niewłaściwą. A
teraz trafiłam tutaj. Bez możliwości stania z założonymi rękami i czekania, aż ktoś mną pokieruje, odbierze rezerwację w hotelu, zaprowadzi na obiad, kupi za
mnie bilety, odgadnie, na którym peronie powinnam się ustawić, do którego
pociągu wsiąść i co ze sobą zrobić. Przyjechałam tu tylko z plecakiem,
świadomością, że nigdzie nie muszę się spieszyć, bo nikt ani nic na mnie nie
czeka i wiedzą, jak wygląda ścisłe centrum miasteczka. I tak, z początku
planowałam chadzać poznanymi wcześniej ścieżkami, które tak urzekły mnie kilka
miesięcy temu, ale… Zaczęłam czuć miasto. Nie szukałam niczego i dzięki temu
znalazłam wiele miejsc, które mnie swoją obecnością zaskoczyły i oczarowały –
twierdzę górującą ponad miasteczkiem, która w swojej historii zetknęła się z
Bonapartem, była więzieniem Wermachtu, planem zdjęciowym ostatniego odcinka „Czterech
pancernych i psa”, składem opału i zakładem produkcji wina marki wino z lat
90., kościół pochodzący z XII wielu zadziwiający swoim barokowym przepychem,
piękne kamienice z herbami cechowymi, które regulują życie miasta nakazując –
tu ma być apteka, tu szkoła a tu bank, piękny teatr, piękny sąd, piękne szkoły,
wiele parków, żywe mury obronne miasta, klimatyczne bulwary, dziwne przejścia
podziemne, niepokojące, mroczne uliczki. Oryginalne Szczere Kocisko, to z „Alicji
w Krainie Czarów” powiedziało, że jeśli nie wiesz, gdzie chcesz dojść, nieważne
którą drogę obierzesz. Sugerowałoby to, że cel jest ważniejszy niż droga i że
to on nadaje jej znaczenie. Okazuje się, że nieprawda – jeżeli uczynimy każdy
krok jest osobnym wyborem, którego skutków nie możemy do końca przewidzieć, droga
otwiera przed nami nowe możliwości, a to, dokąd nas zaprowadzi satysfakcjonuje
bardziej. Po prostu bardziej.
Każdy dzień zbliża mnie do
matury. Matury, która w moim przypadku okazuje się jedynie formalnością,
ewentualnie opcją na przyszłość, jakby kogni okazała się niewystarczająca, aby
zaspokoić moje naukowe potrzeby (pewnie tak będzie #wiecznyuczeń), a mimo to
się jej obawiam. Nie tylko ja, jestem tego świadoma. Coraz częściej zastanawiam
się, co po to wszystko. Dlaczego nie miałabym uciec gdzieś, uciec naprawdę,
zaszyć się i – no nie wiem – pisać, czytać, krowy doić, szukać elfów na Islandii.
Dlaczego nie? Wiele razy w żartach planowałam już z przyjaciółmi, kto gdzie
ucieknie i czym się zajmie, a kiedy ostatnio oznajmiłam rodzicom „Rodzice,
wynieśmy się do Islandii i zostańmy Muminkami, skoro Zatoka Fińska jest już
zajęta!” usłyszałam „Dobrze, ale wiesz, język islandzki jest bardzo trudny”,
po czym stwierdziłam, że fiński też, dlatego Tove Jansson pisała Muminki po
szwedzku. Choć nie wiem, czy właśnie dlatego…
Szczere Kocisko
Fiński jest całkiem wporzo. Może trochę trudniejszy od polskiego z racji zwiększonej liczby przypadków. No i jest to język ugrofiński, z którym na co dzień nie mamy kontaktu. O ile norweskiego czy szwedzkiego łatwiej się nauczyć, bazując na angielskim czy bardziej niemieckim, to już z fińskim tak fajnie nie ma. Plus język, w którym kluczową rolę pełni długość głosek. Bo tuli znaczy ogień, a tuuli - wiatr xD A islandzki? :D kto go ogarnie, jest moim mistrzem.
OdpowiedzUsuńMnie też ucieczka korci i domaga się uwagi. O ile samodzielne wyprawy mam już za sobą, nie mówiąc o przygotowaniach i planowaniu, co jest moją prawie ulubioną częścią podróżowania. Ale podejrzewam, że ucieczki, których pragnę, nie będą przyzwolone przez świat. Już moja mama wściekła powiedziała, że autostopem mogę się wypchać. Ale i tak będę stopować.
Matura budzi we mnie mieszane uczucia. Chcę ją zdać, jak najlepiej. Nie mam zabezpieczenia w formie indeksu, zresztą... Ufam, że jeśli stanie się nie do końca tak, jak chcę, to widać tak powinno właśnie być. Oczywiście i tak zakuwam, by powtórki były lżejsze :P powodzonka i trzymaj się. Kłodzko jest kochane i Twierdza miażdży :)
Uczysz się fińskiego? :)
UsuńWydaje mi się, że każdy, czy prawie każdy na tym etapie zastanawia się nad ucieczką. Ciekawi mnie jednak, dlaczego mimo wszystko nie uciekamy. Czy naprawdę jesteśmy tak ambitni, że chcemy mieć tytuły naukowe i jak najszybciej iść do pracy i osiągać sukces,
czy to bardziej jakaś taka kulturowa presja, że po liceum są studia itd. itd. Zastanawiam się również, dlaczego w Polsce nie funkcjonuje coś takiego jak gap year. Bo coraz częściej myślę, że to byłaby fajna - choć właśnie nie do końca społecznie akceptowalna - opcja...
Oj, miażdży, szczególnie widoki na miasto :)
Trochę go liżę ;p Kiedy mam czas.
UsuńMoże jest to pogoń za... no nie wiem, jak najszybszym staniu się dorosłym, poważnym człowiekiem? Raczej nie z własnej woli, po prostu napór innych, równie zagubionych ludzi to wymusza. Gap year to coś świetnego! Ale właśnie - bo to przecież przerywanie ciągłości nauki, ucieczka... Nie idziesz od razu na studia? => nie wiesz, czego chcesz, jesteś dzieciakiem, dziwakiem albo biedakiem. A potem kończy się studia, pędzi się do roboty i już nie przystoi uciekać. Zostają tylko wczasy w ciepłym kraju, na które ciułano cały rok. Oczywiście urlop w sezonie. Błagam, nie...
Miasto z góry i z dołu jest cudne ^^ Byłaś tylko w Kłodzku?
Jestem właśnie po rozmowie z moją mamą o gap year i - uwaga - jest za, więc mam szansę pobyć sobie dzieciakiem/dziwakiem/biedakiem jeszcze trochę. Czas pokaże :)
UsuńMiałam przesiadkę we Wrocku, wiec i tak spędziłam kilka godzin ale to już taki bardziej turystyczny mainstream - rynek i okolice - bo nie miałam dużo czasu a byłam głodna i zmęczona ;)
ach te pierwsze ucieczki :) mój pierwszy wyjazd bez rodziców to była, jak mi się wtedy wydawało, taka ucieczka, ale i tak to bardziej ogarnięte koleżanki wszystko za mnie załatwiły. dopiero potem zaczęłam się usamodzielniać, no i dobrze mi poszło :)
OdpowiedzUsuńa maturę zdasz śpiewająco!
Och, mam nadzieję :)
UsuńNajzabawniejsze jest to, że jak miałam już kilkukrotnie uciekać gdzieś z bardziej ogarniętymi osobami, dalej i z większym rozmachem, to nigdy się nie udawało - za każdym razem ktoś musiał zrezygnować, ktoś czegoś nie dopilnował i plany się sypały. Więc jestem tym bardziej zadowolona, że udało mi się i że ani przez moment nie wpadłam tam w panikę ani nie czułam się niepewnie :)
Kłodzko? Teraz się zastanawiam, czy ja tam byłam, czy nie... Ach ta pamięć.
OdpowiedzUsuńNie szkodzi. Dla mnie każde w mare stare miasteczko/miasto jest w porządku i cudowne.
Godny rozważenia pomysł. Ucieczka od ludzi i normalnego świata, aby dokładnie obejrzeć sobie miejsce, które kiedys tak się spodobało. Nie ty pierwsza opowiadasz mi o takim pomyśle odciecia się od ludzi na jakiś czas. Dlatego juz po raz któryś zastanawiam się, czy ja tak po prostu potrafię.
Sęk w tym, że zawsze byłam samotnikiem-nieszczęśliwym w swojej samotności samotnikiem. Teraz, zyskujac przyjaciół, trzymam się ich panicznie-jak tonący brzytwy- chociaż ten okres tak naprawdę powinnam przejść w podstawówce/gimnazjum. Czuje się strasznie opóźniona emocjonalnie, szczerze mówiąc.
Z drugiej strony, kusi mnie samotność. Jestem osobą ogarnietą-gubię się, ale wychodzę z tego, zawsze mam mapę, chusteczki pod ręką, jestem "pakowna" i praktyczna, zorganizowana-samotne podróż nie byłaby dla mnie trudna.
Ech, życzę powodzenia w dalszych ucieczkach i przeprowadzcce na Islandię... ;)
pozdrawiam
Jeśli chodzi o opóźnienie emocjonalne, możemy przybić sobie piątkę, bo ja ludzi zaczęłam odkrywać dopiero jakoś rok temu :P a że od jakiegoś czasu znów zaczęłam czuć się źle w mojej samotności, z którą niezbyt miałam co zrobić, postanowiłam wybrać samotność na własnych zasadach, aby nie myśleć o tej innej. Zdecydowanie pomogło :)
UsuńOch, dziękuję, na pewno po maturze sobie jeszcze gdzieś ucieknę... może na Islandię ;D
bardzo ładne. ucieknijmy wszyscy.
OdpowiedzUsuńTak, uciekajmy, ciekawe co by się stało, jeślibyśmy wszyscy uciekli :)
UsuńAw, ile razy uciekam. Zwłaszcza przed olimpiadą miałam taki stan - nie dlatego że się jej bałam, tylko po prostu ze zmęczenia materiału. Iść sobie gdzieś. Zająć się czymś innym, jakąś inną robotą, byleby nie te same problemy co wcześniej. Uciekałam choćby na pobliskie łąki, jako że dali mi kilka dni wolnego :D Regularnie uciekam do miasta - właściwie całe może życie skupia się obecnie na uciekaniu od wsi w której mieszkam. Wyjeżdżam wcześnie rano, wracam wieczorem, byleby jak najdłużej być daleko, w mieście, wśród ludzi, obojętnie, znanych czy nieznanych. Ale moje miasto też niedługo mi się znudzi i ucieknę do innego. Dlatego nieszczególnie podoba mi się idea Gap year. Co bym miała w tym czasie robić? Wrócić do mojej wsi, zdziczeć na nowo? Już szybciej pojechałabym do innego miasta i zaczęła pracować, ale kto chcę do pracy humanistę po liceum?
OdpowiedzUsuńChciałabym podróżować i będę to robić, nie ma obaw. Wiecznie mnie gdzieś ciągnie, choćby na drugi koniec miasta, ale też wiecznie ciągnie się za mną widmo braku pieniędzy, które skutecznie sprowadza mnie na ziemię i stawia jasne warunki. Dlatego zamiast uciekać, staram się wziąć życie we własne ręce, ogarnąć artystyczny nieład i jednak zostać.