Dobry nauczyciel. Zły nauczyciel. Pomocny
nauczyciel. Wymagający nauczyciel. Kelner. Szef kuchni. Mapa. Kompas. Za kim wolicie się opowiedzieć? Kto jest
wygodniejszy? Kto lepszy? Czy wygodniejszy, znaczy lepszy i dlaczego nie?
Zdążyłam już poznać wielu
nauczycieli języka polskiego. Tak, skupmy się dziś na języku polskim. A więc,
policzmy ilu ich już było. Sześciu? Lubili mnie lub nie, widzieli we mnie cokolwiek albo nie widzieli nic, no może poza dysortografią
i talentem do pisania bardzo krótkich (i chyba wystarczająco treściwych) prac. Nawiasem
mówiąc, pisane przeze moje wypracowania dziś nie wyróżniają się swoją objętością ani w
jedną, ani w drugą stronę, jednak kiedy w podstawówce popularne i chwalone było
rozpisywanie się na bite pięć stron A5, ja potrafiłam zmieścić się w jednej z
hakiem. Z czasem nauczyłam się stosować oględne krasomówstwo… I zaczęłam być
chwalona. Koniec dygresji.
Bywało, że nauczyciel od razu
podawał nam swoją, skażoną osobistym światopoglądem, interpretację
wszystkich omawianych tekstów. W ten sposób poznawane treści nabierały na przykład religijnego smaczku, stając się przy tym nie do zniesienia, a pomysły nas –
uczniów okazywały się niepoprawne. Innym razem, inny nauczyciel postanowił
postawić na naszą kreatywność. I tylko na nią. Wyłącznie. I lekcje przebiegały
ciekawie, oglądało się filmy, robiło się projekty, oceny celujące sypały się
jak z rękawa. Wiedza? Jaka? Wszystkie braki trzeba było nadgonić przed egzaminem gimnazjalnym. Następny do
kolekcji. W zasadzie następna, bo na razie omawianą teraz lożę zajmowały tylko panie
polonistki. Tym razem zajęliśmy się gramatyką, z której mieliśmy największe
braki. Nie wiem jak przez kilka miesięcy udało się to nadrobić jednocześnie
realizując obowiązujący w trzeciej klasie materiał. Lektur też było sporo i
były ciekawe. Miejsce na naszą własną inwencję też się znalazło. I miejsce na
zrobienie ze mnie laureatki, na co nikt wcześniej by nie wpadł. Ale czasem było
też miejsce na czytanie przed całą klasą czyichś nieudanych prac, czego nie
pochwalam. Nie widzę sensu w zawstydzaniu uczniów. Nie tylko uczniów. Nie widzę
sensu w zawstydzaniu kogokolwiek! Ale trzeba przyznać, tej pani zawdzięczam
wiele. I muszę ją kiedyś odwiedzić.
W nowej szkole na wejściu
spotkałam się z sytuacją, która mnie nie zadowalała. Z traktowaniem języka polskiego
jako matematyki. Z wywyższaniem faktologii. Z ocenianiem „z klucza”. I z zasadą
„nie podnosimy ręki”, dzięki której wypowiadał się nie ten, który ma coś do
powiedzenia, ale posiadacz donośniejszego głosu… Co mnie to powinno obchodzić? Przecież i tak
rozszerzam przedmioty ścisłe. A jednak! Obchodzi! I o ile matematykę na
matematyce uznaję, to na polskim chcę się uczyć po humanistycznemu . Nie, nie
zamknę się w jednej dziedzinie.
Teraz trafiłam na jeszcze
ciekawszy „przypadek”. Bez jakichkolwiek notatek. Bez lasu rąk. Bez prezentacji
multimedialnych, bez monologu! Za to z rozmową… Rozmową? Może kłótnią… Co
omawiamy? Bursę, Wojaczka, gadamy o turpistach. Nie będę ukrywać, na początku
żałowałam, że wybrałam, czy musiałam wybrać właśnie ten kurs. Najpierw trzeba było przełknąć pozytywizm. Poza tym nie jest tu milutko. Nie jest też łatwo.
Nie dostajemy na tacy gotowych odpowiedzi. Czasem nie wiemy nawet jak rozumieć
zadane pytanie. Dostajemy wskazówki. Okrutnie zmuszani do myślenia. I to się
chyba wielu ludziom nie podoba. Mi się
za to nie podoba, jak mała część ludzi zgadza się na bycie zmuszanym do
uruchomienia mózgu… No niestety, przy zdobywaniu wiedzy zjawisko osmozy nie zachodzi.
Ostatni wspomniany nauczyciel,
czy nie tyle sam nauczyciel, co sposób prowadzenia przez niego lekcji budził we
mnie na początku wewnętrzny protest. Na pierwszych lekcjach czułam się głupia,
plotąca bzdury. Myślałam, że nonszalanckie zachowanie belfra świadczy o tym, że
nie warto mnie słuchać. A teraz myślę, że skoro spośród milczącej klasy, jestem
jedną z niewielu osób, które mówią… To chyba jednak chociaż czasem mówię z sensem. Czasem piszę z sensem…
Szczere Kocisko
Brak komentarzy: