Nie umiem grać w karty. Nigdy nie umiałam i raczej się nie nauczę z
racji tego, że postrzegam grę jako dość stresujące zajęcie. Dlaczego? Tak
naprawdę, nie mam pojęcia, ale ilekroć ktoś próbował nauczyć mnie grać w makao,
remika albo kuku, nie mogłam przestać mylić poszczególnych figur i kolorów.
Wychodziłam na głupiutką i się utrwaliło. Raz, kilka lat temu, wspięłam się na
wyżyny swojego karcianego intelektu, opanowując zasady gry w oszusta. Z tym, że
nie oszukiwałam a co najwyżej myliłam się. Ale wygrywałam. Czasami. Teraz
pewnie nie pamiętałabym już, jak się w to gra.
Nie potrzebuję kart. Wolę zwykłą kartkę, choć przyznaję, że najchętniej
sięgam po telefon lub laptop. A bywa
tak, że po nic nie muszę sięgać. Wystarczy odpowiedni człowiek obok.
Gram w słowa. Trochę właśnie tak, jak gra się w karty. Albo w szachy, w
które nomen omen również grać nie potrafię. Gram w słowa i chyba nie mam tu na
myśli standardowej rozmowy. Lubię to.
Strzelanie krótkimi seriami z szybkostrzelnej broni. Oczekiwanie na odpowiedź
oponenta. Obezwładnianie go, ośmielanie, stawianie go w sytuacji bez wyjścia.
Uciekanie. Celowanie. Strzał. Trafienie. Wygrana. Przegrana.
Tak, bo dość często przegrywam. Chyba nawet zbyt często, jak na
pasjonatkę. Sęk w tym, że przez cały pojedynek szanse mogą wydawać się równe,
ale wystarczy chwila nieuwagi, bym poległa. Bo niektóry partnerzy do gry w
słowa to podstępne bestie. Asy chowają po rękawach, skrywają swój prawdziwy
zamysł, ścieżkę, którą chcą podążyć. A ja bywam naiwna i dostaje mi się. Strzał.
Uczucie ciepła w żołądku i chłodu w głowie. Następnie płonące policzki. Nerwowy
śmiech, coraz głośniejszy i coraz bardziej niepasujący do całego anturażu. Mój
śmiech nigdy nie pasuje, ale widać to najlepiej właśnie w takich sytuacjach.
Rysa na szkle. Kamień rzucony w wodę. Rozchodzące się naokoło fale. Dźwiękowe.
Bez skrupułów niszczą gładką taflę.
Gra w słowa ma wiele twarzy. Bywa lekka, słodka, jak rozkwitające
powietrze wiosną, może wprowadzać w stan euforii. Ale nie wolno zapomnieć o jej
drugim, okrutnym obliczu. Choć najchętniej bym usunęła je
z listy rzeczy istniejących.
Często udaje mi się uwierzyć, że nie jestem dobra w słowa. Że nie
potrafię się z nimi zaprzyjaźnić, że wszystkie patrzą na mnie wilkiem. Ale coś
mi mówi, że jestem na dobrej drodze, by zasłużyć na ich uznanie. Przyjaźń ze
słowami to nie taka prosta relacja.
Szczere Kocisko
Świetny post Kocie!
OdpowiedzUsuńNigdy nie wpadłabym do takiego porównania, mimo, że w karty grać uwielbiam i jestem w tym nie najgorsza! (Moja skromność...) Jednak w grę w słowa gramy przez całe życie niejednokrotnie nie zdając sobie z tego sprawy...
Pozdrawiam Cię i zapraszam na nowy post. Taki o imionach. Moich. Twoich. No naszych :)
Siostra Polka ;)
O, też jakiś czas temu pisałam o imionach :)
UsuńPodobno kto ma szczęście w kartach ten nie ma szczęścia w miłości- i coś w tym jest, a pisze to osoba powalająca w makao wszystkich znajomych i rodzinę. Kocham karty i nie wyobrażam sobie bez nich żadnego spotkania towarzyskiego!
OdpowiedzUsuńJednocześnie w słowa też lubię grać. I w filozofie- to tak jak w słowa, ale rozwinięte, nie ograniczasz się do celnych strzałów ale próbujesz znokautować przeciwnika swoim widzeniem świata. Od tygodnia przekonuje kumpelę, ze jabłka chcą być gruszkami a jej twarz wężem i wciąż rozwijam tą tezę... Język polski daje nam tyle wspaniałych możliwości , że aż wstyd z nich nie korzystać.
No tak, gra w filozofię to specyficzna odmiana gry w słowa. Taka jeszcze bardziej niebezpieczna :D
Usuń