Dyskusje, uwielbiam inteligentne dyskusje! Nie ma nic zdrowszego dla
światopoglądu niż porównywanie swojego punktu widzenia, swojej hierarchii wartości
i swoich poglądów, z tym, co do powiedzenia mają inni, często (choć nie jest to
warunek konieczny) mądrzejsi ludzie. Chętnie rozmawiam ze specjalistami w danej
dziedzinie, z pasjonatami, ludźmi, którzy wypowiadają się dopiero wtedy, gdy
mają coś ciekawego do powiedzenia. I nawet jeśli nie zgadzam się z nimi, nie
chcę ulec ich sugestiom, a ich słowa budzą we mnie wewnętrzny niepokój (czy coś),
staram się ich zdanie szanować, próbuję przez chwilę myśleć tak, jak oni,
wykorzystując te, co oni, ścieżki.
Cenię sobie asertywność, szczególnie ten jej rodzaj, dzięki któremu uniknąć
można utuczenia przez babcię, tańca z podejrzanym typem na imprezie, a także
ten, który czasem skazuje na ostracyzm na lekcji, bo ja wolałabym jednak
napisać ten sprawdzian trochę wcześniej. No ale, moi drodzy, nie zawsze mi ta
asertywność wychodzi. Po pierwsze, dlatego że mało jest we mnie cierpliwości, a
sporo neurotyczności i agresji, więc moje próby dyplomatycznego tłumaczenia
ludziom rzeczy, których uparcie nie chcą sobie dać wytłumaczyć, kończą się fiaskiem
i przemieniają w jatkę. Po drugie – lubię się jarać, być kimś zafascynowana,
mieć wzór, zmieniać się pod jego wpływem. No, bo hej, skoro jakaś osoba mi czymś
imponuje, dlaczego nie miałabym czerpać z niej tego, co najlepsze? Czyż nie na
tym polega autokreacja? Czyż nie tak robią bakterie w procesie koniugacji, transdukcji
i biolog wie, czego jeszcze?
I tu się pojawia problem, bo wielu ludzi, inteligentnych, docenianych przez otoczenie ludzi, robi z siebie pomniki. Stawia siebie i swoją rację na piedestale. Swoje
lubię i nie lubię. I rozdaje dyspozycje. Śmiej
się z „Małego Księcia” – od dawna jest passe, „Buszujący w zbożu” nie ma żadnej
wartości literackiej, ot, grafomańskie ględzenie pokroju „Zmierzchu”. Nie
czytaj Bursy jeśli skończyłeś gimnazjum, Dehnela też nie, bo przebiera się za
panicza. Baczyński? Widzę, że innych poetów gimby nie znajo. Zainteresowałeś
się filozofią po przeczytaniu „Dżumy”? Doprawdy, żal mi cię, robaczku…. I
nagle okazuje się, że w gąszczu rzeczy, które eksperci lubić odradzają, ba,
nawet przyznawać się do tego, jakoby się je kiedyś lubiło, nie pozostaje nic,
zgodnie określonego pezez nich wartym uwagi. No, może z wyjątkiem rosyjskich klasyków, jazzu
i wysmakowanej ironii.
Jestem w stanie zdzierżyć wiele – pozę na głupiutkie, śliczniutkie
dziewczątko, uważanie się za przyjaciela całej populacji, maskę zgorzkniałego
hejtera, dwulicowość też bywa nawet urocza – ale pretensjonalność i ten dobrze wszystkim
znany ton nieznoszący sprzeciwu, to coś, czego nie przeskoczę. Uważnie słucham ludzi, którzy mają wątpliwości, szukających inspiracji i odpowiedzi na
pytania. Ciągle zadających pytania. Tych, co słuchają w zamian, takich, co nie mordują potoczystym monologiem bez zwracania jakiejkolwiek uwagi na rozmówcę. Doceniam niepewnych siebie, mówiących
cicho a mądrze. Niepozornych. To od nich
można dowiedzieć się najwięcej, tak myślę. Może to dlatego jeszcze nie wygrałam
życia? Nawet jeśli, to niewielka strata – nie czułabym się ze sobą dobrze,
będąc kimś, kto buduje swoją wartość i swój autorytet, deprecjonując tych
nieśmiałych, stawiając ich w roli sługi/fana/niepojętnego ucznia, którego od święta można połechtać w ego i powiedzieć, że ma potencjał; kimś, kto stale i namiętnie uprawia intelektualną masturbację. Dlatego
nalegam, nie sugerujcie się opiniami zasłyszanymi z ust takich osobników, nie
dajcie zasiać w sobie ziarna wstydu za swoje poglądy, swoje poszukiwania, swoje
pomyłki i swoje inspiracje. O!
Szczere Kocisko

Jak można uważać Burdę za lekturę dla gimbazy? Mam nadzieję, że to wymyślony przykład i nikt realnie tak nie myśli. A Mały Książę jest zawsze na czasie, bo jest po prostu ponadczasowy :D Lubiłam go jako dziecko któremu tata czyta bajkę i lubię teraz, kiedy piszę z niego rozprawki.
OdpowiedzUsuńZ tonem nieznoszącym sprzeciwu oczywiście najczęściej mamy do czynienie kiedy chcą nas czegoś nauczyć... W szkole- nie do zniesienia. Ale w innych sytuacjach- jak najbardziej! Serio, jeżeli gość który uczy mnie grać na gitarze twierdzi niewzruszenie, że źle trzymam łokieć, to choćby było mi z tym złym łokciem wygodniej i tak będę się męczyć i go poprawiać. Bo on musi mieć rację, w końcu widzę codziennie jak gra. W takich sytuacjach trzeba mieć jakiś autorytet. Właściwie ten wieczny ,,wkurz" w szkole wynika chyba sam z siebie i w rezultacie każda reakcja nauczyciela wkurza cię, obojętnie dlaczego. Taka specyfika.
No właśnie byłam ostatnio na spotkaniu poetyckim, na którym "bardzo mądry i ważny pan poeta" stwierdził, że to zabawne, że kiedyś fascynował się Bursą, i że to taka poezja dla nastolatków. Od "Małego Księcia" w rozprawkach w liceum już odeszłam, bo baaardzo krzywo na to belfrowie patrzą :) Nie no, mnie tak szkoła jeszcze nie wkurza a przykład, który podałaś trochę wychodzi poza sytuacje, o których myślałam. Chodziło mi bardziej o takie buractwo i podejście "moje jest najmojsze" - wiesz, że niby jest tylko jeden dobry gust, tylko jedna racja, tylko jeden system wartości, dla którego trzeba przeprowadzać krucjaty ;/
UsuńDobry tekst. Dzięki.
OdpowiedzUsuńNie ma za co :)
Usuńja cały czas poszukuję inspiracji, pytam, neguję... w końcu chcemy się ulepszać, prawda? :) bardzo spodobał mi się akapit o asertywności. niby takie to proste, ale wielu osobom strasznie tego brakuje.
OdpowiedzUsuńNo właśnie zauważam coraz częściej, że to "chcemy" dotyczy nie tak szerokiego grona osób, nie podoba mi się to :/
UsuńCieszę się, że Ci się spodobał! :)
Już Cię lubię, gdy wspomniałaś o ludziach nieśmiałych. Na ogół ginę wśród osób, które z łatwością są w stanie mnie przegadać. A że pewnie nikt nie będzie miał okazji usłyszeć tego, co siedzi mi w głowie, wyżywam się na blogu. Nie żebym uważała się za jakąś mądrą czy coś :)
OdpowiedzUsuńI dla mnie blog jest dość ważnym kanałem komunikacyjnym, rozumiem, o co chodzi :)
Usuń