Skłamałabym, mówiąc, że bardzo ze sobą wczoraj walczyłam,
aby opublikować wpisu inaugurującego nowy rok szkolny. Ale byłoby to takie małe
kłamstewko. Tacie tyci-tyci. Bo rzeczywiście, nie znoszę pisać na sezonowo
modne tematy. W święta nie piszę o świętach, w rocznice nie piszę o rocznicach,
z wydarzeń dla ogółu granicznych staram się nic sobie nie robić. Ale jednak była
we mnie wczoraj mała ochota na to, aby wyrazić swoje nadzieje maturzystki.
Nudziłabym, że ten rok będzie taaaki cudowny,
ja będę taaaka aktywna i znajdę tyyylu przyjaciół. Całe szczęście, że
zwyczajnie mi się nie chciało, bo teraz musiałabym wszystko odszczekiwać.
Za pozwoleniem, zamierzam odszczekać to i tak.
W zasadzie nie zmieniło się nic. Dalej nie ogarniam matmy, dalej
nie umiem nie chcę czegokolwiek mówić przed ludźmi. Dalej muszę wydać zdecydowanie
za dużo pieniędzy na… wszystko. Bo podręczniki, do ksero, w końcu, bo głupia
sałatka w kawiarence jest o 50 groszy droższa, a bidon mi przeciekł i delikatnie zwilżył zawartość torebki, więc od jutra i wodę będę musiała
kupować na miejscu. I okazało się, że piję już tyle wody, że nieśmiałe pół
litra mi na czas zajęć nie wystarcza. Taki ze mnie pijak!
A właśnie, torebka! W wakacje postanowiłam zamanifestować,
że – hej, jestem kobietą – i kupiłam sobie torebkę. Ładną, czarną, zupełnie
nieoryginalną i niepraktyczną. I bidon w niej wariuje, a mi morale spada. Ale
przecież nie kupię kolejnej, kimże jestem! I tak muszę wydać za dużo pieniędzy
na… wszystko. A energią słoneczną i dobrymi chęciami się w przyszłym roku w
Warszawie nie wyżywię. A nie widzę innej opcji. Nie chcę widzieć innej opcji.
Zastanawiam się, co ja w ogóle tu robię. To znaczy nie tu,
gdzie obecnie się znajduję. Pisząc to, siedzę w swoim pokoju, spowita mrokiem i
ulubionym, fioletowym kocykiem. „Tu”
oznaczało oczywiście „w szkole”. Szczególnie na języku polskim. Bo skoro i tak musze dostać swoją cudną,
tłuściutką, olimpijską szóstkę, mogłabym spędzać lekcje na trzaskaniu #selfie,
słuchaniu muzyki i popijaniu tego całego blichtru zbyt słodką kawą. Ale
przecież ja wiem, i wy to wiecie, że w życiu tak nie zrobię. Jakże mogłabym
przestać się starać. To zbyt mainstreamowe!
No, to się wyżaliłam…
Szczere Kocisko

ja sobie zawsze przelewałam wodę do pustej butelce po wodzie i wystarczyło, żebym tę wodę kupiła raz a nie codziennie.
OdpowiedzUsuńTeż tak robię :) ale i tak wolałam mój bi(e)don :)
UsuńOj znam to, wredna forsa! Wszystko jest drogie, nawet Biedronka, a odkryłam to dopiero jeżdżąc do szkoły do miasta... A najgorzej jak cię ktoś wyciągnie na obiad na mieście a ty wykładasz ostatnie grosze żeby kupić sobie pół frytek. Moja kumpela nie ma problemów z forsą i nie rozumie moich oszczędności :D
OdpowiedzUsuńDziwny optymizm jak na klasę maturalną... Ja już rzygam tą maturą chociaż jestem dopiero w drugiej. Polonistka zwłaszcza oszalała na tym punkcie że testy, testy trzeba robić! niee!!
Jestem dziwna, to widać gołym okiem. Wkurza mnie wszechogarniający maturalny stres, tak delikatnie mówiąc. Bo skoro cały czas mam dobre oceny i finalistę z polskiego, nie pozwolę sobie wmówić, że mam się martwić, że mam latać na durne korepetycje czy że mam sądzić, że się swój ukochany kierunek nie dostanę. Im bardziej się wszyscy tym przejmuję, tym większy nacisk kładę na manifestowanie, jak bardzo mnie to nie rusza :P
UsuńDo jakiego chodzisz LO?
OdpowiedzUsuń2 LO w Gorzowie, żaden sekret :)
Usuń