Lubię sobie od czasu do czasu zajrzeć w postanowienia noworoczne. Ot
tak, żeby zobaczyć, jak mi idzie wypełnianie kolejnych punktów. Ale nie tylko - to również świetny sposób, aby zobaczyć, jak się zmieniam. Bo niektóre z
punktów, które w grudniu uznałam za kluczowe dla swojego przyszłego (czyli obecnego)
szczęścia, już od dawna są przeterminowane. Ich data przydatności do spełnienia
minęła bezpowrotnie, podobnie jak właśnie mija data przydatności do spełnienia
tych marzeń/planów/dziwacznych projekcji, które przyszły po nich. Szaleństwo!
Dziesięć miesięcy temu marzyłam o tym, aby robić muzykę elektroniczną.
Robiłam muzykę elektroniczną, choć właściwie powinnam napisać, że uczyłam się
robić muzykę elektroniczną. Najważniejszym z moich materialnych marzeń było
posiadanie klawiatury sterującej i drum padów. Nie wyobrażałam sobie, że
mogłabym nie pójść na Moto Racing Show (dla ludzi spoza Gorzowa – to taka
impreza motoryzacyjna, na której można oglądać Subaru jeżdżące po moście i
palące gumy i zdobyć darmowe Monstery), a kiedy przyszło co do czego, okazało
się, że w międzyczasie porzuciłam wszelkie gazowane napoje, w tym energetyki, i
wolę iść do kina studyjnego, niż na tego rodzaju imprezę. Dziesięć miesięcy temu nie
śniłam nawet o tym, że będę mieć znajomych od rozmów o poezji, znajomych od
rozmów o filozofii, znajomych od rozmów o sztuce i że ta liczba mnoga
rzeczywiście będzie na miejscu. Dziesięć miesięcy temu nie podjęłabym decyzji o
wzięciu udziału w turnieju jednego wiersza, nie myślałabym o partycypacji w
slamach poetyckich ani o tym, że być może skończę na studiach w Toruniu. Tak,
bo moje „Jaka piękna ta Warszawa, będzie hajs i love, i sława!” też już powoli
mija…
Mam wrażenie, że zbyt szybko przechodzimy ze zmianami do porządku
dziennego. Marzymy, planujemy, wymyślamy coś sobie i nawet nie jesteśmy w
stanie zauważyć, jak ulotne były nasze ambicje. Dlatego lubię wracać, być
sentymentalna i dziwić się, jak to wszystko śmiesznie wyszło. Nie mogę, niestety, pozbyć się wrażenia, że każda przeszłość to stracony czas i że przyszłość ma
zbyt małą objętość, aby zdołała zawrzeć w sobie choć część moich planów. A potem mija data ważności…
Moim ulubionym płynem jest osobowość. Moja osobowość. I to nie tak, że
zmieniam się wraz z otoczeniem, przystając do pojawiających się na horyzoncie
ludzi, czy ludzi za horyzontem znikających. Potrzeba zmiany i wizja tego, czego
oczekuję od siebie i od świata pcha mnie na różne ścieżki. A potem jeszcze
dalej i na boki, i w górę, i w dół. Konsekwentnie pędzę trochę we wszystkie
strony. Staram się ciągle czymś fascynować, co czego dążyć, coś uwielbiać i o
czymś ciągle myśleć. Chyba jestem zakochana w przyszłości (choć czasem się jej
boję).
Szczere Kocisko

Wszystko może minąć - ale nie miłość do Warszawy. Najwyraźniej nie była prawdziwa.
OdpowiedzUsuńNie no, miłość do Warszawy trwa, ale już godzę się z tym, że jestem biedakiem cebulakiem i mnie po prostu na nią nie stać :P
UsuńHa ha, miałam to samo z Warszawą :D I w końcu pewnie wyląduję w Poznaniu, razem z zespołem.
OdpowiedzUsuńCzasami boję się czytać swoje stare zapiski i marzenia... Zwłaszcza te dotyczące planów matrymonialnych są straszne! czytam stare opowiadania i nie mogę przeżyć własnych błędów. czytam, nie daj Boże, opowiadania o sobie w liceum wymyślane jeszcze w podstawówce i załamuję się, kim ja chciałam być! W życiu bym nie zgadła, ze wyrosnę na takiego smutnego metala, jak to określa mój brat... Może czasami warto tyle zapisywać? Masz chociaż jakiś obraz zmian, jakiś porządny dokument poświadczający że nie stoisz w miejscu tylko gnasz gdzieś. nie wiesz gdzie, ale to nic. Jak twierdził Stachura, nie ma stanie, nie ma ,,cofanki" tylko naprzód i naprzód.
Na pewno warto zapisywać, pamięć jest zbyt zawodna, szczególnie jeśli mowa o wspomnieniach dotyczących nas samych :)
UsuńTak to już bywa ;) Lista z postanowieniami przez jakiś czas wisiała u mnie na ścianie, ale za długie patrzenie na nią wcale mi nie pomagało. W ostatni dzień roku przyjdzie czas na podsumowania. Myślę, że na razie dobrze mi idzie.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam! :)
Och, to mogę tylko gratulować :)
UsuńJak to Pratchett w "Trzech wiedźmach" określił, większość ludzi nie jest zogniskowana w czasie. Krążą wokół własnej przeszłości i przyszłości, teraźniejszość widząc tylko przez to, co miało się wydarzyć i co się wydarzyło, choć to zdarza się właśnie teraz. Ja, oczywiście myśląc o przyszłości i przeszłości, postanowiłam skupić się bardziej na tym, co jest w tej chwili, bo zwyczajnie odechciewa się człowiekowi własnej sentymentalnej i zaraz wybiegającej 10 lat do przodu myśli ;)
OdpowiedzUsuńJeszcze nigdy nie miałam okazji czytać Pratchetta, ale o "Trzech wiedźmach" słyszałam same pozytywne opinie :)
UsuńJa jestem straszliwie sentymentalna, szczególnie ostatnio. I jasne, bez życia teraźniejszością nie mogłabym funkcjonować, bo bardzo dużo się teraz dzieje, ale lubię sobie usiąść, przyjrzeć się sobie sprzed x czasu i zastanowić się nad... moją niekonsekwencją :D
Radzę jak najszybciej naprawić błąd i zacząć obcować z Pratchettem (chociaż może być to trudne ze względu na brak czasu- ta MATURA). Osobiście uważam go za jednego z najgenialniejszych autorów fantasy, postawiłbym go na piedestale obok Tolkiena.
OdpowiedzUsuńJeśli jakieś plany pozostają na papierze oznacza to, że w rzeczywistości były tylko mrzonkami, o których trzeba było zapomnieć, bo nie były nam do życia potrzebne.
Skądś znam to wieczne niezdecydowanie w doborze hobby: sam nie potrafiłem zajmować się czymś dłużej niż kilka dni, tygodni, no! może miesięcy. Skończyła się fascynacja modelarstwem, łucznictwem, nawet książka pozostała rozgrzebana po 50 stronach.
Jeśli naprawdę coś pokochamy, będziemy to robić ciągle. Moja siostra, będąc jeszcze w liceum, postanowiła się wspinać. Teraz, po trzech latach, jeździ po górach i szuka odpowiednich miejsc, chodzi na ścianki wspinaczkowe, poznaje innych wspinaczy (nie wspomnę, że dzięki treningom jest w stanie pokonać niejednego chłopaka w siłowaniu na rękę). Stąd wniosek: trzeba ciągle szukać nowych zainteresowań, może w końcu trafi się coś, co pokochamy do końca życia.
W poniedziałek wybieram się do biblioteki, więc... :)
UsuńCo do planów i mrzonek - mam dokładnie takie samo zdanie na ten temat, jednak lubię się czasem tym mrzonkom przyjrzeć i ocenić, czy nie byłoby warto spróbować się nimi zająć raz jeszcze lub zrozumieć, skąd się w ogóle wziął we mnie taki pomysł i pod czyim wpływem :D
No, mi się wydaje, że ostatnio też trafiłam na coś, czego tak szybko nie porzucę. Pisanie. Ostatnio głównie poezji. W zasadzie to robiłam to od wielu lat, ale dopiero teraz jestem zdeterminowana na tyle, aby te swoje utworki-potworki słać :)
Bardzo często patrzę na moją osobistą listę postanowień noworocznych i robię do niej notatki - co mi się udało, co się zmieniło, z czym się nie zgadzam. Wyjdzie z tego zapewne potężny post przed końcem roku ;)
OdpowiedzUsuńWiesz, to niezły pomysł :)
Usuńjestem fanką ostatniego akapitu :) w przeciwieństwie do postanowień noworocznych.
OdpowiedzUsuń