Dziś będzie inaczej. Zapraszam Was na kawę. Jeśli nie pijacie, może być
herbata. I ciastko – wszyscy lubią ciastka. Chcę porozmawiać z Wami wielką
literą i poopowiadać trochę o sobie, małą. No tak, robię to nagminnie, robię to
stale i robię to z rosnącym upodobaniem. Bo lubię siebie coraz bardziej. Na
przestrzeni kilku miesięcy fajna dziewczyna ze mnie wyrosła.
Jestem introwertykiem, dla którego głównym i najbezpieczniejszym
kanałem wypowiedzi jest tekst. Nie, nie internet, choć to w nim dzieje się cała
magia i słowa trafiają do adresata. Internet
nie jest dla mnie żadnym innym, fajniejszym, bardziej kolorowym, bardziej
ciekawym światem. Jest narzędziem. Mówię tak na wypadek, jakby ktoś miał
wątpliwości. Tak, jestem introwertykiem, ale lubię ludzi, lgnę do nich, chętnie poświęcam im uwagę, dbam i cieszę się, gdy czasem okazuje się, że to działa w obie
strony. Funkcjonowanie w grupie traktuję trochę jak grę, skomplikowaną rozgrywkę. Bo nie jest mi
wszystko jedno, co robię, z kim robię i jaki będzie tego skutek. Planuję. Wyznaczam cele. Nie na zasadzie odhaczania
zadań do wykonania i nie po to, aby bezrefleksyjnie zebrać określoną ilość
doświadczenia. Raczej po to, aby ciągle się udoskonalać, aby się przełamywać,
aby móc się czegoś nauczyć. Aby być świadomą swoich czynów, tego, jak się na
mnie odbijają i czy czynią mnie szczęśliwą. I muszę przyznać, że pierwsze dwa
lata w liceum rozegrałam źle. I jest mi wstyd, że tak konsekwentnie odpychałam
od siebie ludzi. Uciekałam przed wszelkimi konfrontacjami, zachowywałam się
głupio i dziecinnie, nie dawałam się poważnie traktować. Pełna kreacja na
zagubionego bachorka. Udało mi się - po pewnym czasie przestali próbować…
…a ja zaczęłam narzekać na brak znajomych. No cóż, nieźle się na to napracowałam. I kiedy wszyscy chodzili na szkolne (i pozaszkolne) imprezy,
bawili, nawiązywali znajomości, miksowali się między sobą, kłócili, godzili,
żyli, ja kisiłam się we własnym sosie, często uderzając w płacz, pełna
świadomości, jak bardzo marnuję czas.
Czuję, że dopiero kilka miesięcy temu, dokładniej mówiąc, po olimpiadzie, dojrzałam do
liceum. Tak, jakbym gdzieś w konstancińskim hallu u Pallotynów porzuciła wewnętrznego gimbusa. Wybaczcie, uderzyłam w patos, sama tego nie znoszę. Jednakże nie da się ukryć - wydoroślałam, zrozumiałam, w czym jestem dobra i co jest we mnie dobre,
zaczęłam się rozwijać. Nauczyłam się uśmiechać się do ludzi, przytulać ich na
pożegnanie (tak, to wcześniej był wielki problem), spotykać się, bawić. I poszłam
w zeszły piątek na, odbywający się w mojej szkole co roku, bal
niepodległościowy, tańczyłam, śmiałam się i w moim odczuciu wyszło fajnie, ale
wciąż czuję się mniej pewnie, niż bym chciała. Ciągle okropnie boję się
wyglądać głupio. Najchętniej cały czas miałabym przed sobą lustro, by widzieć
się w nim tak, jak widzą mnie inni i kontrolować to, bo nie potrafię przejrzeć
się w czyichś oczach. Dalej obawiam się ośmieszenia. I podchodzenia do ludzi. Tańczenia.
Nie chcę być jedną z tych osób, które są stałymi obiektami drwin (nie udawajmy,
że nie ma takich, jesteśmy przecież razem na kawie) i znoszą je jak męczennicy z podniesioną głową i stale próbują się wpasować. Nie chcę też dać wepchnąć się
w szereg i zrezygnować ze swojej podmiotowości. Czego więc chcę? Przede
wszystkim tę podmiotowość pielęgnować i nadawać jej kształt. Poczuć się
swobodnie i pozbyć męczącego poczucia, że ciągle wszystko na marne.
Działam. Mam tu jeszcze kilka miesięcy. I daję radę! Z każdym tygodniem
jestem trochę bardziej i trochę lepsza. I mam trochę zdrowsze podejście. Małe
kroczki. Do przodu. I chociaż klasa maturalna to dla wielu ludzi czas na
uspokojenie się, czas zawiśnięcia nad książkami i rozwiązywania próbnych matur,
ja mam inne zaległości do nadrobienia. Nie chcę wyjść z tej szkoły pozbawiona
wspomnień.
Aha, pamiętajcie - nie dajcie sobie wmówić, że ludzie są nie dla Was. Że bycie przy nich, między nimi, to dyshonor, jakieś minus sto do inteligencji i całkowita kaszana. Czasem da się ich lubić. Kubek stoi smętnie pusty, idę. Czasem da się mnie lubić.

Czuję, że tkwię w tym pierwszy etapie o którym napisałaś. Może nie wyszedł jeszcze ze mnie "zahukany gimbus"?
OdpowiedzUsuń- http://dead-babydoll.blogspot.com/
Spokojnie, jeszcze wyjdzie ;)
UsuńKlasa maturalna to okres, który wspominam najlepiej z całej swojej ścieżki edukacyjnej, choć ciągle ktoś rzucał nam przeszkody pod nogi i nie ułatwiał sprawy, to TAAAK, bardzo chciałabym przejść przez nią jeszcze raz. Najlepiej z aktualnym nastawieniem do poznawania świata, który wtedy dopiero kiełkował. Kocie, korzystaj i miej co przypominać sobie po latach :)
OdpowiedzUsuńKorzystam! Najlepiej jak mogę i jak umiem :)
UsuńO tak, szczerze mówią, to w pierwszej klasie też czułam się jeszcze strasznie gimbusiarsko, chociaż nigdy typowym gimbusem nie byłam. Ale ta gimbaza gdzieś tam tkwiła, ten najnudniejszy okres w życiu. Teraz, w drugiej klasie już z trudem przypominam sobie odczucia i myśli z gimnazjum, jestem od tego tak daleko, jakby nie minął rok a 10 lat. Więc widocznie poszło mi trochę szybciej niż ci :D Pewnie dlatego, że nie mam nic przeciwko robieniu z siebie głupa i wręcz specjalnie chwytam role komiczne, dobrze się w tym czuje- bardzo swobodnie, w końcu takie świry nie podlegają normalnym, ludzkim prawom :)
OdpowiedzUsuńOch, zawsze zazdroszczę takim świrom. Ja ilekroć pozwolę sobie na coś takiego, męczę się potem z poczuciem winy i jestem sama sobą zażenowana. Ale zaczynam łapać dystans :)
UsuńKorzystaj z bycia w drugiej klasie, ja bym chętnie się jeszcze cofnęła :)
Ech, nie zdążyłam zobic sobie kawy, za szybko czytam...:D
OdpowiedzUsuńOch, nawet ciekawie jest dowiedzieć się, że inni też mają takie problemy jak ty...
A nawet bardziej, bo dla mnie punktem zwrotnym był pierwszy rok w liceum. Po prostu postanowiłam, idąc do nowej szkoły, że się zmienię. I nagle okazało się, że bardziej naturalną dla mnie skórą jest gadatliwy, wariacki Hipis w glanach niż spokojna, nieśmiała dziewczynka w warkoczu. O wiele bardziej naturalną. Ciągle brakuje mi pewności siebie, ale trzymam się prosto, szczególnie druga liceum to piękny rok (niech trwa, niech trwa...). Rok, w którym nawet ból ma jakiś inny smak.
Kiedyś myślałam, że mnie nie da się lubić, a potem usłyszałam od kogoś, prosto w twarz że jestem fajna. To dopiero było dziwne. Potem usłyszałam, ze bardzo dużo znaczę w życiu kogoś innego. Zbieram wręcz takie słowa. To ciągle jest szok, że ktoś może mnie tak sam z siebie lubić :D I racja też, że trafiłam na wspaniałych, porąbanych ludzi w tym liceum, i chociaż ginę pod zwałami nauki, zaczynam wierzyć w siebie, nawet nie miałąm pojęcia, ile to dalej.
Jak to glupio brzmi, gdy piszę dosłownie xD Muszę stworzyć z tego opowiadanie...
Więc, jak towarzyski introwertyk towarzyskiemu introwertykowi życzę Ci dalszego łażenia tę ścieżką, która teraz Ci się podoba :D
pozdrawiam
Ja również jestem kolekcjonerem komplementów i podobnie jak u Ciebie, każdy kolejny jest dla mnie szoczkiem. Jeszcze tylko muszę przestać tłumaczyć przed sobą, że tak naprawdę nic nie znaczą i są błahe i pewnie nieprawdziwe i zrobi się naprawdę fajne :)
UsuńRównież pozdrawiam i życzę, by ten piękny rok trwał w najlepsze :D
"porzuciłaś wewnętrznego gimbusa"! ♥ :D no to gratuluję.. ludzi łatwiej jest do siebie zrazić niż odzyskać, więc gratuluję, że udało Ci się to w relatywnie krótkim czasie. podjęłaś dobre działania ;)
OdpowiedzUsuńTeż tak sądzę :D i bardzo dziękuję! ;)
UsuńŚledzę Twojego bloga od dłuższego czasu i przyznam szczerze, że lubiłam to, jak piszesz, ale zawsze odrzucał mnie właśnie ten mały, hejtujący ,,gimbus". A tym bardziej raziło mnie to w oczy, bo kiedyś też taka byłam i też minęło mi to dopiero jakoś pod koniec liceum. :) Mimo wszystko od jakiegoś czasu czytam ten blog z przyjemnością. Widać, że dojrzałaś.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam ciepło! :)
Dziękuję za miłe słowa! :)
UsuńTym bardziej, że pamiętam, jak to bywało rok, czy dwa lata temu. Tak, dojrzałam :)
Również pozdrawiam!