Felieton. Prawie dwa lata temu poproszono mnie o to, bym napisała
felieton. I to słowo brzmiało absolutnie magicznie. Felieton. Oczywiście już
wcześniej niejednokrotnie miałam z nim styczność – słyszałam od mamy, że ma do
napisania jakiś albo, że w którejś gazecie ukazał się szczególnie ciekawy. I
jasne – czytałam felietony. Ale f e l i
e t o n i ja?
Czy to możliwe? Jak to możliwe? Co zrobić? Od czego zacząć? O czym? Nie
czekając, aż znajdą się odpowiedzi na te pytania, siadłam i napisałam. I od
razu po kociemu – złośliwie, kąśliwie, hiperbolizując i podśmiewając się.
Poszło. I doszło, to jest, trafiło. Postanowiłam: to ja może się przy tym
zatrzymam.
Ale to słowo wydawało mi się za duże. Łatwiej było – wpis, post, coś,
cokolwiek, nic – bez zobowiązań machnąć. Można się było za tym schować.
Bezpiecznie. Bo wydawało mi się, że za f
e l i e t o n e m idzie jakaś
tajemnicza, bliżej nieokreślona, ogromna odpowiedzialność. Bo to już takie
prawie dziennikarstwo. Nie, ja nie piszę
felietonów, piszę wpisy.
I nagle zaczęłam słyszeć, że jednak nie. Od nauczycieli, że felietony.
Od znajomych, że felietony. Od obcych, że felietony. No bo niby co innego,
skoro tak złośliwie i tak subiektywnie. W dodatku lekko. A ja wybałuszałam oczy
i jak to, lekko? Bo
wcale nie pisze mi się lekko. Gdyby przychodziło mi to z łatwością, pisałabym
dwa razy częściej i trzy razy bardziej rozwlekle. W zasadzie, mogłabym stanąć w
konkursie na najpowolniej piszącą blogerkę. Choć wątpię, czy zdążyłabym się do
takiego konkursu zapisać (żarcik). Już się trochę z tym pogodziłam – piszę
powoli. Chyba, że w grę wchodzą silne emocje, czy jakaś potrzeba
natychmiastowego podzielenia się z całym światem wszystkim, co w głowie. Tak,
jak ostatnio na prywatnym Facebooku w sprawie „Miasta 44”. Ale wiecie, co?
Właściwie to nigdzie mi się nie śpieszy.
Dużo łatwiej jest powiedzieć – napisałam opowiadanie, napisałam
miniaturę, napisałam wiersz. Bo nawet jeśli wyszło beznadziejnie trzeba
przyznać, że ta kupka gruzu tu obok to właśnie opowiadanie/miniatura/wiersz (niepotrzebne
skreślić). Bo przyjmuję do wiadomości istnienie beznadziejnych wierszy, drętwych,
gimbusiarskich opowiadań. A felieton siedzi mi w głowie jako coś, podstępnego,
co zdaje się mówić - To ja, zajawka,
rozkmina, podjarka, EP-ka i wprawka, przymiarka, zabawka, a z drugiej
przypomina słowa ulubionego nauczyciela, że słaby, źle napisany, nietrafiony,
niewyczuty felieton to nie felieton. No i jak ja mam ufać swoim plączącym się
słowom?
Cały czas staram się opanować technikę składania sylab, wyrazów i zdań
tak, aby ktokolwiek miał przyjemność z tego, że je słyszy/czyta i abym ja miała
przyjemność z tego, że je wypowiadam/piszę. I wydaje mi się, że jeszcze nie
idzie mi najlepiej. A potem bez
przygotowania wychodzę na środek klasy, gadam – sama nie wiem, czy
mądrze – a potem klaszczą i mówią, że super. I komu ufać?
Szczere Kocisko
![]() |
| Nie, to piękne San Marino nie ma żadnego związku z tematem ;) |

Podoba mi się ten z Curiera :) Najlepszy element gazety ^^
OdpowiedzUsuńAww, dziękuję! :)
UsuńNigdy w życiu nie pisałam (jeszcze) felietonu i faktycznie brzmi poważnie... ale to w sumie tak samo jak w pierwszej gimnazjum bałam się rozprawki - i chyba bardziej słowa niż formy samej w sobie. Z takimi rzeczami trzeba się po prostu oswoić. Pierwszy raz jest najtrudniejszy, a potem idzie jak z płatka :)
OdpowiedzUsuńCoś w tym jest :) aczkolwiek felieton to jednak tak kilka literackich oczek wyżej, jednakże warto próbować ^^
UsuńTo dziwne, ale felieton to forma przed którą uciekam starannie od pewnego czasu a ona równie starannie mnie goni. Wyłażąc np. na rozprawce na polski albo na niezapowiedzianej kartkówce z historii, kiedy linia brzegowa Grecji nagle okazuje się fascynującym tematem. Ogólnie rzecz biorąc, ja uważam że nie umiem pisać felietonów a osoby postronne twierdzą, że umiem i nawet to robię. A niech to piekło pochłonie, że te felietony takie pojemne draństwo- i wpisy na blogu się mieszczą, i to co dają w gazetach, i inne wolne i wyemancypowane zapiski nie wiadomo skąd.
OdpowiedzUsuńNic dodać, nic ująć :)
UsuńNie, felietonu nie zdarzyło mi się napisać. Chyba mam kłopoty z wyrażaniem w tekście pisanym swojego zdania. Co innego przy rozmowie- bitwa na argumenty to moje hobby, na polskim ożywiam sie za każdym razem, gdy mogę się z kimś nie zgodzić. Ale wszelkie refleksje, z których mógłby powstać felieton, zapominam zaraz po przemyśleniu... I nie umiem do nich wrócić, ginie już ten nastrój. Bym musiała chodzić wszędzie z kartką. Być perypatetykiem- przekleństwo. Masz kłopoty z pisaniem na siedząco (hehe, wolałabym chodzić i dyktować) i wszystkim musisz tlumaczyć, co znaczy to słowo!
OdpowiedzUsuńMam wrażenie, że Ty nadajesz się idealnie do felietonów. Ale rozumiem, że sama nie uważasz siebie za ideała... Jestem perfekcjonistką, jeżeli chodzi o teksty, dostaję nerwicy bo "te słowo nie brzmi!!!".Dla mnie nawet rozprawka musi być jak muzyka, jak muzyka którą słyszę i muszę tylko pzrelać na papier... Chciałabym być "kompozytorem tekstu", tworzyć tekst jak melodię...
Tak, tego, że rozprawki piszę "na słuch" ludzie też nie rozumieją. "-Czemu mam poprawic te zdanie w tekście? Jest poprawne gramatycznie! Co się czepiasz, Hipis? -Bo ono źle brzmi, ono burzy melodię, no nie słyszysz..?"
Och, mi też muszą zdania brzmieć, bo inaczej źle się czuję :D i przez to wydaje mi się, że wcale nie mówię ładnie i nikt tych moich wątpliwości nie rozumie :)
Usuń