Już jakiś czas temu zasugerowano
mi, że pisząc, tak jak od jakiegoś czasu zwykłam tu pisać, czyli emocjonalnie i
na dość osobiste tematy, odzieram się z prywatności. I na początku
przytaknęłam. Że owszem – bawię się w emocjonalny ekshibicjonizm, że akceptuję
to, bo jestem świadoma tego, że sama lubię, jak ludzie się uzewnętrzniają. Myśl o tym siedziała
mi w głowie przez ostatnie dwa tygodnie i choć nie spotykała się z żadnym
wewnętrznym sprzeciwem, cały czas zdawała się nie pasować do innych elementów
układanki. Bo jak ze świadomym rezygnowaniem z prywatności połączyć introwersję,
kreowanie własnego, malutkiego świata, do którego nie wpuszczam nikogo i który
znajduje realne odzwierciedlenie w moim pokoju - strefy sacrum, do której
wstęp mam tylko ja i moi rodzice, w którym nie przyjmuję, nie chcę przyjmować
żadnych gości? Może być ciężkawo. Jeśli jednak pisanie o swoich słabościach, radościach,
nadziejach i spostrzeżeniach nie jest ekshibicjonizmem, to czym jest?
Pierwsze, co przychodzi mi na
myśl – rodzajem kreacji. Pisząc opowiadania czy wiersze, mogę schować się za
bohaterami, sytuacjami, mogę pozamykać w symbolach rzeczy najistotniejsze i
pozwolić, aby osoba postronna nie miała do nich dostępu i była zdana na własną –
w góry odmienną od mojej – interpretację. Uwielbiam to. Wystawianie żywej tkanki uczuć na widok publiczny ze
świadomością, że mało kto ją dostrzeże. Jeszcze zabawniejsze jest pokazywanie w
utworkach-potworkach sytuacji zupełnie oderwanych od mojej rzeczywistości, tak
o, żeby zobaczyć, co się stanie i słuchać pytań, czy to jest o NIM?, było tak? tak rzeczywiście jest? Nie, zwykle
nie jest. Tutaj jednak nie mogę pozwolić sobie na pisanie zupełnie z kosmosu.
To znaczy – mogę, ale nie o to tu chodzi. W formie, jaką jest blog, najfajniejsza
jest chyba właśnie autentyczność. Nie jest to jednak autentyczność porównywalna
to tej, którą zdążyliśmy poznać z programów typu reality show. No dobra, tam o
autentyczności ani intymności nie ma mowy, lepiej sprawdza się określenie mięcho. Nie ma tu u mnie ani kawałka
mięcha, czegoś, co mogłoby odwrócić się przeciw mnie. Wszystko, co piszę, piszę
w pełni władz umysłowych i zwykle z jakiegoś powodu. Oglądaliście doktora House’a?
Wszyscy oglądali. W jednym z odcinków House leczył blogerkę lifestyle’ową,
która opisywała w internetach wszystko – całe swoje życie – to, co jadła, z kim
spała, jak spała, z kim się kłóciła, czemu się kłóciła, co ją bolało i jakie
miała skarpetki. Chyba daleko mi do tego.
Dlaczego w ogóle uznaję, że warto
dzielić się swoimi przemyśleniami? Czy sądzę, że jestem już tak genialna i
wybitna, że świat się zawali, jeśli nie dowie się, co myślę o Marii Goniewicz,
czy słucham Die Antwoord i za co szanuję Kwiatkowskiego? No też niekoniecznie.
Jednak wydaje mi się, że nic mi po przemyśleniach, których nie mogę
skonfrontować z rzeczywistością. Których nie mogę zestawić z innymi punktami
widzenia, systemami wartości, gustami. Przecież dopiero w ten sposób dochodzi
się do zdania na jakiś temat – zestawiając wiele różnych punktów widzenia ze
swoją własną wiedzą, intuicją, przekonaniami i doświadczeniami. W ten sposób
można również dowiedzieć się nieco o sobie – tak, oglądanie swojego odbicia w reakcjach
innych bywa pomocne, jesteśmy dorosłymi ludźmi, przestańmy się krygować i w
końcu to przyznajmy.
Na koniec najważniejsze. Coś, co
tłumaczy zachowanie celebrytów na Instagramie i innych portalach społecznościowych,
coś co wyjaśnia, dlaczego tak chętnie spamujemy na fejsie ulubionymi piosenkami
i zdjęciami zagraconych biurek, książek i jedzenia – samodzielne prezentowanie
swojego życia, nawyków, najogólniej mówiąc, siebie, wytrąca ludziom z ręki ważną
broń – pomawianie. Tak, poniekąd, może nawet trochę podświadomie, sami uchylamy rąbka tajemnicy, aby nikt nie musiał robić
tego za nas. Czy nie pozwala to właśnie na stworzenie sobie prywatnej
kryjówki, o której nikt nie może się dowiedzieć?
Szczere Kocisko
Nie doszukiwałabym się takich filozofii w dziesiątej selfie z kibla wstawionej danego dnia na instagrama.
OdpowiedzUsuńMnie zmęczyło wypisywanie swoich potworków na blogu. Dalej piszę, ale jestem w stanie już sama stwierdzać, co jest lepsze, co gorsze. Bo sztuka ma to do siebie, że twórca może jechać tylko na słowach innych, że "nie znam się, właściwie to mi się to nie podoba, ale głupio się przyznać, to powiem, że piękne i głębokie". A, niestety, taka sztuka to dla mnie nie sztuka.
Ekshibicjonizm ma różne twarze. Znasz bloga Fridy? autoportretodczuwalny.blogspot.com . Dziewczyna pisze bez ogródek o wszystkim, ale jest w tym niesamowita i szczera. Bo czasem, jak przeglądam blogi, to wydaje mi się, że autorzy udają albo są zwyczajnie wnerwiający, bo z ich ekshibicjonizmu nic nie wynika. Fajnie, ubrali się w sukienkę w zielone kropki i różowe buty. Ja mogę dopisać do tego filozofię, może oni właśnie na to liczą?
Utrzymuję się z pisania komentarzy i widzę, że ciągle na moim profilu przybywa odwiedzin. Moje konfrontowanie różnych punktów widzenia odbywa się z tego poziomu. I jest fajnie :)