Nie zawsze muszę być najlepsza. Albo
chociaż tak dobra, jak w poprzednim wpisie. Naprawdę, podsumowując swój rok,
naładowałam się bardzo pozytywną energią, która poszła dalej. I to było super!
Wiecie, przepływ. Ale z początkiem nowego roku, na przekór wszystkim zabierających
się właśnie za swoje nowe wspaniałe życie, siadłam. Jak zakalec. Tak, jestem
zakalcem.
I wiecie? Jestem sobie zakalcem,
ale doskonale wiem, że niczego mi nie brakuje. W dalszym ciągu mam
przecudownych przyjaciół, świetny rok za sobą, szanse na wiele następnych świetnych
lat. W dalszym ciągu staram się realizować swoje cele i nie odpuszczać, w
każdym razie, nie całkowicie. Ale przez chwilę nie chce mi się uśmiechać. Moje
upragnione dni wolne właśnie się kończą, a ja mam wrażenie, że absolutnie nie
potrafiłam dobrze ich wykorzystać. To nic, że przez te dwa tygodnie spotykałam
się z ludźmi, naprawdę sporo czytałam, ćwiczyłam, upiekłam najlepsze babeczki w
życiu, kupiłam wreszcie buty na studniówkę (wow, co nie?), to nic, bo czuję się
naj zakalec. Bo nie mam pomysłów, bo nigdzie nie udało mi się wyrwać i z każdym
dniem czuję się coraz mniej gotowa na maturę. Kurczę, chciałabym wrócić do
mojego podejścia do tego tematu z wakacji. Możliwe, że to byłaby nawet mądra
opcja. Naprawdę, zostawianie uczniów na święta z myślami o tym, jak
beznadziejne poszły próbne i jak trzeba będzie zmierzyć się z niezadowoleniem
ze strony nauczycieli, nie było dobrym pomysłem.
Uwielbiam celebrowanie,
rytualiki, niegroźne zaklinanie rzeczywistości – będę to powtarzać do zdechu.
Nie przemawiają do mnie argumenty, że niby od tego przestaje się działać lub,
co gorsza, myśleć. Ważna jest dla mnie przepyszna zielona herbata w tymi
wszystkimi pąkami róży, pieprzem, wanilią, jeżynami, ważna jest dla mnie kawa z
kawiarki. I ważne są dla mnie pyszne,
słodkie śniadania. Albo chociaż ładne kanapki. I to, jak kroję ananasa. Chodzi
przede wszystkim o wagę, jaką przykładamy do codzienności, o niebylejakość. Jak
się pozwoli na bylejakość to momentalnie robi się na świecie brzydziej. Ale uwaga,
zdaję sobie sprawę z tego, że trzeba też czasem odpuścić. Posmutnieć. Pobyć
niezadowolonym. Pomarnować trochę czasu. I pożałować, i pocierpieć.
I, że to wszystko tylko po to,
aby mieć powód do wzięcia się w garść. Aby się uprzeć i przyoszczędzić raz i drugi
na śnie, dla odmiany wydłużając dni-nie-na-zmarnowanie. I żeby pomyśleć sobie,
że ok, pewnie nigdy nie będę Poświatowską, ale mogę próbować być chociaż w
połowie tak pracowita jak ona w Northampton. Prawda?
Szczere Kocisko
![]() |
| Smutna Poświatowska, że niby na temat. |

Kurcze, jak ja dobrze znam to wredne uczucie. Zawsze pojawia się u mnie przy dniach wolnych. Szkoła odbiera mi radość życia, wciska w ramy, popędza, ale paradoksalnie dzięki temu cieszą mnie nadrobniejsze rzeczy, nagle umiem świetnie wykorzystać każde 10 sekund życia i mam jasne cele, mam coś, dla czego jestem zmęczona, do czego dążenie radośnie odbiera mi siły witalne. Ale samo dążenie w sobie jest piękne. Czas wolny mnie rozleniwia i źle wpływa na psychikę.
OdpowiedzUsuńZgadzam się z Toba, że to, w jaki sposób kroisz ananasa jest ważne. Ale dla mnie dlatego, że lubię sobie uciekawiać życie-pilnuję się, by za każdym razem kroić ananasa inaczej i obejrzeć sobie inna kamienicę, idąc do szkoły.
Nie mam pojęcia, jak Ty możesz się bać matury, naprawdę. Ale okey, najwyraźniej trochę się pobać w życiu musimy.
I posmucić też. Wychodzę z załozenia, że kilka elementów życia jest już przypisanych odgórnie każdemu człowiekowi i bez sensu jest z nimi walczyć.
pozdrawiam
Tak, czas wolny jest potrzebny jako motor działań (choć to smutne), ale niemożliwym jest pogodzenie tego, co się nam o nim marzy z rzeczywistością. Choć są wyjątki.
UsuńI cieszę się, że nie tylko ja uważam krojenie ananasa za tak ważną czynność :) wkurza mnie to,jak ludzi utopieni w swojej rutynie nie widzą w ogóle świata dookoła, tylko jakąś, łatwą do ochrzaniania, nudną wersję i śmią twierdzić, że życie jest ciężkie i nie ma czasu na błahostki. Okropne bzdury!
Jeśli chodzi o maturę - boję się jedynie fizyki, z której, mimo dobrych ocen i tego, że naprawdę się uczyłam na bieżąco i dużo, nic kompletnie nie pamiętam. Nic. A najśmieszniejsze jest to, że i tak idę na studia bez rekrutacji, bo mój kierunek uwzględnia finalistów z polskiego :P Więc do dla mnie sprawa czysto ambicjonalna :D
To całkowicie normalne uczucie, każdy go chyba doświadcza, niemożliwe jest, żeby być produktywnym człowiekiem przez 100% czasu - to sinusoida i choć te "doły" są frustrujące, to jednak nie ma innego wyjścia, jak tylko pogodzić się z ich istnieniem. Nie ma "dni zmarnowanych", są tylko "dni na przeładowanie broni" :)
OdpowiedzUsuńŁadna myśl z tym ładowaniem broni! Będę musiała zapamiętać :)
UsuńMi przypływ energii jest cholernie potrzebny. Oj tak!
OdpowiedzUsuń