Jestem poranną bestią.
Jest nas niewiele. Albo bardzo dobrze się maskujemy. W
tłumie studenciaków, dla których rano wypada w południe, nasz głos jest
niesłyszalny, musimy się więc adaptować i szukać rozwiązań, które pozwolą nam
jak najlepiej wykorzystać dzień. No i ten boski poranek.
Nie wiem, czy poranną bestią się rodzi, czy zostaje.
Możliwe, że jedno i drugie. Będąc mała, musiałam wstawać w okolicach szóstej i
najfajniejsze było dla mnie budzenie się jesienią i zimą o ciemności, bo wtedy wszystko brzmiało inaczej i w ogóle kryło w
sobie jakąś zagadkę i jakąś wyższość nad śpiącym światem. Mam w sobie trochę z
Muminka, który obudził się i zaczął poznawać swój świat, gdy jego rodzina
smacznie sobie zimowała. Dopiero w liceum mieszkałam na tyle blisko szkoły, by
móc wstawać później. Jednak, kiedy wypadało, że musiałam się pouczyć, chciałam
poczytać, wiedząc, że później nie będzie na to czasu bądź trochę poćwiczyć,
wstawałam nawet o piątej. I puchłam z dumy, jaka jestem obowiązkowa i silna.
Głupiutkie, infantylne, ale chyba nic z tym złego.
Wczesne wstawanie, wcześniejsze niż zwykle, często też
oznaczało przygodę. Nad ranem wstawało się, by jechać na zawody, wyruszać w
podróże, wychodzić ze strefy komfortu. To często był stres, trema i ekscytacja,
ale w takim wydaniu, jakie bardzo lubię. Wstawanie o jakieś szalonej godzinie
nigdy nie było dla nie problemem. Przystawałam na nie – i w dalszym ciągu przystaję
– z radością. Nie potrzebuję ekstremalnych wrażeń, by czuć się ekstremalnie,
taka jestem ekonomiczna.
Poranek to dla mnie procedura wyliczona co do minuty. Ale nie,
nie lecę na automacie, na ślepo, na zombie. To bardziej rytuał. Me-time z którego nie potrafię
zrezygnować, nie kończąc sfrustrowana. Codzienne święto porannej bestii.
Poranna bestia nie musi pić kawy, pije ją kiedy ma na nią ochotę. Bardzo ją
lubi, ale nie należy do niej. Do kawy należą trzęsące się ręce i nieprzyjemne kołatanie
serca.
Dałam sobie wczoraj wmówić, że śpiąc dłużej, odpocznę
bardziej i że jest mi to do czegokolwiek potrzebne. Wyobraźcie sobie, jaki
niedoczas teraz czuję. Choć właściwie, realnie go nie ma, gdyby był, nie
siedziałabym teraz i nie pisała. Czegoś jednak brakuje. Tej jednej godziny,
która jest bezkarnie moja i gdzieś mi się dziś zgubiła.
Kto zrozumie poranną bestię?
Brak komentarzy: