Pomijając wszystkie te momenty, w których moje studia zdają
się robić wszystko, aby mnie sfrustrować, zaczynam zdawać sobie sprawę z tego,
że czasem narzekam na nie niewspółmiernie do realnych trudności, jakie mi
nastęczają. A w zasadzie, trudności, jakich się spodziewałam w dalszym ciągu
nie nadchodzą. Nie żebym jakoś nie mogła się ich doczekać. Po prostu zauważam i
oddycham w ulgą. Może trochę kraczę.
W momencie, kiedy na zajęciach z psychologii poznawczej
pokończyły się wszelkie projekty, badania i prezentacje, którymi zajmowaliśmy
się przez większość czasu, pojawiło się coraz więcej ciekawych zagadnień. Szczególnie tych związanych z
temperamentem, osobowością, różnicami indywidualnymi oraz ich wpływem na
obierane strategie poznawcze. Fajnie. Po pierwsze –dlatego, że już nieco na ten
temat wiedziałam. Przygotowując się na oba konkursy psychologiczne, w których
brałam udział, poznałam Wielką Trójką, Wielką Piątkę, regulacyjną teorię
temperamentu, wyuczoną bezradność Seligmana etc. Po drugie – bo dobrze jest sobie czasem (a w
zasadzie – możliwie jak najczęściej) przypominać o tym, że nasze różnice wcale
nie stanowią o tym, że ktoś jest lepszy lub gorszy.
Moim głównym zadaniem na teraz jest bycie dla siebie dobrą,
bo im lepsza będę dla siebie, tym lepsza będę w ogóle. Oczywiście, pobłażanie
sobie nie wchodzi tu za bardzo w grę, tu zupełnie nie o to chodzi. Staram się
po prostu podejmować dobre decyzje, wybierać to, co może przynieść mi coś
dobrego, ale także nie biczować się za momenty lenistwa, smutku, gniewu,
wątpliwości. Wtedy zatrzymuję się, czekam, próbuję rozwiązać problem lub
odwrócić swoją uwagę od niego, idąc na spacer, gotując, rozmawiając, czytając,
słuchając muzyki, ćwicząc. Mam wrażenie, że dobrze mi idzie.
Wczoraj pisałam swój pierwszy ważny egzamin. No, nawet nie
egzamin, bo tylko test, ale za to z anatomii układu nerwowego, którą straszyli
nas od początku studiów nieprawdopodobnie. Myślałam, że będę się bardzo, bać,
że strach mnie sparaliżuje, że nie będę mogła słuchać tego, co inni wygadują
zwykle w takich okazjach przed wejściem do sali…
Ale, ale… Okazało się, że tego dnia było przepiękne słońce.
Że było naprawdę ciepło, ładnie, że niebo było błękitne. Że zjadłam przepyszny
obiad, comfort food najlepszego
rodzaju – gotowane na parze bataty i osssstre guacamole. Robił się tak szybko, że wyszedłwszy z zajęć
o trzynastej, za dziesięć druga siedziałam już na łóżku pałaszując pyszny,
karmelowy miąższ słodkich ziemniaków (w ilości 650g, ha!) i pikantną,
jedwabistą pastę z awokado.
Nie możecie sobie wyobrazić, jak dobrze mi było.
Brak komentarzy: