Bardzo się
podekscytowałam ostatnią zapowiedzią zmian na blogu. Twardo postanowiłam,
że choć sobota nie była dniem idealnym, niedziela musi poradzić sobie na tym
polu znacznie lepiej, a raczej, że ja muszę sobie tego dnia lepiej poradzić. No
jasne, udało się, co się miało nie udać.
Przede wszystkim,
nie pozwoliłam sobie zaspać. Moja poranna rutyna jest mi tak bardzo potrzebna,
że czterdziestominutowe opóźnienie rozwala mi cały dzień. Zrobiłam sobie pyszne
śniadanie (być może, gdy popracuję nad jego stroną estetyczną, też tu trafi),
pouczyłam się, poszłam na spacer. Zwykłe życie. Potem zrobiłam mi obiad. A obiad
zrobił mi dzień. Autentycznie!
Zaznaczę, że
nigdy wcześniej nie gotowałam brukselki. Nie pamiętam nawet, kiedy poprzednio
miałam okazję ją jeść. Kaszy gryczanej też jeszcze nigdy sama nie gotowałam.
Wiadomo, jest to czynność banalna, jednak nie o samą czynność tu chodzi, raczej
o składniki jako materiały, z których coś tam sobie czaruję.
Warto
wspomnieć też, że tak naprawdę gotować nauczyłam się dopiero tutaj, w Toruniu.
Sama na sobie, w większości przypadków. Nie polegam na przepisach, prędzej
czymś się inspiruję, niż odtwarzam. Staram się przyglądać ulubionym blogom
kulinarnym, profilom na insta oraz artykułom w Kukbuku, po jakie składniki
warto w danym momencie sięgać. Próbuję. Gotuję bez zwierzątek, bez cukru (ale
melasa i miód – spoko!) i bez piekarnika. Tak, brak piekarnika czasem mi
przeszkadza.
Tym razem wymyśliłam sobie podsmażoną
brukselkę z kaszą gryczaną i sosem malinowym.
Ugotowałam
100 gramów kaszy gryczanej – tu akurat nie ma żadnej filozofii.
Brukselkę (około
350g) oczyściłam ze wszelkich niejadalności, przekroiłam na pół i wrzuciłam wraz
z połówką ząbka czosnku pokrojoną w cienkie plasterki na rozgrzaną patelnię
skropioną odrobiną oliwy z suszonych pomidorów. Po chwili uznałam, że to bez
sensu i zalałam brukselkę odrobiną wody. Woda sobie odparowywała, ja dolewałam
więcej, brukselka zaczynała wyglądać i pachnieć coraz bardziej apetycznie.
Przypomniałam sobie, że wypadałoby ją przyprawić. Sięgnęłam po odrobinę soli,
pieprz, czarnuszkę i kurkumę. Kurkuma okazała się idealna. Co jakiś czas mieszałam
brukselki duszące się radośnie na patelni, w końcu postanowiłam dać im
odpocząć, zmniejszyć pod nimi ogień, przykryć je pokrywką. I stała się magia.
Brukselki były już idealnie mięciutkie i delikatnie i zaczęły się podsmażać. Z
resztą, widać to na zdjęciach. Ale uwierzcie, byłam zachwycona!
W
międzyczasie przygotowałam syrop malinowy. Garść mrożonych malin, które już
zdążyły sobie odstać kilka godzin, zalałam odrobiną wodą i dodałam resztkę
substancji słodzących, jakie miałam jeszcze zachomikowane – miodu i melasy
winogronowej. Zagotowałam, zredukowałam, maliny pięknie rozpadły się na
poszczególne ziarenka. Polałam nim brukselkę, kiedy już w towarzystwie kaszy
czekała grzecznie na talerzu.
Był to zdecydowanie
udany eksperyment. O ile w dni robocze sięgam częściej po comfort food, po
połączenia sprawdzone, często wymagające jedynie minimalnej obróbki termicznej
(kuskus tu wygrywa), możliwe do przygotowania w 15 minut i nie pozostawiające
po sobie bałaganu, tak w weekendy lubię sprawdzać, eksperymentować, sięgać po
składniki, których nie znam lub które znam i uwielbiam, ale których
przygotowanie jest czasochłonne (czyt. bakłażan!).
No, to co
myślicie?
Brak komentarzy: