Teraz będę opowiadać, dlaczego jestem w miarę możliwości
spokojna. Fajnie, co?
Był w tym tygodniu taki dzień, wtorek, kiedy od rana nie
udawało mi się nic a nic. Złamałam paznokieć, śniadaniowa jaglanka postanowiła
wykipieć, zasnęłam czytając Chalmersa na filozofię, zbyt późno wyszłam z domu i
spóźniłam się na wykład z mojej ulubionej lingwistyki kognitywnej, nie zastałam
pani administrującej budynkiem wydziału i nie zarezerwowałam sali na egzaminy. Było
zimno, brakowało słońca, fujć. Sęk w tym, że z każdą rzeczą, która poszła nie po
mojej myśli, wpadałam w coraz lepszy humor – świadomość, że kolejnej
przeszkodzie nie udało się mnie złamać jest naprawdę super. Tydzień wcześniej
pewnie łkałabym gorzko i przeklinała tę
całą kogni…
Tyle że, uwaga, to też bywa potrzebne. Jestem tego świadoma
i pewnie gdzieś tam głęboko w jakiś sposób to lubię albo chociaż. Straszenie
się, że nic się nie uda, męczenie się, mówienie sobie, że nic z tego nie wyjdzie
i że najlepiej to byłoby przestać robić cokolwiek. Bo potem trzeba się wziąć w garść
i udowodnić sobie, jak bardzo się myliło, jak wiele potrafi się zrobić, jak
szybko pewne rzeczy ogarnąć, jak sprawnie, jak dobrym systemem. Nie można cały
czas w siebie wierzyć. Iść cały czas miarowym krokiem naprzód jak maszynka. Być
jak perpetuum mobile, mieć nieskończone pokładu energii i żadnych wątpliwości co do swojej
kompetencji.
Nie lubię nikomu niczego udowadniać. Nie muszę. Najbliżsi
nigdy we mnie nie wątpili. Nauczyciele nigdy we mnie nie wątpili. Nigdy nie
trzeba mi było stawać w opozycji do tego rodzaju ludzi, toteż nie wykształciłam
nawyku – to ja im wszystkim pokażę.
To sobie muszę pokazywać, sobie udowadniać, ze sobą wojować i… nad sobą
pracować.
Zdaję sobie sprawę, że to podejście ma wady, kosztuje mnie i
moje otoczenie w pewnych momentach sporo energii i prawdopodobnie nie jest
najlepszym wyjściem. Ale dużą wagę przykładam do tego, aby jak najwięcej było zrobione
zawczasu. I to pozwala mi na oddech, kiedy tego rzeczywiście potrzebuję, kiedy
inni mogę zaczynać już wpadać w popłoch, jak mało jeszcze zrobili. Nie życzę
nikomu źle, ale daje mi to nieco satysfakcji.
Nie lubię momentu, w którym zaczynam wierzyć w to, że sukces
należy nie do tych, którzy pracują ciężko i wkładają w to serce, ale do
kombinatorów, który wiedzą z kim zagadać, gdzie się obracać i ile rzeczy bezkarnie
zaniedbać. Ja nie wiem, przyznaję. Nie chcę wiedzieć i naprawdę, naprawdę nie
chcę sprawdzać. Chcę dawać z siebie wszystko. Chcę pokonywać przeszkody i być z
siebie dumna. Chcę, aby to, co robię, coś znaczyło. Chociaż dla mnie. Chcę
działać tak w takim zakresie w takich obszarach, jakie sama sobie uznam za
stosowne. Choć teraz wydaje mi się to bardzo odległe, jeszcze zdarzą się
momenty, kiedy będę mogła się poobijać. Z własnego doświadczenia wiem, że mi
wiele czasu na to nie potrzeba. Dla przykładu, dwa dni na hamaku pomiędzy
drzewami i zapominam o miesiącach ciężkiej pracy. Więc jestem spokojna.
Brak komentarzy: