Kilka lat temu pisałam, no chociaż próbowałam pisać tu o fomo. O strachu, że coś nas ominie. I byłam
niezwykle naiwna, myśląc, że chodzi tu o kompulsywne odświeżanie Facebooka i
scrollowanie 9gaga… Okazuje się jednak, że dopiero teraz zaczynam rozumieć, co
to znaczy być na wirtualnej smyczy.
Nie mam problemu z tym, że nie mogę kogoś złapać na
Facebooku. Że kogoś zwyczajnie nie ma. Mogę poczekać, czasem nawet tak jest
lepiej, bo daje to pretekst do zajęcia się własnymi sprawami. Nie mam problemu
ze sprawdzaniem, co tam u moich ulubionych blogerów i tego, co się dzieje w
zewnętrznym świecie. To znaczy – nie czuję takiej konieczności. Nie żebym w
ogóle nie poświęcała temu czasu, jasne, że lubię, jak od czasu do czasu
wciągnie mnie newsfeed – czasami jest to nawet zjawisko pożyteczne i
rozwijające. No bo hej, w gruncie rzeczy to my sami i nasze wybory kształtujemy
ten twór i to od nas zależy, jakie treści będą się nam ukazywać. Rządzimy
lajkiem, okejką, niemalże jak Cezar (tak, wiem, że te gesty w rzeczywistości
wyglądały najprawdopodobniej zupełnie inaczej). Odpływania w stronę wykładów
TED, wegańskich przepisów i mądrych blogów nie uważam za coś zasługującego na
krytykę. No nieważne.
Wirtualna smycz, o niej tu miałam… Może to wynik mojej
nadgorliwości (mam za swoje), ciemna strona skrupulatności, sumienności i
dbałości o to, aby nie można było mi niczego zarzucić (tym bardziej mam za
swoje), ale nie potrafię zwlekać z reakcją na jakąkolwiek prośbę wystosowaną w
moim kierunku, na głupie pytanie, na pojawiające się co rusz wątpliwości.
Najchętniej – to znaczy, nie najchętniej, ale najbardziej automatycznie –
rzuciłabym wszystko, odpowiedziała, niewiadome zlikwidowała, jednocześnie klnąc
pod nosem i marudząc sobie na to, że ciągle ktoś czegoś ode mnie chce i nie
chcą mi dać spokoju te złe ludzie.
Tylko że halo, wcale nie. Nie jestem dla wszystkich i od
wszystkiego. Wręcz przeciwnie. Żyję sobie swoim światem, swoimi motywacjami,
swoimi planami i sama sobie organizuję rzeczywistość, mam więc jak najlepsze
podstawy do tego, by oczekiwać, że inni również potrafią zadbać o siebie i swój
interes. A ja nie mam obowiązku reagować natychmiast. Nic nie się stanie, jeśli
poczekają te dziesięć minut. Prawda?
Prawda! I powinnam starać się wzmacniać w sobie tą
świadomość i przeświadczenie, że mój własny czas jest nie mniej wartościowy,
niż czas przypadkowych osób z problemem. Dziesięć głębokich wdechów.
Brak komentarzy: