![]() |
| Złe Kocisko, próbujące ukryć złe włosy |
Krąży po internecie i w literaturze taka opinia, jakoby kobieta, zmieniając swoją fryzurę, manifestowała zmiany, które zachodzą w jej życiu, światopoglądzie, sercu. Coś w tym niewątpliwie jest. Moim zdaniem jednak, nie chodzi tu o komunikat kierowany w stronę całego świata, że hej, jestem wolna/szczęśliwa/inna/dojrzalsza/mniej dojrzała/zagubiona czy cokolwiek w tym guście, ale o przekonanie siebie, że zmiana NASTĄPIŁA, że coś się zaczęło, zmieniło, skończyło i że trzeba o tym pamiętać. Że trzeba to trochę celebrować, nie przechodzić tak od razu do porządku dziennego.
I kiedy nadszedł moment, w którym uznałam – chcę mieć włosy jak Daisy Buchanan w nowym „Gatsbym” skrzyżowana z Louise Brooks, skrzyżowana z Eleną Tonrą z zespołu Daugther (do której mi chyba wizualnie najbliżej, ze względu na epokę chociażby, mimo że usilnie staram się być nieco anachroniczna) nie poczekałam nawet dwóch dni, tylko siadłam na tym niewygodnym, fryzjerskim krześle, zademonstrowałam zdjęcia i po chwili pozbyłam się tego niepotrzebnego balastu w postaci kilkudziesięciu centymetrów tych nitkowatych tworów naskórka, uznawanych w naszym społeczeństwie z niewiadomego powodu za ładne. Było przegenialnie! Włosy fajnie „skakały” tył był króciutki, reszta lekko za brodę, żadnego niepotrzebnego cieniowania, grzywka nietknięta. Szkoda, że następnym razem ta sama fryzjerka nie potrafiła już powtórzyć tego efektu. Zapytała robimy znów taki garnuszek?, ja wydukałam, że tak, ale garnuszek wyszedł już zupełnie inny. Brakowało mu bowiem lekkości, struktury, z której byłam tak dumna, no i… symetrii!
Tydzień temu poszłam ciąć się po raz kolejny, bo od początku roku szkolnego zarosłam jak stary rower w krzakach. I dopóki włosy były mokre, pracę miłej, roześmianej pani oceniałam pozytywnie. Aż zaczęła mnie suszyć i… chwyciła za nożyczki do cieniowania. Ałć. Zrobiła ze mnie Kiwaczka bez uszu (ja wiem, że i tak wyglądam jak tenże stworek), ewentualnie kota w czapce z grejpfrutowej skórki. Jeszcze tego samego wieczoru sama sięgnęłam po nożyczki, bynajmniej nie fryzjerskie, i z pomocą mojej mamy zaprawiłam nieco… to coś.
I teraz – o co mi chodzi? A no o to, że nie rozumiem, dlaczego dziewczyny z internetu mają trzy razy większą wiedzę na temat tego, jak i co się z włosami robi, niż panie trudniące się fryzjerstwem. Dlaczego, kiedy wiadomo, że nie lepiej włosów nie cieniować, robią to? Dlaczego, kiedy klient wie dokładnie czego chce i jaki będzie uzyskany efekt, olewają go? Dlaczego tną, jakby zapatrzyły się na katalogi z samego początku XXI wieku, który moim zdaniem był najgorszym stylistycznie, najbardziej wieśniackim momentem kiedykolwiek?
Sytuacja podobna, jak z opisywanymi przeze mnie w poprzednim wpisie przewodnikami. Tak, jak oni, mogą nie mieć gustu, mogą być niezainteresowane/ni (choć zauważyłam, że faceci fryzjerzy są z jakiegoś powodu chyba trochę lepsi) swoją pracą, mogą lecieć mają w głębokim poważaniu klienta i mieć nadzieję, że swoim donośnym głosem, śmiechem i ekspansywną osobowością odepchną od siebie wszelkie pretensje i zatuszują swoje błędy.
Co mi pozostaje? Prosić o jak najprostsze cięcie, wracać do domu i przez następne dni nanosić poprawki, sprawdzać, jak włos zachowuje się sam z siebie, jak się układa i… czym można zamaskować przedmiot swojego niezadowolenia. Tak, ostatnio kupiłam sobie wałki i kręcę niechlujne loki… Jest lepiej!

Jak ja znam ten problem...Wizyty u fryzjera niszczyły mi życie regularnie. Bowiem w tej sprawie zachowuję się jak typowa kobieta i muszę coś fryzurą manifestować. jako dzieciak nosiłam długie kudły z prostą, grubą grzywką przez które wyglądałam jak pyzaty przymuł, do tego strzygła mi ową grzywkę mama, której nożyczki wręcz gięły się i tańczyły w rękach. Po pierwszej komunii pocieniowałam włosy i skróciłam do ramion, przez co wyglądałam na pyzata, ale już nie taki przymuł. Potem coraz krócej i krócej, tak jak ty i wreszcie na chłopaka- to był jedyny raz kiedy wróciłam od fryzjera uradowana jak wiewiórka po orzechach. I oczywiście więcej już tego efektu nie uzyskałam...
OdpowiedzUsuńPrzez trzy lata włosy urosły mi do łopatek, ale strzygę się sama. Nie mam siły i kasy na fryzjerów, a mojej urody i tak nie uratuje kunsztowne ścięcie słabowitych drucików zwanych włosami. Staję z nożyczkami przed lustrem, chwytam te kłaki które mi się nawiną i tnę. Taki punk i samowolka, zawsze mogę wytłumaczyć...
Ja chyba nigdy się z grzywką nie rozstanę :D przez rok, w pierwszej liceum, nosiłam ją zapuszczoną, ale look na pyzatego dzieciaka jest chyba bardziej odpowiedni do mojej osobowości :D
Usuńod ponad 3 lat nie chodzę do fryzjera. Lubiłam się ścinać, tak jak Ty na krótko ale moje włosy rosną bardzo szybko wiec fryzura wymagała ciągłego odświeżania. Z drugiej strony takie włosy jak moje lekko kręcone, lekko falowane dobrze wyglądają w wersji długiej i przede wszystkim poza umyciem nie wymagają większych ruchów. Nie wiem ile razy zostałam skrzywdzona wycieniowaniem na pazia (gdy przecież powtarzałam bez cieniowania!) o krzywych cięciach nie wspomnę ... W moim mieście jest szkoła technikum fryzjerskie. Dużo dziewczyn tam idzie. Kiedyś jedna z nich mnie ścięła z nóg, bo nie wiedziała jak się robi warkocza dobieranego O.o I to w klasie maturalnej tego nie wiedziała ...
OdpowiedzUsuńU nie chyba też jest taka szkoła... No niestety i tu nic z tego nie wynika :/
UsuńMoże dlatego, że większość fryzjerek szkolonych jest w PRL'owskim stylu w szkołach fryzjerskich, nieliczne stać na szkolenia etc. Poza tym myślę, że trzeba chcieć, większość z nich poszła do takiej szkoły, bo nie mają pomysłu na życie ani na siebie, niestety.
OdpowiedzUsuńNie byłam u fryzjera chyba już z kilka lat. Ścina mnie sąsiadka na moich rodzinnych Mazurach a i to nie zawsze, końcówki podcina mama. Nic poza tym. Nie ufam fryzjerom po prostu, bo aż za dobrze wiem, jak to wszystko wygląda w rzeczywistości... Niestety.
No tak, dobrzy fryzjerzy z takich szkół to rzadkość... A jak się już trafią, to szybko uciekają do większych miast lub liczą sobie trzy razy więcej niż przeciętnie.
UsuńChyba też muszę znaleźć kogoś zaufanego, kto będzie mnie ścinać ;)
Powiem Ci, że też mam problem z fryzjerami, chociaż akurat włosy mam przeraźliwie długie. Głównym problemem, którego nie mogą zrozumieć moi fryzjerzy, jest to, że mam kudły całkowicie proste i z lubością poddające się grawitacji, przez co zmuszona jestem je cieniować - w przeciwnym razie wyglądam jak Samara. Dobrze pocieniowane włosy miałam raz (!), na samym początku. Potem zaczęły się problemy. Za pierwszym "podcięciowym" razem miła pani ścięła połowę, zostawiając jakieś smętne pióra, za drugim podcięła ze trzy centymetry, a i to nie na całej długości, więc za miesiąc wyglądałam jakbym w ogóle nie była u fryzjera. Tłumaczyłam, prosiłam - guzik. No i teraz nie wiem, co robić: czekać, aż urosną na tyle, że najkrótsze pasma zrównają się z najdłuższymi, czy eksperymentować z fryzjerami? No i odwieczne pytanie: czy posiadanie prostych jak druty włosów, które mają ujemną wręcz tendencję do skrętu, jest naprawdę abstrakcją dla fryzjera?
OdpowiedzUsuńSzkoda, że się nie kręcą, a zwisają smętnie, bo ani tych włosów złapać nie można, ani rozpuszczonych nosić...
Wychodzi na to, że początki zwykle są spoko, a potem fryzjerom przestaje wychodzić :P
Usuń