8 komentarzy:

  1. Jak ja znam ten problem...Wizyty u fryzjera niszczyły mi życie regularnie. Bowiem w tej sprawie zachowuję się jak typowa kobieta i muszę coś fryzurą manifestować. jako dzieciak nosiłam długie kudły z prostą, grubą grzywką przez które wyglądałam jak pyzaty przymuł, do tego strzygła mi ową grzywkę mama, której nożyczki wręcz gięły się i tańczyły w rękach. Po pierwszej komunii pocieniowałam włosy i skróciłam do ramion, przez co wyglądałam na pyzata, ale już nie taki przymuł. Potem coraz krócej i krócej, tak jak ty i wreszcie na chłopaka- to był jedyny raz kiedy wróciłam od fryzjera uradowana jak wiewiórka po orzechach. I oczywiście więcej już tego efektu nie uzyskałam...
    Przez trzy lata włosy urosły mi do łopatek, ale strzygę się sama. Nie mam siły i kasy na fryzjerów, a mojej urody i tak nie uratuje kunsztowne ścięcie słabowitych drucików zwanych włosami. Staję z nożyczkami przed lustrem, chwytam te kłaki które mi się nawiną i tnę. Taki punk i samowolka, zawsze mogę wytłumaczyć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja chyba nigdy się z grzywką nie rozstanę :D przez rok, w pierwszej liceum, nosiłam ją zapuszczoną, ale look na pyzatego dzieciaka jest chyba bardziej odpowiedni do mojej osobowości :D

      Usuń
  2. od ponad 3 lat nie chodzę do fryzjera. Lubiłam się ścinać, tak jak Ty na krótko ale moje włosy rosną bardzo szybko wiec fryzura wymagała ciągłego odświeżania. Z drugiej strony takie włosy jak moje lekko kręcone, lekko falowane dobrze wyglądają w wersji długiej i przede wszystkim poza umyciem nie wymagają większych ruchów. Nie wiem ile razy zostałam skrzywdzona wycieniowaniem na pazia (gdy przecież powtarzałam bez cieniowania!) o krzywych cięciach nie wspomnę ... W moim mieście jest szkoła technikum fryzjerskie. Dużo dziewczyn tam idzie. Kiedyś jedna z nich mnie ścięła z nóg, bo nie wiedziała jak się robi warkocza dobieranego O.o I to w klasie maturalnej tego nie wiedziała ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nie chyba też jest taka szkoła... No niestety i tu nic z tego nie wynika :/

      Usuń
  3. Może dlatego, że większość fryzjerek szkolonych jest w PRL'owskim stylu w szkołach fryzjerskich, nieliczne stać na szkolenia etc. Poza tym myślę, że trzeba chcieć, większość z nich poszła do takiej szkoły, bo nie mają pomysłu na życie ani na siebie, niestety.

    Nie byłam u fryzjera chyba już z kilka lat. Ścina mnie sąsiadka na moich rodzinnych Mazurach a i to nie zawsze, końcówki podcina mama. Nic poza tym. Nie ufam fryzjerom po prostu, bo aż za dobrze wiem, jak to wszystko wygląda w rzeczywistości... Niestety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, dobrzy fryzjerzy z takich szkół to rzadkość... A jak się już trafią, to szybko uciekają do większych miast lub liczą sobie trzy razy więcej niż przeciętnie.
      Chyba też muszę znaleźć kogoś zaufanego, kto będzie mnie ścinać ;)

      Usuń
  4. Powiem Ci, że też mam problem z fryzjerami, chociaż akurat włosy mam przeraźliwie długie. Głównym problemem, którego nie mogą zrozumieć moi fryzjerzy, jest to, że mam kudły całkowicie proste i z lubością poddające się grawitacji, przez co zmuszona jestem je cieniować - w przeciwnym razie wyglądam jak Samara. Dobrze pocieniowane włosy miałam raz (!), na samym początku. Potem zaczęły się problemy. Za pierwszym "podcięciowym" razem miła pani ścięła połowę, zostawiając jakieś smętne pióra, za drugim podcięła ze trzy centymetry, a i to nie na całej długości, więc za miesiąc wyglądałam jakbym w ogóle nie była u fryzjera. Tłumaczyłam, prosiłam - guzik. No i teraz nie wiem, co robić: czekać, aż urosną na tyle, że najkrótsze pasma zrównają się z najdłuższymi, czy eksperymentować z fryzjerami? No i odwieczne pytanie: czy posiadanie prostych jak druty włosów, które mają ujemną wręcz tendencję do skrętu, jest naprawdę abstrakcją dla fryzjera?
    Szkoda, że się nie kręcą, a zwisają smętnie, bo ani tych włosów złapać nie można, ani rozpuszczonych nosić...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wychodzi na to, że początki zwykle są spoko, a potem fryzjerom przestaje wychodzić :P

      Usuń