Nie lubię słuchać pod koniec każdego roku, jak to się ludziom postanowienia nie ziściły, i że już nigdy nie postanowią nic, że głupie to to i
naiwne. No kurde, przecież to, co się z nami dzieje, co nas spotyka i co
osiągamy (szczególnie to!) zależy w dużej mierze właśnie od nas. Nie sztuką
jest zrobić coś z jakiegoś zewnętrznego powodu, bo nadarzyła się okazja, prawdziwą wartość ma
raczej działanie pomimo czegoś. Niesprzyjające warunki sprzyjają ważnym krokom,
tak myślę. I bez żadnej hiperbolizacji mogę stwierdzić – rok 2014 był dość…
specjalny. Przełomowy? I udało mi się spełnić prawie wszystkie postanowienia. Co
ciekawe, to był pierwszy raz, kiedy sobie coś wyraźnie postanowiłam...
Ćwiczyć regularnie. Regularnie to bardzo nieprecyzyjne określenie. Ruszałam
się przynajmniej dwa razy w tygodniu. W tym miesiącu udało mi się ćwiczyć
codziennie, jeść wedle potrzeb, nie z nudów i… od wakacji schudłam już cztery
kilo. Ciężko mi stwierdzić, czy to dużo, czy mało, ważne, że ja widzę różnicę,
i że po prostu przestałam przybierać.
Raz w miesiącu z kimś gdzieś wyjść. Szaleństwo, nie? Naprawdę, moim
marzeniem (!) rok temu była możliwość wyjścia na kawę z przyjaciółmi,
odwiedzenia kogoś, posocjalizowania się przynajmniej raz w miesiącu. Teraz to
się wydaje śmieszne, niemal co tydzień robię coś takiego, pozostając przy tym
niezbyt towarzyską i bardzo nieśmiałą, jednak w przeszłości bywało, że przez
kilka miesięcy nie widywałam się z nikim pozaszkolnie, czy „nadprogramowo”.
Zdobyłam cudownych przyjaciół!
Bawić się wyglądem. Brzmi dziwnie, ale cóż poradzę. I tak, jestem
obecnie o wiele bardziej zadowolona z tego, jak wyglądam, jak się ubieram.
Przez jakiś czas kombinowałam z kolorowymi tonerami do włosów, potem
drastycznie zmieniłam fryzurę i okazało się – w punkt. Nauczyłam się robić
bardzo ładne kreski. Obrabowałam szafę mojej babci i regularnie buszuję po
skandynawskim lumpeksie. Prawie całkiem zrezygnowałam z noszenia spodni. Czasem
wyglądam bardzo staroświecko, czasem jak hipster, a czasem jak przedszkolak. I
w ogóle jestem taka skromna.
Iść w pogo. Hej, co tu dużo mówić?
Zaśpiewać w szkole. Tak, bo w zeszłym roku jeszcze myślałam o
śpiewaniu. Już nie myślę, ale i tak się udało – na wieczorze rosyjskim, kto
widział, ten wie.
Robić sobie zdjęcia. Kolejne dziwne postanowienie. Kiedyś
reagowałam alergicznie na selfies, nie pozwalałam innym robić mi zdjęć i w
sumie trochę mi przez to umknęło. W dalszym ciągu nie poszłabym na sesję, może
kiedyś to tego „dojrzeję”, ale jest chyba o wiele lepiej. No, i mam śliczne
konto na instagramie!
Prowadzić kalendarz/pamiętnik. I tutaj właśnie najlepiej sprawdza się
instagram. Zapamiętuję dzięki niemu, co, kiedy i z kim, analizuję swoje stany
emocjonalne, mam niezłą bazę do wspominania, a trochę się tych wspomnień
namnożyło. Naprawdę sporo. Inni mają wgląd w mój „pamiętnik”? Jestem trochę
ekshibicjonistką, trochę szukam zrozumienia, a trochę tworzę wizję siebie
lepszej, takiej, jaką chciałabym być i tę wizję realizuję.
Tworzyć poezję, teksty, Kocisko. Rozwój tego bloga na przestrzeni roku
czasem zbija mnie z tropu. Szczególnie, jak patrzę w statystyki, jak okazuje
się, że ludzie mnie czytają, jak udzielam wywiadów (dobra, był tylko jeden, ale
to strasznie miłe!), jak dostaję propozycje współpracy z firmami (cicho bądź,
kocie!). Poezja – regularnie wysyłam swoje teksty na konkursy, mam już ponad 40
wierszy, które mogę bez żenady pokazywać, a jeśli ktoś będzie zainteresowany –
wydać. Bardzo mi miło, bo ostatnio coraz
więcej osób wysyła mi swoje teksty. Trochę szok, bo to oznaczałoby, że moja
opinia jest dla kogoś ważna, a poza tym, to wymaga chyba kawałka zaufania.
Naprawdę, wielkie wow i wielki przytulas. No i zaczęłam pisać opowiadania. W
styczniu jeszcze bym nawet nie brała tego pod uwagę – wszystko zaczęło się
dopiero w czerwcu! Po raz kolejny: szaleństwo.
Wygrać coś. Tak, postanowiłam sobie, że wygram „coś”. I „coś”
wygrałam – zostałam finalistką Olimpiady Literatury i Języka Polskiego, oraz
Turnieju Psychologicznego, jedno z moich opowiadań zdobyło wyróżnienie na Pigmalionie
Fantastyki, a inne – Grand Prix w tomaszowskim konkursie „O laur arbuza”. Wiecie już co? Szaleństwo!
Pozwalać sobie na dobre samopoczucie, śmiech, przyjaciół. To bardzo
smutne świadectwo przeszłości, nie? Teraz uważam, że mam dość fajne życie, dużo
śmiechu i powodów do śmiechu ,i po raz kolejny – kochanych przyjaciół. Takich
od gotowania i plotkowania, i snucia całkiem nieprawdopodobnych planów.
Dentysta. Ależ prozaicznie. Nigdy ani się dentysty nie bałam, ani
nie odwiedzałam go zbyt często – nie było potrzeby. Dzień Wizyty U Dentysty
wspominam jako jeden z najfajniejszych dni wczesnej wiosny. Pamiętam
powoli puszczające znieczulenie, smak wody kokosowej, siedzenie na ławce w
parku przez kilka godzin, pochłonięcie w całości książki o miejscu gier
komputerowych w kulturze, potrzebnej mi do olijp-u.
Lekarz. I znów – poszłam, i to nie raz, nawet szczepienie
przeżyłam, choć prawie udało mi się zemdleć ze trzy razy.
Koncert, zdarte gardło. Jeden? Zdarte gardło? Przecież ja
zaliczyłam nawet szok akustyczny! Co prawda, słucham teraz trochę innej muzyki
i nie zdzieram już z taką łatwością gardeł na koncertach, to byłam na wielu,
raczej niewielkich, i wspominam je świetnie. Na kogo poszłam w tym roku? Między
innymi: Curly Heads, Skubas, Król… Wiele niszowych spraw. Kilka koncertów filharmonicznych,
w tym cudowny Thomas Hampson.
I z czego jeszcze jestem
zadowolona? Prawie całe wakacje miałam kontakt ze sztuką, odbijałam się od
galerii do galerii i nie mam na myśli galerii handlowych. Picasso, Dali, Goya,
konceptualna sztuka tajska, sztuka indonezyjska, różne miejskie sprawy,
szczególnie mój Gorzów, Zielona Góra i Dolny Śląsk, ale też hipsterskie
popłuczyny i upupiona turystyka, o czym już w wakacje zdążyłam napisać. Masa
niszowych filmów! I w ogóle filmy. Choć nigdy nie będę oglądać po trzech dziennie
i uznawać się za znawcę, jestem zadowolona z mojej frekwencji w kinach
studyjnych i na festiwalach. I mnóstwo świetnej muzyki. Trochę od znajomych,
trochę przez przypadek, trochę przez
Spotify. Mam wrażenie, że słucham teraz dość nieoczywistych rzeczy i dość
fajnie je zestawiam. I książki. Od kwietnia przeczytałam już ze 43, jak to
wygląda w skali roku – nie wiem, wcześniej nie liczyłam. A teraz to nawet
zdarza mi się rzetelnie notować! I zapisywać cytaty! Szok!
Co mi się nieudało? Przede
wszystkim – ograniczanie internetu i
to postanowienie wędruje na następny rok. Bo im bardziej denerwuję się, gdy
ktoś patrzy na mnie z pobłażaniem i wzdycha „Uzależniona…” albo „Znowu ten
telefon”, tym bardziej wyraźny jest to znak, że trzeba coś z tym zrobić.
Cieszę się z tego, jak wyglądały dla
mnie ostatnie miesiące, ile się pozmieniało, ile znormalniało, a ile mi się uszczęśliwiło. Tak,
jest mi o wiele szczęśliwiej i tego samego Wam życzę! Rok 2015? Chciałabym znaleźć sobie dobre miejsce na świecie na następne parę lat, rozwijać to, co właśnie kiełkuje, pisać, pisać, coraz lepiej pisać, coraz szczęśliwiej żyć. No!
Szczere Kocisko
Aż miło poczytać, jak sie komus udało :D Serio, podobno ludzie są zawistni, ale mnie to chyba nie dotyczy.
OdpowiedzUsuńSama nigdy nie dzielę życia na lata kalendarzowe, tylko szkolne. Jakos większość przełomowych momentów w moim życiu miało miejsce w wakacje, i o wiele łątwiej mi też iść do następnej kalsy jako "nowa, lepsza" osoba, niż stawać się taką z 31 grudnia na 1 stycznia. Więc nowy rok to dla mnie data umowna i słuzy raczej uporządkowaniu, kto w tym roku umarł i co się działo w polityce ;) Ale nie mam postanowień i nie wpływa na zimowa noc na moje życie.
pozdrawiam :D
Właściwie uznaję oba podziały. Rok szkolny dzielę ponadto na trymestry, więc po trzy razy w roku mam okazję stać się systematyczną i dokładną :)
UsuńCieszę się, że miło, taki był plan :D
Pytanie i "krytyka"
OdpowiedzUsuńZastanawia mnie, dlaczego Twój post podsumowujący rok 2014 zawiera tyle pozytywów? (wykluczając ograniczenie internetu, ale mam wrażenie, że ten problem nie spędza Ci snu z powiek:) Rozumiem, że możesz być optymistką, marginalizować problemy które przeszkadzają Ci w dojściu do celu (wymarzonej Siebie?), ale czy wtedy nie przegapisz momentu, w którym przestaniesz siebie kształtować. Innymi słowy: zamiast problemy usuwać, zaczniesz je akceptować, a Twoje "Ja" idealne będzie fałszywym przekonaniem o osiągniętym celu - a nieświadomość to chyba żadna satysfakcja...(?)
Piszesz że od kwietnia przeczytałaś 43 książki. Szczerze gratuluję. Zastanawia mnie tylko, gdzie one wszystkie teraz "są"? Ich liczbę znasz (i dobrze), część z nich pozostała w notowanych przez Ciebie (chyba od niedawna) cytatach - też fajnie, część w końcu ujawnia się na blogu w postaci recenzji - i super. Jestem tylko ciekawa "gdzie są wszystkie pozostałe"?? Jako osoba zajmująca się literaturą (a więc w pewnym stopniu świadoma) wiesz, że książki nie można "po prostu przeczytać" - trzeba ją przemyśleć. Zastanawia mnie, co wyciągasz z książek o których nie piszesz, i dlaczego o nich nie wspominasz.
Irena
Ten post, podsumowanie roku 2014, napisałam w bardzo pozytywnym tonie - to fakt. I już tłumaczę dlaczego: w samym wstępnie wspomniałam, że nie lubię czytać czyichś narzekań na nieudane życie, porażki i uczucie zniechęcenia. Postanowiłam więc zrobić coś innego, szczególnie, że zauważyłam, że prawie wszystkie powzięte postanowienia udało mi się spełnić. Uważam, że charakter tego tekstu jest jak najbardziej na miejscu - chodzi mi o to, aby pokazać, że kiedy wyznacza się sobie realistyczne cele, bez większego problemu można je osiągnąć - szczególnie te związane z własnym podejściem do siebie. Co więcej, po opublikowaniu wpisu już kilka osób zwróciło się do mnie, twierdząc, że udało mi się ich zmotywować do działania.
UsuńNie jestem prawdziwą optymistką i nie marginalizuję swoich przywar - ten wpis po prostu nie jest po to, aby się na nich skupiać. Fakt, że widzę swoje wady (np. problem z internetem - i tak, czasami spędza mi sen z powiek, kiedy budzę się w nocy i mam ochotę sięgnąć po telefon, na szczęście potrafię się już jej oprzeć) tylko świadczy o tym, że raczej nie trwam w fałszywym przekonaniu. No i uważam, że aby dążyć do samoudoskonalenia trzeba przede wszystkim siebie akceptować...
Wiem, że informacja o przeczytanych książkach może brzmieć, jakbym traktowała je ilościowo. Jestem zadaniowcem i ta sama część mnie, która mówi "wygraj coś!", czy "czytaj książkę tygodniowo", sprawia, że liczę zadania z fizyki podczas przerwy świątecznej, toteż nie widzę w niej nic złego.
Gdzie są te książki? Większość w bibliotece... I oczywiście w mojej pamięci. Nie będę kłamać, że każda otworzyła mi na coś oczy, nauczyła czegoś, czy zmieniła mnie w znaczący sposób. Czytanie to rozrywka i dobra książka znaczy dla mnie tyle, co dobry film, czy dobra gra komputerowa, analogicznie - słaba książka nie jest niczym więcej, niż słaby film. Te 43 książki to również poszukiwanie tego, co lubię, co mi się podoba, a co nie. To wiedza, że nie lubię Jelinek i uwielbiam Goethego, że wolę japońską oszczędność w słowach i surrealizm, niż realizm magiczny i charakterystyczną dla literatury iberoamerykańskiej narrację.
Cytaty zbieram mniej więcej od roku. Wcześniej zadowalałam się robieniem im jedynie zdjęć, od kwietnia zapisuję je w specjalnym zeszycie. I wydaje mi się, że właśnie te cytaty są najważniejszym, co zostaje we mnie po przeczytanych książkach. To są celne myśli, spostrzeżenia, czasem fragmenty dialogów, które szczególnie trafnie - moim zdaniem - opisują rzeczywistość, czasem mnie, czasem moje poglądy, czasem to pod ich wpływem coś się we mnie klaruje. Proszę nie posądzać mnie o bezrefleksyjną lekturę.
Czemu o innych książkach nie wspominam? Nie lubię pisać recenzji ani polecać ludziom lektur, filmów, muzyki etc. o ile dana rzecz nie zawładnie mną tak, że nie mogę przestać o niej myśleć. Nie jest również celem tego bloga - ani tym bardziej tego tekstu - prezentowanie czytanych przeze mnie książek i tego, "gdzie są".
Mam nadzieję, że rozwiałam wszelkie wątpliwości.
Pozdrawiam!
Absolutnie nie zarzucam Ci bezrefleksyjnej lektury! - naprawdę. Pisałam, że szczerze gratuluje Ci ilości książek przeczytanych, którą podałaś (ani cienia ironii). Nie oczekuję też, że Twój blog stanie się zbiorem recenzji i i tytułów "tekstów kultury" które polecasz, bo to też nie spełniałoby ujęcia literatury w owym "refleksyjnym sensie" który mam na myśli. Wiedząc że lubisz (musisz?;) pisać, śledzisz swój rozwój i to co go kształtuje, wreszcie że sporo poznajesz (czytasz, chodzisz na wystawy), zastanawia mnie, dlaczego stosunek przeczytanych książek do ilości refleksji (ogólnych!) które Ciebie przecież budują (o czym wiesz), jest większy. Właśnie o to mi chodziło w pytaniu "Gdzie są przeczytane książki?".
OdpowiedzUsuńNie uważam, aby ten post (ze względu na swój optymistyczny charakter) był nie na miejscu - pytałam o przyczynę tego charakteru. Skoro uważasz, że nie marginalizujesz swoich przywar sądząc że wymieniłaś jedyną zeszłoroczną wadę: "uzależnienie" od internetu - podziwiam powodzenie w osiąganiu własnych szczytów (i tutaj trochę zamierzonej ironii jest...)
Irena
Mnie się podoba, że Twoje podsumowanie skupia się na pozytywach. Dobrze jest widzieć, że nie rzuciłaś słów na wiatr i Twoje postanowienia mają ręce i nogi :) to też istotne :D "Raz w miesiącu z kimś gdzieś wyjść" też tak kiedyś miałam - i też mi się to swego czasu udało, może nawet jak byłam w Twoim wieku.
OdpowiedzUsuńA co do uzależnienia od internetu - to nie było moje postanowienie noworoczne, wyszło z dnia na dzień i powoli odcinałam różne marnotrawne tworzywa internetu. Od ograniczenia Facebooka, Tumblra, jak i bloglovina. I ogólnego sprawdzania co się dzieje na świecie co chwilę. Ale u mnie to chyba wynikło ze zmęczenia materiałem ;)
Ja mam momenty, że też mi się udaje odpuścić, ale często zupełnie bezwiednie siedzę w internetach, albo próbuję coś znaleźć, a nagle okazuje się, że robię zupełnie coś innego ;)
UsuńGratuluję! No i powodzenia, żebyś o przyszłym roku mogła zrobić takie samo podsumowanie :)
OdpowiedzUsuńPamiętam, jak rok temu postanowiłyśmy, że nie będziemy ofiarami :D
Usuńno tak, ograniczanie internetu to niełatwe zadanie, coś o tym wiem :D w każdym razie super, że tyle rzeczy się powiodłlo, z socjalizowaniem się na czele ;)
OdpowiedzUsuńTak, to socjalizowanie się, to chyba największy "sukces" :d
UsuńDlaczego lubisz Goethego?
OdpowiedzUsuńZa to, że mnie zaskoczył :)
UsuńZabierając się za "Cierpienia młodego Wertera" spodziewałam się egzaltowanej papki - tak to chyba jest najczęściej przedstawiane. Okazało się jednak, że - w moim odczuciu - jest to dość trafne studium przemian zachodzących w inteligentnym człowieku uwikłanym w nieszczęśliwą miłość. Nie wiem, przemawia do mnie tragedia Wertera, może czynnikiem jest tu mój wiek...
Po "Werterze" zabrałam się za "Fausta". I choć nie mam zbyt wielkiego obeznania w dramatach ani aparatu pojęciowego, to muszę przyznać - czytało mi się go bardzo przyjemnie, a przyjemność z czytania jest dla mnie ważna. Goethe bardzo zgrabnie operuje językiem, o czym przekonałam się już czytając "Wertera", więc dlaczego miałabym go nie lubić? :)