Dość często zdarza mi się rozmyślać o tym, jak jestem postrzegana przez
innych. Raczej nie w kategoriach fajna/niefajna ani ojejkujejku, co ludzie powiedzą. O to w zasadzie nie dbam,
interesuje mnie za to ogólne wrażenie, jakie sprawiam, to, jak oddziałuję na
innych, czym wkurzam, czy jestem niemiła i czy w ogóle potrafię się
zachować. Samemu ciężko to wyczuć – usprawiedliwiamy swoje zachowanie
znajomością kontekstu wypowiadanych przez nas słów, samopoczuciem, warunkami
atmosferycznymi i masą innych rzeczy, które reszta świata ma gdzieś. Kolejna
sprawa – zawsze interesowało mnie to, jak mnie widzą w grupie. Grupa potrafi bowiem zblokować myślenie, nie jest to
żaden zarzut, po prostu obecność ludzi nam przychylnych, z którymi czujemy się
dobrze i bezpiecznie, może sprawić, że staniemy się mniej ostrożni.
Dobrze, teraz na serio – w zeszłym tygodniu natknęłam się w kinie
studyjnym na film Anny Odell, szwedzkiej artystki, performerki, znanej głównie
z tego, że w 2009 roku dokonała próby samobójczej i została umieszczona w
szpitalu psychiatrycznym, co – jak się później okazało – było jedynie działaniem
artystycznym i… pracą licencjacką kobiety. Brzmi choro? Też tak myślałam.
Performance Odell nie był jednak zwykłym aktem znudzenia „normalną” sztuką ani desperacką
próbą zwrócenia na siebie uwagi. Nie był też formą zabawy w śmierć, oczkiem
puszczonym w stronę Tanatosa. Artystka nie chciała się zabić, była całkowicie
zdrowa i poddana kontroli lekarza, a celem jej działania było zwrócenie uwagi
na władzę policji, państwa, lekarzy i społeczeństwa nad jednostką, szczególnie
jednostką z problemami i na jej nikłą pozycję w stadzie. Tak, została
poddana przymusowemu leczeniu farmakologicznemu. Tak, ściągnęła na siebie falę
krytyki. Tak, bazowała na własnych doświadczeniach i wiedziała, co robi.
Ale nie o „Okänd, kvinna 2009-349701” miałam pisać, a o „Återträffen”,
filmie występującym pod polskim tytułem „Zjazd absolwentów”. Cały projekt kręci się wokół faktu, że Odell czuła się w
dzieciństwie szykanowana przez resztę swojej klasy. Po latach nie została
zaproszona na zjazd absolwentów, postanowiła więc zaaranżować własny, podczas
którego dała upust swoim emocjom – rozegrała z aktorami wcielającymi się w jej
dawnych prześladowców najgorszy w możliwych scenariuszy. Taki z bójką,
wyzwiskami, kopaniem leżącej i wyrzuceniem jej z lokalu. Nagrany materiał
zostaje w drugiej części filmu skonfrontowany z pierwowzorami ukazanych w
filmie postaci. I oto sedno sprawy. Ludzie po obejrzeniu filmu byli
niejednokrotnie zszokowani, przerażeni świadomością tego, jak ich zachowania odbierała
mała Odell. Zrzucali na siebie nawzajem odpowiedzialność za zniszczenie jej
dziewięciu lat życia, nikt nie umiał odnaleźć winy w sobie i swojej bierności.
Właśnie o bierność w dużej mierze chodziło, bo dziewczynie, pomijając kilka bardzo nieprzyjemnych akcji, tak naprawdę nie
działo się nic szczególnego - nijak
się to nie miało do, tak często powielanych np. w teledyskach zespołów
takich, jak Rise Against, obrazków szkolnego szykanowania. Odell po prostu w
swojej klasie nie istniała, bywała mniej, niż kozłem ofiarnym.
Co mnie dość mocno uderzyło, z ust bohaterów filmu często padało mniej
więcej takie zdanie – „Szanują twoją wizję mnie, ale mam inną”. No ok, czyli
się szanujemy, fajnie, ale co z tego, jeśli przez przypadek, własną
bezrefleksyjność i zaniedbanie, porobiliśmy komuś rany w psychice, z którymi
się nie upora przez całe życie? Nie wiem, czy można obejrzeć ten film i nie
zacząć się zastanawiać, czy przypadkiem kogoś nie zniszczyliśmy. Śmianiem się,
kiedy inni się śmiali, nie okazaniem cienia zainteresowania, zwykłym dziecięcym
okrucieństwem. Aż chciałoby się sięgnąć po „Dżumę” i już zawsze stawać po stronie
ofiary…
Szczere Kocisko
Gdy słyszę słowo "performance" natychmiast się zjeżam... Kojarzy mi się to tylko z działaniem bezsensownym i uderzającym w etykę danej społeczności. Dlatego wolę chyba mówić...projekt. Projekt Anny Odell jest interesujący i moim zdaniem dobrze oddający potrzeby ludzi. Ale jakos nie wierzę, żeby taka aranżowana próba samobójcza dała jakis inny efekt niz skandal. Za to właśnie nie lubię słowa performance. Masy nie traktują tego poważnie. No i nigdy nie uwierzę, że państwo, policja czy jakakolwiek instytucja zwróci uwagę na problemy jednostki... Ale nie uważam Anny Odell za idiotkę. Doceniam jej walkę z wiatrakami...
OdpowiedzUsuńKurcze, opisałaś fascynujacy film. Aż mam ochotę go obejrzeć. Co mnie zaskoczyło? To, że ci ludzie poczuli wyrzuty sumienia, byli zszokowani tym, jak Odell ich odbierała. Owszem, nie chcieli brać na siebie odpoweidzialności za to... Ale nie spodziewałabym się nawet tyle po ludziach.
Zgadzam się, że wielka wartością jest bycie po stronie słabszych i pokrzywdzonych... Jeżeli tylko masz dość siły, bo oni bardzo wciągają pod wodę, bardziej niz tonący...
pozdrawiam
No tak, "performance" to jedno z tych pojęć, które pomimo swojego powypaczanego na wszytstkie strony znaczenia, nadal znajduje się z moim słowniku, może trochę niesłusznie, nie wiem.
UsuńWydaje mi się, że projekt Odell miał sens i wyróżniał się spośród masy innych... no właśnie, performance'ów, jednak w praktyce pozostaje wyłącznie kuriozum, które może wkurzać Szwecję i sprawiać, że reszta świata pokiwa głowami i w zadumie powie "Ach, to wrogie państwo opiekuńcze..."
Film zdecydowanie fascynuje, ale ta reakcja ludzi wydaje mi się całkiem naturalna - nigdy nie brali pod uwagę, że ktoś ma ich za oprawców, ciągle powtarzali, że jak to, przecież "zostali wychowani na porządnych ludzi"
No i tak, słabsi bywają toksyczni, zdarzają się takie ludzkie bluszcze. Ale chyba warto, przynajmniej w jakimś stopniu, być po ich stronie :)