Ostatnio dużo marzę. Bo czuję, że skoro mam do wyboru marzyć
lub mazać się, to jednak wolę marzenia. Dużo mam powodów do niepokoju, mimo że
rozpoczęłam właśnie najdłuższe (ostatnie?) wakacje w życiu, jak chyba każdy
nastolatek, który musi wyfrunąć z gniazda, a jest chorobliwie nieśmiały,
zamknięty w sobie i nie byłby w stanie zarabiać stojąc na kasie lub roznosząc
ulotki i takie tam. Och, po prostu cały czas z pewnym przestrachem myślę o tym,
gdzie za te cztery miesiące będę mieszkać i co będę jeść. Dość trywialne, ale
rozumiem, że każdego to czeka. Absolutnie nie widzi mi się życie stereotypowego
studenta – gotującego parówki w czajniku, żywiącego się mrożonkami, wiecznie
głodnego, wiecznie bez kasy, wiecznie na imprezie. Serio, już wolałabym się
nigdzie z domu nie ruszać.
Dlatego marzę.
I zauważyłam, że przy mojej fascynacji minimalizmem,
uczuleniem na bezsensowne wydawanie pieniędzy, rezygnacją np. z kupowania ubrań,
bo jestem na takim etapie, że moja szafa czuje się nasycona i praktycznie niczego
mi w niej nie brakuje, większość pieniędzy, jakie wydaję, idzie na marzenia.
Wiecie, wspominałam ostatnio o epistolografii Lennona, którą
czytałam i w końcu udało mi się coś mu kreatywnie ukraść – oświadczam wszem i
wobec, chciałabym być bogata. Nie jakoś obrzydliwie, żeby już nie mieć na to
pieniędzy wydawać. Z kranu nie musi mi lecieć Dom Perignon, nie muszę, nie chcę
mieć marmuru w łazience, kuchenki indukcyjnej ani zmywarki (niezła gradacja),
zmywanie naczyń jest spoko. Z kolei martwienie się pieniędzmi jest po prostu na
tyle głupie, że bardzo chciałabym tego
uniknąć. Może nie w całym życiu, ale chociaż na starcie (#optymistka).
Więc karmię marzenia. Jasne, dwadzieścia złotych wydane na
lotto, to może nie są najlepiej spożytkowane pieniądze w moim życiu, ale z
drugiej strony, jeśli zapewnia mi to dwa dni, w ciągu których w myślach urządzam
swoje piękne mieszkanko na wysnobowanym Osiedlu Sztuk Pięknych w Toruniu,
jestem pewna siebie, wyspana i otoczona ładnymi rzeczami, i odnoszę sukces, dzięki czemu tysiące ludzi chorych na depresję może normalnie i
szczęśliwie żyć, wydaje mi się że warto. Bo marząc, nie przestaję pracować. Ani
pisać. Ani rozwijać się. Wręcz przeciwnie – bo
wiecie, bliżej mi do określenia chorobliwie
ambitna niż słomiany zapał. I
niech mi tylko życie da szansę a sprawię,
że depresję będziemy leczyć jak przeziębienie.
Zabawne, bo skreślając (nie)odpowiednie liczby na
blankiecie, czuję dokładnie to samo, co wtedy, gdy pakuję swoje wiersze w
koperty i wysyłam je na konkursy. Konkurs literacki to też loteria – wybierasz
litery, słowa, zdania i nie wiesz, które komisja wskaże jako właściwe. Tylko
szanse większe i wygrana mniejsza. No i przecież znaczek też kosztuje, więc nie
wygrywając żadnego z powiedzmy, pięciu konkursów, na które wyślesz zestawy, te
kilka złotych tracisz. Co jeszcze jest warte zauważenia – wymyślanie
sześciowyrazowych zestawów liczb jest prostsze niż pisanie wierszy. Jednak.
Wracając do karmienia marzeń – robię to także, kiedy smaruję
się bio-oilem i wierzę, że za trzy
miesiące zobaczę zmianę. I kiedy opieram się pokusie zjedzenia kolejnego
ciastka. I kiedy szukam swoich perfum idealnych i sądzę, że już je znalazłam, i
czekam, aż będę mogła je mieć. I
kiedy piję mleko ryżowe. I kiedy patrzę na swój zegarek, o którym marzyłam intensywnie
trzy miesiące i jest, i nie traci ani krzty tego uroku, któremu uległam i uparcie
nie staje się czymś zwykłym. Karmienie marzeń to wyciąganie ręki do swojego
idealnego ja.
Wyszłam na snobkę. No to co.
Brak komentarzy: