Na początku szło mi ciężko. Pierwsze dni pomaturza minęły mi na panice, że oto
przez najbliższe miesiące moje życie jest pozbawione sensu. Że nie mam już po
co wstawać rano. Że nie muszę już wychodzić do ludzi, więc pewnie zabarykaduję
się w swoim pokoju i będę wegetować, pochłaniając nieprzyzwoite ilości
jedzenia.
Naprawdę, byłam aż tak naiwna, myśląc, że najlepszą rolą,
jaką mogę pełnić, jest rola ucznia!
Ale wiecie, życie jest fajne. Na przykład takie jak teraz. Bez
parcia na cokolwiek, ale również nie bez planów, bo w końcu Open’er, podróż dookoła Polski z mamą, wizyty w
Szczecinie, Wrocławiu, Zielonej i Toruniu. Nie potrzebuję szalonych podróży
życia. Na razie. Na jazdę stopem jeszcze się zdążę załapać, na Norwegię,
Islandię i inne takie również. Staram się doceniać to, że każdego poranka mogę
wyłożyć się na hamaku pośród drzew i poczytać książkę lub skoczyć nad jezioro i…
poczytać książkę, pobiegać po lesie ale też zabrać się na randkę do miasta,
zalec w parku lub iść do centrum handlowego (nie lubię określenia galeria)i przymierzyć wszystkie ubrania,
jakie tylko chcę i wyjść z satysfakcją, że nic nie kupiłam. Tak, odczuwam taką.
Doceniam powolne śniadania, słoneczne przedpołudnia ciągnące
się jak melasa i równie słodkie. I śpiew ptaków oraz to, że mogę go wedle
własnego uznania zagłuszać, czym tylko chcę. Doceniam nieograniczony czas na
pisanie i to, że wcale nie muszę pożytkować go w ten sposób. Doceniam swoje minisesje
jogi i minitreningi. I to, że mogę sobie spokojnie popijać napar z czystka i
czuć, że organizm jest mi wdzięczny. I
to, że zazwyczaj wstaję przez siódmą, ale jeśli nie obudzę się przed dziewiątą,
to też nic się nie stanie. I to, że mogę w spokoju oswajać się z językiem
norweskim i choć to jeszcze nie jest czas na dramatyczne postępy, widzę, że
czas poświęcony temu, nie idzie na marne.
Czuję wdzięczność za to, że mogę być jeszcze spokojna. I
pielęgnować marzenia. I się trochę mniej przejmować.
Brak komentarzy: