![]() |
| Nie moje ;) |
Jako że 26.05. to, jak wiadomo, Dzień Matki, od razu
napomknę, że pomysł na ten tekst podsunęła mi właśnie Mama. Czytając najnowszą
powieść Joanny Bator, zapytała, czy nie zauważyłam przypadkiem, że coraz więcej
książek, nowych książek, okazuje się być książkami przegadanymi. Tak,
zauważyłam. Autorzy przegadują wszystko, mając przy tym chyba niebywałą frajdę
i aż puchnąc z dumy na myśl o swojej elokwencji, erudycji i różnych innych –encjach
i –ycjach.
Mało kto, odnoszę wrażenie, dba teraz o fabułę. Została
zmieciona, zdominowana przez narrację. O narracji mówi się cały czas i to nie
tylko przy okazji rozmów o książkach – nawet w artykułach psychologicznych
znajdziemy informacje, że ktoś komuś narzuca swoją narrację lub że postrzegamy
rzeczywistość przez pryzmat swojej narracji. Nawet ja, w swojej pracy olimpijskiej
(ojej, to już półtora roku, od czasu, kiedy ją pisałam), wspomniałam, że ofiary
postpamięci nie mogły wytworzyć swojej narracji, gdyż zostały zdominowane przez
przeżycia wcześniejszego pokolenia. Aż mi głupio.
Byłam kiedyś dość zakompleksionym czytelnikiem, chciałam jak
najszybciej nadrobić swoje czytelnicze zaległości, przeczytać wszystko, co wypada przeczytać , i mogę przyznać, że
właściwie udało mi się. Teraz bez skrępowania mogę sięgać po Muminki, Dana
Browna i sagę o Wiedźminie. No i cały czas, po moich ukochanych – Murakamiego,
Vonneguta. I po biografie. Tak, od jakiegoś czasu siedzę w tym, niezbyt
rozległym, zbiorze lektur i niczego mi nie brakuje.
Potrzebuję ciekawych fabuł. Potrzebuję ciekawych bohaterów,
fajnie nakreślonych relacji między nimi, trafnie sformułowanych dialogów. Nie
tylko refleksji narratora o życiu, które można by sobie wykaligrafować w
notatniczku, ewentualnie (bardziej popularna opcja) udostępnić je na fejsie.
I to nie tak, że nie potrafię docenić czyjegoś warsztatu
pisarskiego albo ambitnej próby opisania, no nie wiem, polskiej wsi, w sposób
naj(sam-wybierz-jaki). Mam po prostu wrażenie, że gdzieś zgubiła się równowaga
między fabułą a narracją. Całkiem jakby narrator zjadł wszystkich bohaterów. I
może to właściwie wynikać z tego, jacy się porobiliśmy. Dominuje w nas ja niezależne i przemielamy rzeczywistość
przez filtr własnej wiedzy, perspektywy, potrzeb, chęci, upodobań. Bo wiecie,
widzę to nawet po sobie. Nigdy nie napisałam nic, co powalałoby kreacją.
Skupiam się na narracji, bo tak mi łatwiej. Bo ciężko, żeby cokolwiek innego
przyszło mi do głowy. Podobnie u moich rówieśników. No, większości.
Chciałabym nauczyć się fabuły, kazać narratorowi iść na
dietę. Na przykład poprzez pisanie czegoś dla dzieci – w literaturze dziecięcej
nie ma miejsca na przeintelektualizowane wywody i chwalenie się autora swoim
obeznaniem. Na szczęście. I na razie.
Znalazłam kiedyś w antykwariacie „Vademecum dla snobki i
snoba”, które postanowi łam zakupić, pomyślawszy, że to idealna pozycja dla mnie. No i pod hasłem „uwielbiamy”
mamy tam m.in. nudne książki, w których
nie ma żadnej akcji, nic się dosłownie nie dzieje i to co najmniej przez
czterysta, pięćset stronic. No właśnie.

Brak komentarzy: