Lubimy krytykować. Ja (zaraz się
o tym przekonacie), wy, cała reszta świata. Bo wiecie, społeczeństwo nie jest miłe.
Do podobnych wniosków doszła Dorota Masłowska i postanowiła podzielić się tym
newsem, tytułując z ten sposób swoją... płytę. W wywiadzie dla Wyborczej tłumaczyła, że nie
chciała pisać książki na temat blokowisk,
hajsu i jeżdżenia audi, nie znosi bowiem literatury zaangażowanej. Dobra, to o
czym ona pisała dotychczas? I czy „Chleb” lub „Haj$” mam odbierać jako muzykę
zaangażowaną? Co do amstaffa?!
Pewnie wiecie, że Masłowska
zadebiutowała „Wojną polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną” jako bardzo młoda
dziewczyna – świeżo upieczona absolwentka liceum. „Wojna…” reklamowana była,
jako pierwsza polska powieść dresiarska. No tak, uczyniła dresiarza głównym
bohaterem, jego monolog narracją. Spoko, fajnie. Była luka, została zapełniona,
jest bestseller, jest adaptacja filmowa, haj$ się pewnie zgadza. Ale Masłowska
brnęła dalej. Wydany trzy lata później „Paw królowej” znów kipi cynizmem, epatuje brzydotą i głupotą, zraża agresywnym językiem,
brakiem spójnej fabuły (Marta Sawicka). Znów dotyczy polskiej kultury
podwórkowej, znów jest parodią, autorka po raz kolejny bawi się potocyzmami. Krytyczny
obraz polskiej rzeczywistości vol. 2? Utwory dramatyczne, które wyszły spod
pióra Masłowskiej również traktują o Polakach, polskości, o tym wszystkim, o
czym już pisała...
Ale halo, w 2009 roku wyjechała
do Stanów na roczne stypendium. Wiecie co to oznacza? Nie? No dobra… Fabuła jej następnej powieści „Kochanie,
zabiłam nasze koty” już nie toczy się w polskim bloku z wielkiej płyty. Teraz
jest światowa, zamerykanizowana, przepełniona do granic możliwości znakami
handlowymi, markami, kaloszami Hunter, żelem antybakteryjnym, modą na jogę,
Starbucksem, całym tym lifestyle-owym śmietniczkiem. Dzięki temu książka miała różnić się od poprzednich dziełek (dzieł?)
Masłowskiej. Muszę przyznać –
przeczytałam ją w jeden wieczór, zaciekawiona, rozbawiona, zachwycona absurdalną klamrą kompozycyjną. Bez problemu załapałam sens, całą tą ironię, cały gorzki
wydźwięk. Autorka bardzo sprawnie przeprowadza czytelnika przez fabułę. „Kochanie…”
całkiem przyjemnie przytaczało się w pracach olimpijskich - podobnie, jak „My zdies’
emigranty” Gretkowskiej (ot, rada dla przyszłych olijpowców).
Lubię Masłowską, ale naprawdę, czy
ona nie może inaczej? Nauczyła się krytyki, satyry, uszczypliwych spostrzeżeń
na temat społeczeństwa i tyle? Kiedy dowiedziałam się, że to ona stoi za
pseudonimem Mister D. zrobiło mi się przykro. Taka fajna, wredna autorka
robiąca taką popelinę? Naprawdę? Obrońcy tego projektu twierdzą, że to jest
awangarda, że puszczanie oka, że sprawna parodia. Mi się wydaje, że D. nie wie,
co chciałaby sparodiować… Bo z jednej strony polskie realia, prezydent, Żabka, Tiger,
blokowisko, a z drugiej cytaty z Miley Cyrus, YOLO i inne plagi internetów –
koty z wyłupiastymi oczami, galaktyczne motywy… Nie rozumiem też stylizacji
retro. Bo co ma Atari, Tetris, Pikachu, granie w gumę i Fiat 126p do całego
konceptu? To chyba jedynie przykrywka, która ma uzasadniać warstwę
instrumentalną całego przedsięwzięcia. Swoją drogą Mister D. muzycznie nie powala. Porównując te piosenki chociażby z hipnotyzującym „Hera koka hasz LSD” Karoliny Czarneckiej, widać, że mogłoby być o wiele lepiej.
Projekt Mister D. jest moim
zdaniem okropnie wtórny. Jeśli ktoś chce pośmiać się z dzisiejszego
społeczeństwa, popularnych wykonawców, czy stylistyki, w której chcąc nie chcąc
siedzimy, to może sobie posłuchać/pooglądać Die Antwoord, a jeśli Die Antwoord
okaże się za mocne, można zawsze zadowolić się bardzo dobrze zrobionymi
parodiami komercyjnych piosenek, które oferuje np. The Key of Awesome. Z kolei, jeżeli komuś
brakuje w życiu czegoś psychodelicznego, dziwnego i tajemniczego, czy nie lepiej
obejrzeć sobie Krainę Grzybów, która jest naprawdę niezależna (nie stanowi
promocji żadnego filmu, co nie?), nieprzewidywalna dla odbiorcy i niesamowicie
dokładnie przemyślana przez twórców, niż te chlebowo-maślane wynurzenia?
Szczere Kocisko
Gdy natknęłam się na informację o tym, że Mister D to Masłowska, od razu musiałam wyszukać, czy na pewno chodzi o TĄ Masłowską. :P Trochę mnie zszokowało. Wg mnie najgorsze jest to, że dzięki gościnnej roli pani Rubik w tym teledysku piosenka zaistniała również w mediach zagranicznych. I od razu zaczęłam się zastanawiać się co inni mogą pomyśleć o naszym rodzimym przemyśle muzycznym widząc takie coś... Mam nadzieję, że żaden z zagranicznych odbiorców nie wziął tego na poważnie... :)
OdpowiedzUsuńHahaha no tak, najpierw angielskojęzyczna wersja "My Słowianie", teraz "Chleb" - to nie jest dobry PR :D
UsuńKiedy pierwszy raz zobaczyłam teledysk i zdecydowałam się poszukać, kim jest pani, która to wymyśliła to przyznam, że troszeczkę mnie to zdziwiło. Niestety (a może jednak nie?) nie czytałam żadnego z jej "dzieł" i przyznam, że o ile krytykowanie, ironia i cynizm nie są złe i sama, jak każdy człowiek, po nie sięgam to przesada i w tę stronę jest czymś okropnym.
OdpowiedzUsuńPrzesada i niekonsekwencja... Naprawdę, dużo w moich oczach straciła biedna Masłowska :P
Usuńhttps://www.youtube.com/watch?v=1zLHwmYOqCc ? :D
OdpowiedzUsuńJako że ja baba, co środki lubi, to według mnie przesada w jakiejkolwiek dziedzinie staje się żałosna i komiczna, bardzo mało wiarygodna.
Muszę przyznać, że instrumental tego, co podesłałaś jest epicki :D Na pewno lepszy niż "Chleb" xD
UsuńJa czytałam na razie tylko "Pawia.." i jestem zachwycona, nowatorstwem tej książki i w ogóle stylu Masłowskiej. Do projektu Mister D. podchodzę z przymrużeniem oka, choć znajomi na imprezach ostatnio często zapodają te nuty i nie mogę powiedzieć, że nie są chwytliwe, taneczne czy porywające w pewien sposób. Nie nazwałabym tego jednak sztuką. I tyle.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, Donna
(dawno nas nie było, ale mamy nadzieję nadrobić zaległości;))
Oooo, a ja się zastanawiałam, co się z Wami dzieje :D
UsuńAle w sumie puszczanie Mister D. na imprezach ma taki sens, jak omawianie Gombrowicza w szkole... Czyli jest taką jakąś antytezą zamiarów autora :P
Gdzie nie pójdę tam hera koka hasz lsd o matko.
OdpowiedzUsuńA Kinga Rusin oszukała wszystkich.
Tak szczerze mówiąc, nie przepadam za Masłowską.
Ja też już nie... Piosenka o Rusin nie ma absolutnie żadnego znaczenia ;_;
UsuńJa na początku trochę hejtowałam ''hera koka hasz lsd'', ale jak o tym poczytałam, to zmieniłam podejście :P
Masłowska, piszesz, co mi to mówi? Właśnie nic... O ile nazwisko nic mi nie mówi, to tytuł "Kochanie..." kojarzę.
OdpowiedzUsuńTrzeba się przyzwyczaić do świata, z którego wieje hipokryzją czy niekonsekwencją.
Niestety, szkoda tylko, że artyści też temu ulegają i stają się ofiarami tego, co krytykują
Usuńnie wiem, o co chodzi #płaczę
OdpowiedzUsuńPowinnaś się cieszyć ;D
Usuń#truestory
Z jej pierwszą książką miałam do czynienia kiedy była na językach i ... nic mnie tam nie zachwyciło. Dresa to ja widzę pod blokiem, nie muszę czytać o nim książki. Po kolejne tytuły nie sięgałam, widzę że nic nie straciłam bo nowego tematu nie poruszyła. I teraz ta nieszczęsna muzyka. Przewinęła mi się gdzieś jej wypowiedz, że ludziom się nie podoba jej muzyka i teledysk ponieważ Polacy nie mają do siebie dystansu. Dystansu to ja mam do siebie więcej niż trzeba i pomimo to uważam że to jest kiepskie. Łehh i co ta sztuka wnosi do naszego życia? do mojego okrągłe zero.
OdpowiedzUsuńJa bym tego nie nazywała sztuką. To jest nieudolna próba stworzenia ambitnej parodii, po której nastąpi przemienienie narodu. Wyjątkowo nieudolna próba ;c
UsuńWłaśnie też mi się wydaje, że nikogo nie zaskakuje i nie interesuje czytanie o syfie, który prawie każdy ma na co dzień... Szczególnie, jeśli z tego syfu ukazanego w sposób literacki, nic nie wynika...
To, co udaje się Masłowskiej, to przedstawianie języka, naśladowanie, kreowanie stylów, czucie słów, ale fabularnie... No cóż...