![]() |
| Książka, której nie skończyłam, ale niech będzie ;) |
Napisałam kiedyś, że bardzo nie
lubię bibliotek. Upierałam się, że ilekroć idę wypożyczyć książkę, czuję na
sobie wrogie spojrzenie bibliotekarek, które najwyraźniej cieszą się z niezbyt
wysokiego poziomu czytelnictwa w Polsce. Pamiętam, że niemałe poruszenie w
komentarzach wywołał fakt, że w wypożyczalni głównej w moim kochanym mieście
nie można dotykać książek, samemu przechadzać się między regałami i wybierać „na
żywo”, że trzeba grzecznie podejść do komputerka, spisać numer egzemplarza i
czekać, aż jedna z pań siedzących za ladą uprzejmie weźmie od nas tę karteczkę
i pójdzie na poszukiwania wybranej przez nas
książki. Tak rzeczywiście było, ale z czasem przekonałam się do
bibliotek. Między innymi dlatego, że z każdą kolejną wizytą czuję, że dostaję
coraz większe „przywileje”. Ostatnio pozwolono mi nawet posłużyć się automatem
do oddawania i wypożyczania książek, więc rozumiecie, prawdziwy luksus…
Ale nie o to chodzi.
Najważniejszym powodem, z którego polubiłam biblioteki jest fakt, że te książki
żyją. Mają swoją osobowość, swoją historię, swoje blizny, kontuzje, swój wiek.
To nie są już tylko nośniki tekstów, to coraz mniej przedmioty, coraz bardziej
istoty. Tak, lubię przyprawiać duszę rzeczom, ale rozliczycie mnie z tego kiedy
indziej…
Jakiś czas temu Michał z
Tekstyliady napisał recenzję książki Italo Calvino pod tytułem „Jeśli zimową
nocą podróżny”. Jeszcze większy kawałek
czasu temu sam polecił mi tę książkę. I
przeczytałam. I moja uwaga zdecydowanie skupiła się na innych aspektach powieści,
niż te, o których pisał Michał. Najważniejsza okazała się dla mnie relacja
między narratorem a czytelnikiem, narratorem a Czytelnikiem, narratorem a
Czytelniczką, Czytelnikiem a czytelnikiem, Czytelnikiem a Czytelniczką i
Czytelniczką a czytelnikiem. Dziwne?
Wydaje mi się, że to, o czym piszę jest w stanie nieźle wytłumaczyć fragment
„Nie jesteś już samotny w swojej
lekturze, myślisz o Czytelniczce, która w tej samej chwili także otwiera
książkę…”.
I tutaj zaczyna się magia. Otóż
jestem przekonana o tym, że moja interpretacja zarówno tych słów, jak i całej
powieści została „zmanipulowana” przez to, jaki egzemplarz dostałam w
bibliotece. Niemalże na każdej stronie widniały czyjeś notatki odnoszące się do
tego, co w książce się działo. Ktoś popodkreślał wiele zdań, zaznaczał całe
fragmenty, wyłapywał niekiedy prawdziwe perełki. To, że książkę dostałam w
pewnej mierze „rozwiązaną” nie stanowi żadnej ujmy, wręcz przeciwnie –
przyszłam po powieść, a otrzymałam kawałek czyjegoś mózgu…
Takie sytuacje zdarzały mi się
ostatnio wiele razy i bardzo umilały czytanie. Uwielbiam sekrety, wiecie? A
czytając czyjeś komentarze, notatki, patrząc na fragmenty, które okazały się
dla kogoś ważne, czułam się, jakbym poznawała ludzkie tajemnice, jakbym
wkradała się do czyjegoś umysłu.
A wiecie, że komuś udało się to
wrażenie sfabrykować? Przeszukując archiwalne teksy na Zombie Samurai natknęłam
się na artykuł o „S.” J.J. Abramsa – książce w książce. Sytuacja podobna jak w „Jeśli
zimową nocą podróżny”, jednakże tutaj historię bohaterów poznajemy nie poprzez
wstawki rozdzielające poszarpane fragmenty wielu książek, a przez ręcznie
pisane notatki na marginesach, powkładane między strony wycinki z gazet,
fotografie…. Wydaje mi się jednak, że wolę sama przeżywać coś takiego – natykać
się na ślady żywych ludzi w niemniej żywych książkach.
Szczere Kocisko

Hej, już można dotykać książki bezkarnie :D chyba chodziło o to, że jeszcze nie mieli tam "porządku"...
OdpowiedzUsuńA chętnie przeczytałabym ten egzemplarz "Jeśli...", o którym piszesz.
Aaa, to by wiele wyjaśniało ^^
UsuńTak, ten egzemplarz czyni całą powieść jeszcze lepszą!
Poczułam się jak w mojej bibliotece szkolnej...Po prostu tam nie chodzę, nie ma bata. Bibliotekarce ząb wpadł do kawy jak tam byłam ostatnio. Z sufitu. Książki są zamknięte w jakiejś mega metalowej półce w osobnym pomieszczeniu, jakby były więźniami. Patrzą na ciebie wilkiem i naliczają gigantyczne kary.
OdpowiedzUsuńNa szczęście jest jeszcze sieć bibliotek miejskich do których wystarczy mieć jedną tylko kartę, i to załatwia całą sprawę. Na moim osiedlu biblioteka jest stara jak świat, brzydka i zaniedbana, ale pracują tam bardzo sympatyczne panie-bliźniaczki które niezwykle cieszy fakt, że wypożyczam lektury tylko bez opracowania...
Co do fantów z książek- mi się najlepsze trafiały we własnym domu. Wypracowanie mamy z liceum, z ocena pięć i żadnymi błędami- kurcze, chciałabym tak pisać!- było chyba w Żeromskim. List z czasów akademickich z podziękowaniem za udostępnienie kawalerki- do podziękowań słownych była dołączona właśnie książka, więc list został w książce. Oprócz tego mnóstwo zakładek, rysunków taty, zdjęć przyjaciół i znajomych w ciuchach z lat 80-dziesiątych oraz dedykacje. W jednej książce było podziękowanie dla wujka, który w czasie komuny ocalił ową książkę przed spaleniem., Bo była niepoprawna politycznie... Więc w innej okładce została uratowana i jakimś cudem znalazła się w naszym domu. Owego wujka nie znamy, nie wiem kto to był... Mam czasami wrażenie, że książki próbują mi opowiedzieć wszystko co działo się z nimi od chwili kupienia, wszystkie ich przygody. Więc nigdy nie wyjmuję zakładek z książek :)
U mnie tez jest taka sieć, to jest mega spoko i daje od razu dostęp do zbiorów naukowych itp.
UsuńMoja szkolna biblioteka jest super! Pani bibliotekarka zapisała mnie nawet w systemie jako Kiwaczka :D
W domowych książkach też mi się zdarza znajdować notatki itp. chociaż to raczej w tomikach poezji...
Co do niepoprawnych politycznie książek to mam w domu "Inny świat" Herlinga-Grudzińskiego z drugiego obiegu :D
Mam cudowna biblioteke szkolną- wielki strych szpitala z 1915 roku. Baajka. Oddzielona od świata zewnętrznego masą schodów, z małymi okienkami na wysokości chyba z piątego piętra w otaczajacych szkołę blokach. Widać stamtąd całą Bydgoszcz, bo moja szkoła jest na wzgórzu. Ksiażki stoja poupychane na drewnianych regałach gdzie sie da... Niechętnie wpuszczaja tam ludzi, bo uczniowie kradna :(( ale mi ufają, bo długo pomagałam bibliotekarkom w pracy, więc mogę włazić w wąskie alejki... No i dużo nowosci, bibliotekarki kupują wszystko, co im wpadnie w ręce, takie panie starszej daty, żyjące w swojej enklawie na szczycie świata :) Oraz książki bardzo stare, przedwojenne, pisane gotykiem, obcojęzyczne, kolekcja ksiażek polskich pisanych w jednej z odmian hiszpańskiego (nie wiem, jak się ta "gwara" nazywa), całą kolekcja "Der Spiegel" od lat 70... To naprawdę bajka :D
OdpowiedzUsuńTylko pozazdrościć! :D
UsuńKorzystam tylko ze szkolnej biblioteki, innym mówię stanowcze NIE. :) Oczywiście podczas olimpiady, kiedy musiałam korzystać z biblioteki wojewódzkiej, robiłam to - jednak w poczuciem, że ktoś (bibliotekarka) obserwuje mnie lub nawet dyszy mi w kark. Nie potrafię cieszyć się książką z biblioteki; treść takowej nie trafia do mnie w pełnym wymiarze (a przynajmniej tak mi się wydaje), zapach mnie drażni i boję się, że coś w książce popsuję (ach, moje destrukcyjne zdolności!). Mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że czuję niechęć do książek z biblioteki.
OdpowiedzUsuńNie jest to kwestia stopnia ich zużycia czy też starości, bo mam w domu książki naprawdę stare; niektóre kartki aż rwą się w rękach. Po prostu wiem, że książka z biblioteki nie jest MOJA. A do czego jak do czego, ale do książek się przywiązuję bardzo... W ogóle nie lubię pożyczać książek. Mam stałe grono znajomych, z którymi czasem wymieniam się literaturą, ale wówczas i tak drżę o to, czy dany egzemplarz do mnie wróci. Chwilowo jestem na dobrej drodze do zapełnienia swoimi książkami piątego regału, więc prawdopodobnie kiedy będę już "na swoim", przeznaczę jeden pokój na prywatną bibliotekę. Oby! :)
Prywatna biblioteczka była kiedyś moim marzeniem, teraz jakoś mi odpuszcza...
UsuńDla mnie obce książki są 1000 razy lepsze, niż np. obcy ludzie. Mogę z całą pewnością uznać, że lubię je. To właśnie moje własne książki są zwykle bez duszy - przeczytane raz czy dwa, odłożone na półkę, zakurzone :)
Nie polecam wypożyczać kryminałów w bibliotekach. Kiedyś wypożyczyłem sobie jakąś powieść Marka Krajewskiego. Zacieram łapki, otwieram pierwszą stronę i ... widzę komentarz napisany kolorowym długopisem - "To ona zabiła". Nawet nie chciałem dalej czytać :C
OdpowiedzUsuńHahaha, jaki spoiler!
UsuńTeraz zdałam sobie sprawę z tego, że bardzo dawno żadnego kryminału nie czytałam ;D
Kiedyś, gdzieś czytałam taki artykuł, w którym autor zachęcał właśnie do takiego "żywego" czytania, tzn. robienia notatek, podkreślania, zaznaczania itp., dzięki czemu kolejni czytelnicy będą mogli poznać też cząstkę nas samych. Sama nie korzystam z bibliotek, głównie dlatego, że mają bardzo ubogie zbiory. Poza tym chyba za bardzo kocham zapach świeżutkiej książki prosto z księgarni... <3
OdpowiedzUsuńJakoś dla mnie ten zapach jest zdecydowanie przereklamowany ;)
UsuńKocham, kocham, kocham biblioteki! Od małego... Moja mama jest z zawodu nauczycielem-bibliotekarzem, więc to mówi samo przez się :D Tylko w gimnazjum moja szkolna jakoś mnie odrzucała, ale wytrwale pisałam do niej recenzje. Wizyta w Wypożyczalni Głównej w moim mieście też nie nastraja mnie pozytywnie, ale jest tam tak duży wybór, że jakoś się zmuszam ;) Inne filie są świetne. Sama nie cierpię robić notatek i bardzo dbam o książki, ale nie mam problemu z czytaniem starej, wyświechtanej, pomazanej książki. Właśnie te uwielbiam :)
OdpowiedzUsuń.,, ale najmilej jest otworzyć książkę i znaleźć karteczkę: "Miłego czytania!" :)
awwww wiele bym dała, by znaleźć kiedyś taką karteczkę! :D
UsuńJa w sumie zaczęłam odwiedzać biblioteki ze względów finansowych, wcześniej wolałam je kupować, ale cóż - nie narzekam :D
OdpowiedzUsuńNo tak, bezpłatność to też duży plus bibliotek :)
UsuńSama dawno nie byłam w żadnej bibliotece. I fakt, czasem można natrafić na książkach, szczególnie starych, ich interpretacje napisane przez kogoś ołówkiem, co bardzo pomaga w odbiorze książki. Jednak często miałam pecha i prędzej trafiałam na narysowane przez kogoś, i to długopisem, męskie przyrodzenia :)
OdpowiedzUsuńHahaha od gimnazjum nie znalazłam w żadnej książce takiego śladu po poprzednich czytelnikach :D
Usuń