![]() |
| Przystojniaki czekają na kąpiel :) |
Jakiś czas temu
zaczęłam sobie zdawać sprawę z tego, że ogarnął mnie bałagan. Zbyt duża ilość
rzeczy naokoło. Przygniatający nadmiar rzeczy. Na początku sądziłam, że chodzi o
potrzebę odmiany, że jak już zmieniać swoje życie, to po całości. W efekcie
wyrzuciłam połowę gratów, papierów, podręczników, zeszytów i
nieudanych prezentów, która przez lata zabierała mi tak zwaną przestrzeń życiową. Reszta została – ot, było mi głupio tak się wszystkiego pozbywać,
śmietnik i tak już był wypakowany do granic (nie)możliwości. Okazuje się
jednak, że w dalszym ciągu ilość rzeczy w moim pokoju, domu, kosmosie jest zbyt wielka. Ma ktoś
na zbyciu czarną dziurę?
Kiedy byłam mała
wolałam chyba myśleć, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. To dziwne, dzieci powinny mieć problem z takim rozumowaniem - nie w pełni rozwinięte neurony lustrzane, te sprawy... nieważne. W ten
sposób w moim pokoju na pierwszy rzut oka było nieźle, ale wystarczyło zajrzeć
na firankę lub pod meble, aby z przerażeniem uciec ku Perwersyjnej – ups! –
Perfekcyjnej Pani Domu. To jeszcze nic, pod moim łóżkiem przez lata znajdowały
się najprawdziwsze Wrota Piekielne. Jeśli interesują cię straszliwe wizje
piekła, najbardziej przerażające jakie tylko można poznać, nie ruszając się ze świata doczesnego, odłóż tego
Dantego i zajrzyj pod moje łóżko. Tak ze trzy lata temu. Teraz już nie, teraz rezyduje
tam tylko kurz marny. Nie pomylić z puchem…
Posunęłam się dziś
do naprawdę radykalnych czynów, takich, o jakie nigdy bym się nie posądzała. Postanowiłam
pozbyć się niemalże wszystkich miśków zajmujących okrutnie przestrzeń w moim łóżku. I to
nie z żadnej antypatii wobec miśków, jakże by,
po prostu wkurzyło mnie to, że godzę się na ich obecność bez żadnego
celu. Brzmi dziwnie? Może… Ale z utylitarnego punku widzenia, nie ma sensu
zapełniać przestrzeni rzeczami całkiem niepotrzebnymi, zawadzającymi wręcz. Może bierze się to we mnie z braku szkoły, może to ze zmęczenia przebywaniem w domu, które paradoksalne
narasta ilekroć do niego skądś wracam. Podejrzewam na przykład, że moja
dzisiejsza krucjata porządku swoje źródło ma w mojej wczorajszej podróży do
Zielonej Góry. Która to podróż sama w sobie żadnego związku ze sprawą nie miała…
Łatwo jest zauroczyć
się przedmiotami. Uwierzyć w to, że są nam do czegokolwiek potrzebne, że nasze
życie bez z nich byłoby uboższe. Że skoro możemy, powinniśmy konsumować. Jednak postępując w ten
sposób wpadamy jedynie w błędne koło niespełnionych marzeń, kiedy czegoś nie
mamy i rozczarowań, kiedy to w końcu zdobędziemy. Postanowiłam zerwać z przedmiotami. Pozostawić
przy sobie tylko te, które są mi potrzebne, w liczbie, która jest mi niezbędna.
Reszta niech spada. Zaczynam myśleć, że moje mieszkanie w przyszłości, w dorosłym życiu, czymkolwiek ono jest, będzie
pozbawione jakichkolwiek elementów dekoracyjnych, kurzących się durnostojek,
gadżetów kupowanych kompulsywnie. Wypełnię je za to dobrą energią, harmonią,
poczuciem komfortu i bezpieczeństwa. Solidnością i jakością. A wtedy zaproszę
was na herbatę!
Szczere Kocisko

Ze mnie też sentymentalna bałaganiara. Mimo, że 26 lat na karku nadal na półce parę miśków z coca-coli. Największy problem mam jednak z szafą i ciuchami które już sama nie wiem gdzie upchać, a nie wszystkie są mi potrzebne. Musze jednak zmotywować się do uporządkowania tego bajzlu bo skoro Ty mogłaś to i mi się uda :) Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńNaprawdę, znajdź motywację i to zrób, nawet nie wiesz, jakiej energii dostarcza takie rozprawienie się z niepotrzebnymi przedmiotami! :)
UsuńSama mam w szafie jeszcze trochę starych miśków, ale na razie nie odważyłabym się chyba ich wyrzucić, mam do nich jakiś taki sentyment :) Chociaż pewnie nadejdzie taki dzień.
OdpowiedzUsuńJa chyba ostatnio straciłam większość sentymentów... i zastąpiłam je nowymi ;)
UsuńPrzechodziłam przez podobny etap po maturze, ale od tego czasu znowu nagromadziły się rzeczy, które nigdy mi się nie przydadzą, a ja wmawiam sobie, że albo właśnie przydadzą, albo że będę za parę lat żałować, że je wyrzuciłam,
OdpowiedzUsuńW przyszłym tygodniu się z nimi rozprawię. Uwielbiam Cię czytać, cieszę się, że znowu jesteś :)
Pozdrowienia znad Bałtyku!
Ojej, ale miło mi czytać takie komentarze, dziękuję! :)
UsuńRównież pozdrawiam, niestety tylko z mojego lasu ^^
Rozstanie z niektórymi (no dobrze, większością) pierdół kurzących się jedynie na szawkach, albo leżących w workach poupychanych na strychu jest dla mnie nie do zniesienia. Nie ważne czy to ulubiona zabawka z dzieciństwa, podarte ubranie, czy też cokolwiek innego. Kiedy próbowalam robić porządek i tak nic nie lądowało w koszu. Nie dorosłam jeszcze do wyrzucania i rozstanie z czymkolwiek to największa tragedia.
OdpowiedzUsuńMisie zamiast wyrzucać polecam oddać dzieciom, których rodzice nie mogą sobie pozwolić na zabawki! Dwie dobre rzeczy za jednym zamachem!
Pozdrawiam i zapraszam do mnie :)
Tak, tak, dlategóż właśnie wpakowałam moich przystojniaków do pralki, co widać na załączonym obrazku. Praktycznie nic nie ląduje w koszu - ubrania, książki też oddaję, a bibeloty trafiają na aukcje schroniska dla psów :)
Usuń