Wiecie, może to dziwne i jakieś niedzisiejsze,
ale nie znoszę, jak się robi ze mnie debila! Jak próbuje mi się wcisnąć drogą
sieczkę, kupę w pięknym papierku…
Łapiąc ostatnie chwile wakacji postanowiłam wybrać się z moją mamą na
kilkudniowy rajd – tym razem po północy kraju. Celem naszej podróży było
Trójmiasto, które zobaczyć miałam dopiero pierwszy raz w życiu, jednak nasze
wycieczki rządzą się własnymi prawami i wylądowałyśmy w Malborku. I ja
doskonale wiem, że taki Malbork jest w sezonie stałym punktem rodzinnych
wycieczek niedzielnych turystów, niemieckich turystów, rosyjskich turystów,
skandynawskich turystów, a nawet wietnamskich turystów, jak szaleć, to szaleć.
Zdaję sobie sprawę również z tego, że najłatwiej zarobić na zepsutych przez
bezrefleksyjnych rodziców dzieciach i ich pragnieniu posiadania łuku, kuszy,
zbroi, kubka, czapki, pluszaka, balonika, a w sezonowej turystyce liczy się przecież
głównie kasa i nie powinno to nikogo dziwić. Ale można chociaż spróbować jakoś
ze smakiem odzierać ludzi z tej kasy, no proszę, dobry gust nie boli…
Bo wystarczyłoby te wszystkie ładne zamki, dworki i inne tego rodzaju
atrakcje odnowić, zostawić jak stoją, nie stawiać po kątach tych durnych
manekinów i dennych imitacji dawnych przedmiotów codziennego użytku. Miejsce
plastikowych zwierzątek jest co najwyżej przy stacjach benzynowych...
Co jeszcze mnie boli? Wszystko jest dedykowane dzieciom! Centra nauki –
gdańskie, gdyńskie, czy warszawskie (może warszawskie mniej, sama nie wiem…)
pełne są atrakcji dla najmłodszych, które oczywiście są płatne, w
przeciwieństwie do tych prawdziwie wartych uwagi rzeczy – wystaw fotograficznych
etc., na które wstęp jest co prawda
darmowy, ale tylko za okazaniem biletu na wystawy interaktywne. To przykład z
Hewelianum, przed którym koniec końców uciekłam w obawie przed upupieniem…
Rzygam infantylizacją. I może wytkniecie mi, że hej, przecież tak
zarzekałam się, żem dziecko, że hołduję radości pięciolatka, że dalej wolę
widzieć słonia w wężu - nie kapelusz. Ale wiecie co? To bezzasadne, ponieważ dalej
tak jest! Wierzę w dziecięcy geniusz, w to, że o ile nikt dzieciakowi nie
przeszkadza, nie faszeruje go pragnieniem posiadania, które, uważam, jest
zawsze nabyte i – no właśnie – nie robi z niego debila, to będzie on chłonął realną
wiedzę, tolerancję dla różnorodności i umiejętność krytycznego myślenia, kurde,
jak gąbka!
Wiecie, mam wakacje, więc to chyba normalne i oczywiste, że chciałabym
coś zobaczyć, bo kiedy? Zaraz będę przecież w klasie maturalnej i poza ciągami czarnych
znaków na białym papierze zobaczę niewiele, i nie uważam za słuszne uwag, że
przecież to sezon, więc czego się spodziewałam. Wkurzam się, bo nie da się
zwiedzać miejsc, które na to naprawdę zasługują. Kiełbaszenie się w tłumie
nieogarniętych grup z przewodnikami, rodziców opowiadających swoim dzieciom pseudohistoryczce
brednie, żeby nie wyjść na mało światłych i chucherkowatych licealistów w stylizowanych
na średniowieczne fatałaszkach jest mało rozwijające. Wiecie co jest lepsze?
Małe muzea w małych miejscowościach. Na przykład w Ziembicach jest sobie największa
w Europie kolekcja zabytkowych żelazek. W Ząbkowicach Śląskich jest przyjemna
wystawa o życiu w PRL-u i o wsi XX wieku, przy czym spokojnie można sobie
odpuścić „muzem Frankensteina”. Mili panowie oprowadzający po tych miejscach wiedzą,
co mówią, są pasjonatami, a że ruch mają w interesie nieduży, cieszą się zawsze
ilekroć zobaczą, że zwiedzający są naprawdę czymś zainteresowani. W gorzowskim spichlerzu
czeka na was za to bardzo, bardzo fajna wystawa malarska „Wokół Arsenału 55”.
Odwiedzając Zieloną Górę zapomnijcie o muzeum dawnych tortur i muzeum wina, bo
to dno i plastik, zainteresujcie się za to wystawą o historii miasta,
obejrzyjcie zbiory figur sakralnych z końca średniowiecza pochodzących z
okolicznych miejscowości, podziwiajcie kolekcję zegarów sprzed I wojny
światowej i prace nastolatków z pogranicza, które swoją wartością artystyczną przewyższają
egzaltowany, hipsterski szajs określany mianem alternatywy. Nie dajcie robić z
siebie idiotów, dobrze? Gdyby nie było popytu na plastikowe zabytki, naiwne
lekcje „historii” i sprowadzanie dzieci do poziomu intelektualnego żachwy z
ADHD, to nikt by nikomu tego nie wciskał…
Szczere Kocisko
Dlatego ja wolę cóż..mniej popularne miejsca właśnie, jak te małe muzea. Te, na których niekoniecznie się zarabia, nie są tak widowiskowe...ale czuć niepowtarzalny klimat- czy to historii, czy natury.
OdpowiedzUsuńOj, ja też. Ale pokusiło mnie, by raz wejść na utartą ścieżkę... No cóż, szybko dostałam nauczkę i teraz wracam z podkulonym ogonem na nieznane szlaki :)
Usuń