![]() |
| Przygotowywania. Jak widać, dopingował mnie nawet mój laptop! |
Tematy poznałam pewnego wieczoru, kiedy to byłam na wakacyjnym wyjeździe z… panią od polskiego. W ramach konkursu literackiego. Splendor trochę? Nieważne. Temat wybrałam od razu. „W poszukiwaniu straconego czasu. Pamięć jako mechanizm psychologiczny, zasób kulturowy i tworzywo literackie”. Oczywiście nie było jeszcze oficjalnej bibliografii proponowanej przez Komitet Centralny, ale polonistka przygotowała mi naprędce zestaw powieści, które można było pod ten temat podpiąć oraz jedno opracowanie, którego znajomość, jak się później okazało, przydała mi się nawet na etapie ustnym. Zaczęłam czytać. Paradoksalnie czytałam wtedy mniej niż teraz, po olimpiadzie, ale w tamtym czasie czułam się, jakbym nic, poza czytaniem nie robiła. Oficjalna bibliografia do mojego tematu pojawiła się dopiero pod koniec wakacji. Powinniście zobaczyć moje przerażenie, kiedy zorientowałam się, że są tam tylko opracowania, rozprawy naukowe, publikacje badaczy, o których nigdy dotąd nie słyszałam. Popłoch, przerażenie, panika – prawie żadnej z tych pozycji nie było w moim mieście. A jeśli były – ktoś ich uparcie nie zwracał do biblioteki. A przecież i tak byłam w tamtym czasie z bibliotekami na bakier… Nie wyobrażacie sobie nawet, jak wściekła byłam na wszystkie potencjalne osoby, przez które nie mogłam ruszyć z pracą.
W tym momencie powinnam napisać wam, czym dla
mnie był udział w olimpiadzie. To, co myślałam o swojej roli w tym
przedsięwzięciu i szansach z nim związanych zmieniało się cyklicznie. Najpierw
było: „to moja jedyna szansa na
cokolwiek, jedyna nadzieja, inaczej nic nie osiągnę, tak bardzo zazdroszczę tym
wszystkim humanistom, są sto razy mądrzejsi
ode mnie, nigdy nie będę jedną z nich!”. Potem: „ja wam wszystkim pokażę
(ciekawe komu…)! Kto, jak nie ja, przecież wkładam w to najwięcej serca!”. Aż
wreszcie: „w zasadzie to ta olimpiada ma mnie tylko zabezpieczyć, przecież i tak
nie wybieram się na żadną filologię…”
. Muszę przyznać, że im dalej udało mi się zajść, tym bardziej pozytywne
podejście miałam. Początek był zdecydowanie najgorszy.
Zaczął się rok szkolny, a ja zabrałam się za
pisanie rozprawki na pierwszy etap. Mój temat dzielił się w naturalny sposób na
trzy części, tak też zaplanowałam rozkład pracy. Tekst trzeba było oddać do 14
grudnia, postanowiłam więc pisać pięć stron = jedną część na miesiąc. Początek
grudnia zostawiłam na korektę i sporządzanie bibliografii (uwaga, to naprawdę
upierdliwe, nużące i ogólnie nieprzyjemne zadanie, ale nie zajmuje więcej, niż
dwa dni przy dobrej organizacji pracy). To zabawne, bałam się, czy uda mi się napisać pracę o wymaganej minimalnej objętości,
a na koniec i tak musiałam skracać, zmniejszać marginesy, upychać tekst. Prawie
udało mi się zmieścić w te ramy czasowe, jedynie koniec września i początek
listopada stanowiły dla mnie momenty kryzysowe, w których myślałam, że nie mam
szans na przejście tego etapu, ale i tak nie miałam zamiaru porzucać pracy. W
końcu musiałam udowodnić mitycznym im
wszystkim, że potrafię. Tak naprawdę chodziło tylko o mnie samą, bo z osób mi bliskich nikt we mnie nie wątpił, a obcymi się nie przejmowałam. Problem i źródło kompleksów stanowili dla
mnie tylko ludzie, którzy ciągle konsultowali się z moją prowadzącą. Jak się później okazało, stresowałam się niepotrzebnie, te osoby dopiero zastanawiały się
nad swoim udziałem w olimpiadzie, a ja wyobrażałam sobie nie wiadomo co i jak
głupia płakałam wieczorami. Naprawdę,
nie warto wyolbrzymiać sprawy. Jasne, aby sobie z OLiJP-em poradzić, trzeba włożyć w to nieco pracy i energii,
ewentualnie być naprawdę bardzo oczytanym i wprawionym w pisaniu obszernych
prac (ale to nie jest konieczne i jestem na to dobrym przykładem – nawet nie rozszerzałam polskiego ani nie
chodziłam na żadne kółko, nie uczyłam się też dodatkowo w domu materiału, który
robi się na rozszerzeniu… Moim zdaniem to zupełnie niepotrzebne, wystarczy
umieć myśleć).
Z technicznych rzeczy dotyczących pierwszego
etapu: pisanie pracy bez problemu udało
się pogodzić ze szkołą, blogiem i życiem – pisałam ją głównie w weekendy.
Według mojego „rozkładu jazdy” musiałam miesięcznie wyrzucić z siebie tylko 5
stron, co wymagało tak naprawdę przeczytania tylko dwóch publikacji miesięcznie,
przemielenia tego w głowie i poświęcenia kilku wieczorów na to, aby przelać to,
co wymyśliłam, z głowy na papier. Ważna sprawa:
nawet, jeśli nie wykorzystujecie wszystkich materiałów polecanych przez KO (to
jest wręcz niemożliwe), wypełniajcie punkty, które są w oficjalnych rozpiskach
– przecież to wykaz tego, czego oczekują od was sprawdzający, nie można sobie
chyba bardziej ułatwić…
Uff… Najcięższą
część całek opowieści mamy z głowy. Teraz będzie już bez wynurzeń natury
osobistej, bez opisów moich ataków paniki itd. Dlaczegóż? Kiedy się już
dowiedziałam, że na 100% przeszłam do drugiego etapu zrobiło mi się na serduchu
lżej. Trochę odpoczęłam i na krótko przed feriami zaczęłam się przygotowywać
dalej. Dostawałam od nauczycielki prowadzącej testy językowe z lat poprzednich,
pisałam również prace na tematy, które pojawiały się już na olimpiadach. Uwaga: pisałam TYLKO rozprawki. Wstyd przyznać, ale nawet nie
próbowałam pisać interpretacji. Po pierwsze – nie lubię naciąganego szukania
analogii, choć analogie same w sobie kocham płomienną miłością i kiedy jakaś
mnie zaskoczy, nie mogę nie podzielić się tym z całym światem. Po drugie – nie
lubię gwałcić poezji i łopatologicznie przedstawiać komukolwiek, o co może w
danym utworze chodzić i kto już na to wpadł. Po prostu nienawidzę analiz
interpretacyjnych. Tych pisanych, oczywista.
W przygotowaniu do drugiego etapu bardzo
pomogli nauczyciele. Prawie całą olimpijską ekipą spotykaliśmy się w ferie
zimowe, rozwiązywaliśmy kolejne testy, rozmawialiśmy o naszych postępach,
analizowaliśmy poezję. Było całkiem fajnie, nie wymagało to wielkiego
poświęcenia, można było zaparzyć sobie herbatkę, no żyć nie umierać! Cały czas
starałam się czytać dużo książek. Ale jest jedna sprawa – nie robiłam notatek! Zapisywałam jedynie tytuły i autorów przeczytanych
dzieł, może jeszcze jakieś najważniejsze motywy. I tyle. Próbowałam też
przypomnieć sobie wszystkie dobre książki, które czytałam. I znów – tytuł,
autor, rok wydania, motywy. Obeszło się
bez cytatów, którymi tak stresowała mnie zarówno polonistka, jak i ekipa
współolimpijczyków. To zabawne, bo dopiero teraz, po zdobyciu tytułu finalisty,
zaczęłam robić notatki i zapisywać cytaty. I naprawdę robię to rzetelnie! Ale
hej, miało być już bez osobistych wynurzeń…
Nie będę wam przybliżać zasad oceniania na
poszczególnych etapach, od tego jest przecież strona OLiJP-u. Poza tym, chyba
wprowadzono jakieś zmiany… ale to już
nie moja brocha. Swoje się naczytałam ustaleń szanownego KO, wiecie? Ale kiedy
przejdziecie pierwszą część drugiego etapu, na którą składa się test językowy i
praca pisana na miejscu, w mieście, w którym jest wasz komitet, czeka was
prawdopodobnie najtrudniejsza i najważniejsza, jeśli nie chce wam się pisać
matury z polskiego – etap ustny!
![]() |
| Olimpijski rosół na ustnym :) |
I tu znów muszę
zwrócić uwagę na pomoc, jaką otrzymałam od swojej polonistki. Pytania na etapie
ustnym są unikalne, wynikają z waszej pracy z pierwszego etapu, są skierowane
dokładnie do was. Komisja może pytać was o błędy, które pojawiły się w pracy, o
publikacje, z których korzystaliście, o przybliżane przez was definicje, a
także o to, co celowo lub przypadkowo pominęliście! I tu pomoc nauczyciela jest
nieceniona – może on wprawnym okiem, co
to nie jedną pracę olimpijską widziało, wyszukać wszystkie rzeczy, które mogą
komisje zainteresować, i przygotować dla was zestaw możliwych pytań. Ja odpowiadałam na nie skrótowo, pisemnie, a potem przedstawiałam je na spotkaniach z
nauczycielką w pełnej wersji. Musicie doskonale znać swoją pracę, pamiętać,
jaka myśl jest na jakiej stronie, opatrzona jakim przykładem i na podstawie
czego. Naprawdę, w ten sposób was nie zagną. Kiedy już przyjdzie wam
odpowiadać, ubierzcie się ładnie, wyglądajcie uroczo, uśmiechajcie się do
komisji i patrzcie jej w oczy, poświęćcie chwilę każdej osobie siedzącej przed wami! Nawet jeśli wydaje
się wam, że przewodniczący komisji zabił was w myślach już tysiące razy! Nie
przestawajcie mówić, opowiadajcie zdecydowanym tonem, nie szepczcie, tu
nie ma miejsca na nieśmiałość. Jeśli nie wiecie, co odpowiedzieć któreś z
postawionych wam pytań, nie bójcie się. Wykorzystujcie nawet najdziwniejsze
pomysły – może właśnie one uratują wam skórę!
Niezbadane są wyroki oceniających – dostałam najmniej punktów za
pytanie, na które w swoim odczuciu odpowiedziałam najlepiej, najpełniej,
najbardziej „olimpijsko”, a pytanie, na które bardzo naciąganą odpowiedź
podałam całkiem spontanicznie, bo tonący brzytwy się chwyta, było ocenione
całkiem nieźle.
![]() |
| Dwie godziny przed finałem :) |
Tematy na finałową odpowiedź wybiera się
wcześniej i wysyła w formie ankiety/kwestionariusza do Komitetu Centralnego.
Potem trzeba się przygotować. Jak na ironię, przygotowywałam się tylko do
odpowiedzi. Pisząc prace. W sumie to takie dwa w jednym – pisałam obszerne
rozprawki (tak obszerne jak ten tekst) na tematy, z których planowałam
odpowiadać. Chyba tylko ja rozegrałam to w ten sposób, czy by się sprawdziło,
gdybym miała odpowiadać – nie wiem.
Jak zostaje się finalistą? Praca, którą
piszecie w Konstancinie jest oceniana maksymalnie na 30 punktów. Jeśli macie chociaż
10 – jesteście już finalistami, ale nie dostajecie się na odpowiedź. Jeśli
macie 20 i więcej – idziecie na odpowiedź i walczycie o tytuł laureata. Udaje się
nielicznym.
Ale tak naprawdę wyjazd do stolicy na etap centralny to więcej niż sam finał. Bo tytuł finalisty otrzymuje i tak zdecydowana
większość uczestników finału. Najważniejsi są w tym ludzie. Konfrontacja
tego, jak pracowało się samemu, a jak pracowali inni. Zderzenie własnego
podejścia do sprawy z podejściem innych. Zawieranie znajomości. Nawet jeśli
zawiera się je poprzez wpisywanie „#olijp” na instagramie. Naprawdę.
Jeśli mam podsumować to wszystko, o czym tu
napisałam, mogę stwierdzić: warto było. Choć jestem świadoma tego, że
przesadzałam, że denerwowałam się o wiele zbyt mocno, zbyt emocjonalnie
podchodziłam do całej sytuacji i napsułam sobie sporo krwi (sporo krwi straciłam
też poprzez krwotoki, które ze stresu pojawiały się dość często). Warto się do
olimpiady dobrze przygotować, dużo czytać, formułować śmiałe sądy, ćwiczyć
warsztat, dyskutować, czuć adrenalinę, ale nie wolno dać się zwariować i stracić kontroli nad własnym stresem! Przygodę z OLiJP-em zdecydowanie polecam! Nie tylko zadeklarowanym humanistom!
A co na ten temat ma do powiedzenia bogini internetu, blogerka, finalistka tegorocznej olimpiady startująca z tego samego okregu, co ja - Chaos?
Olimpiada=życie.
Albo masz życie, albo masz olimpiadę.
Jeśli myślisz, że uda Ci się zdobyć 100% z maturki z polskiego, nie rezygnując przy tym z pewnych aspektów życia nastolatka, to nawet nie zabieraj się za OLiJP. Przed Tobą nieprzespane noce (bardzo wiele nieprzespanych nocy), sterta książek czekających na przeczytanie i masa pracy włożona w przyswojenie wszystkich potrzebnych informacji. Do tego dochodzi ogromny wkład czasowy – po przyjściu ze szkoły i ogarnięciu pozostałych przedmiotów siadacie do OLiJP, choć w tym samym czasie Wasi znajomi prowadzą bujne życie towarzyskie. Oczywiście wiele zależy od Was – jeśli nie potraficie wyobrazić sobie paru miesięcy pracy naukowej/koniecznie musicie wychodzić wieczorami, nie wróżę Wam przyszłości olimpijczyka. Jeśli chcecie coś osiągnąć, musicie się trochę poświęcić.
Na co zwracać uwagę?
Etap szkolny zacznijcie jak najwcześniej; gromadźcie materiały już w wakacje, żeby nie musieć tego robić w październiku czy listopadzie. Róbcie notatki, szczególnie z dzieł, które musicie szybko zwrócić – dobre notatki są nieocenione w trakcie przygotowań do części ustnej II etapu. Naprawdę przyłóżcie się do swojej pracy – patrzcie na błędy gramatyczne, stylistyczne i merytoryczne (w przypadku błędów rzeczowych KO mogą pracę odrzucić). Dzieło powinno się wyróżniać. Zwróćcie uwagę na formę (np. rozprawka) wymaganą w regulaminie.
Do części pisemnej drugiego etapu trzeba mieć opanowany cały materiał wymagany w szkołach ponadgimnazjalnych (nie ma sensu tego rozwijać – musicie po prostu dobrze orientować się w konspektach, motywach, lekturach, etc. ). Radzę poćwiczyć pisanie interpretacji i rozprawek (uwaga: moim zdaniem w interpretacji łatwiej zabłysnąć, chociaż bardzo prosto można ją położyć; rozprawki są „bezpieczniejsze”, choć bardzo przekrojowe). Do testu językowego przygotowujcie się, rozwiązując testy z poprzednich lat – typy zadań są takie same. Część ustna to obrona pracy z pierwszego etapu, więc musicie znać swoje dzieło od podszewki . Aha – komisja tak naprawdę może zapytać o wszystko.Trzeci etap to powtarzanie drugiego etapu, z jednoczesnym uzupełnieniem braków w swej wiedzy. Ćwiczcie interpretację porównawczą! Jeśli uda się Wam dojść do ustnego, to zapamiętajcie dwie rzeczy. Pierwsza: trzeba umieć zachować zimną krew przed komisją (tak, zadają pytania zbijające z tropu) i inteligentnie lać przy tym wodę. Druga: przepisowe 20 minut potrafi wydłużyć się do 45 (wiem to z autopsji), więc nie spoglądajcie nerwowo na zegarek. Gadajcie!Wiem, że możecie mieć teraz przerażone miny… Ale warto. Gdybym mogła, poszłabym jeszcze raz. Ostatnia wskazówka olimpijki-pierwszoklasistki: nie radzę startować w pierwszej klasie – musicie opanować w pół roku materiał z trzech lat + rozszerzenie.
Dla przeciwwagi wypowiedział się również Michał. Też z tytułem finalisty. Też z tego samego okręgu, ba, nawet z mojego liceum, ale za to z nieco innym podejściem:
Czas na podsumowania. Przygotowywanie się do olijp było po prostu fajne. A podróżowanie na kolejne etapy to fajna okazja, by poznać fajnych ludzi. Za dużo słowa "fajny"? A kto powiedział, że uczestnik olijp musi się posługiwać ciągle terminami akademickimi? Żart. Chodzi o to, aby umiejętnie sobie rozgraniczyć życie olimpiadowe od życia poolimpiadowe. Wbrew pozorom to ciężka sztuka, bo znam ludzi, którzy mają nagle wstręt do książek.
![]() |
| Z okna w pokoju w Konstancinie. Przed ogłoszeniem wyników... |
Trzy osoby - trzy różne ujęcia tematu. Bo na pytanie, jak się przygotowywać, aby coś osiągnąć, nie da się odpowiedzieć jednoznacznie. Każdy z nas swoją olimpijką drogę przeszedł zupełnie inaczej. Każdy zwrócił uwagę na co innego. Ale wypowiedź każdego z nas jest w równym stopniu autentyczna i prawdziwa. Wierzę, że dziejąc się swoim doświadczeniem, mamy szansę pomóc komuś, kto może nie wie, czy brać udział w olimpiadzie, obawia się, że nie da rady lub nie wie, jak się za to zabrać!
Wszystkim tegorocznym uczestnikom olimpiady życzymy powodzenia i... dobrej zabawy!




Też brałam udział w olimpiadzie w liceum (o matko, jak to dawno było!) - niestety do ustnego etapu się nie dostałam, ale wspomnienia fajne zawsze zostają :) A teraz? Teraz mam w kieszeni magistra filologii polskiej i zastanawiam się: co dalej? ;P
OdpowiedzUsuńPisklu from http://tratwasquad.blogspot.com/
dodajemy do obserwowanych i zapraszamy do nas :)
Hmm wydaje mi się, że filologia polska wbrew pozorom umożliwia sporo, ale to zależy od wkładu własnego osoby, która podejmuje takie studia. Znam ludzi po filologii, którzy są literatami, poetami, wydawcami, dziennikarzami, którzy robią w marketingu... Naprawdę, da się! :D
UsuńHa, bogini internetu <3
OdpowiedzUsuńDobry wpis. Naprawdę dobry. Niech przyszli olimpijczycy wiedzą, co ich czeka!
BTW - tak gdzieś miało być "błędy (...) merytoryczne" zamiast "retoryczne", ale niech będzie. Chyba się ludzie zorientują, o co chodzi :)
A hashtag #olijp jest najlepszym sposobem na poznanie nowych przyjaciół, potwierdzam.
O, dzięki, że dajesz znać, zaraz poprawię :)
UsuńJakżeby nie miał być dobry, zawiera przecież boski pierwiastek :D
Haha, zwierzenia pierwszej osoby kończą się słowami "nie wolno dać się zwariować i stracić kontroli nad własnym stresem! Przygodę z OLiJP-em zdecydowanie polecam!", a zwierzenia drugiej zaczynają się stwierdzeniem "Albo masz życie, albo masz olimpiadę". Rozbawiło mnie to :) Bardzo fajnie, że napisaliście coś takiego! Ja polecam wątek na Wizażu, który zresztą współtworzyłam :)
OdpowiedzUsuńJa też w tym roku brałam udział w OLiJP, zostałam zaproszona do Konstancina i zostałam finalistką, do ustnego niestety nie doszłam. Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, uważam, że przygotowując się do olimpiady (nie tylko z polskiego) przede wszystkim trzeba pamiętać, że TO TYLKO KONKURS. Nie jest tak, że twoje całe życie od tego zależy. Jasne, 100% z matury i ta kartka, na której jest napisane, że zostałaś finalistką/laureatką, na pewno się przydadzą, ale świat się nie skończy, jeśli ci się nie uda, a czego się po drodze nauczyłaś, to twoje. Każdy konkurs to w jakimś stopniu hazard, a te z polskiego, bardzo niewymiernej dziedziny, tym bardziej. Nie przejmujcie się tak bardzo! To nieprawda, że żeby zostać finalistą, trzeba być genialnym jak Szekspir, pracowitym jak Flaubert i natchnionym jak Mickiewicz. Co oczywiście nie znaczy, że jest łatwo - rzeczywiście przez kilka miesięcy ma się wrażenie, że nie robi się nic poza czytaniem, czytaniem, czytaniem, robieniem notatek, pisaniem i przeklinaniem tego wszystkiego. Ale skoro można osiągnąć sukces, będąc w 1 klasie i nie mając żadnej pomocy ze strony nauczycielki... to chyba nie jest tak źle :D
A tak na marginesie i bardzo osobiście, akurat ja nie wiem, czy wzięłabym udział w OLiJP drugi raz i czy mogę z czystym sercem polecić ten sposób spędzenia niemal całego roku szkolnego. Niby czegoś się nauczyłam, ale w sumie nauczyłabym się tego tak czy siak w szkole albo samodzielnie, za to nie musiałabym tracić mnóstwo czasu na uczenie się jakichś dziwnych, nieciekawych i mało przydatnych rzeczy, które już pewnie zdążyłam zapomnieć. Nie wiem, może źle podeszłam do nauki; trzeba olimpiadzie policzyć na plus, że nauczyła mnie, jak się uczyć, a jak nie :) Niemniej myślę, że mogłabym te miesiące spędzić inaczej... czytając, ucząc się, ale bez presji, stresu, poczucia, że mam tak mało czasu, że tak niewiele wiem. Nauczyłam się "Kordiana" i "Balladyny" (o tym pisałam "rozprawkę") na pamięć, ale książek niezwiązanych z olimpiadą zbyt wiele nie przeczytałam. Oczywiście nie twierdzę, że OLiJP to strata czasu, ale osobom zastanawiającym się, czy wziąć udział, być może przyda się opinia inna niż "mimo wszystko OLiJP jest super i warto" :)
Dobra, czas kończyć zwierzanie się na cudzym blogu...
Chyba nie zasługuję na tytuł finalisty.
Pozdrawiam,
Applebloom
PS "To dobry test naszej odporności. Przyda się w dalszym życiu, więc myślenie o olijp w takiej kategorii jest bardzo dojrzałe i mądre. Aha, uważam za najistotniejsze to, aby nie traktować pracy nad olimpiadą jako typowej nauki, czyli pamięciówki, suchej teorii itp." - b. dobra rada
Usuń"Każdy konkurs to w jakimś stopniu hazard" - mądre zdanie, zgadzam się z tym.
UsuńGratuluję wszystkim sukcesów! Patrząc, kolejny raz, na przygotowania z perspektywy czasu, co myślicie o czytaniu wszystkich lektur obowiązkowych, których lista jest na stronie OLiJP?
OdpowiedzUsuńAbsolutnie się tą listą nie przejmowałam :)
UsuńAczkolwiek większość podanych tam lektur to po prostu lektury szkolne, więc większość się zna bez dodatkowego przygotowywania się :)
Również brałam udział w tej olimpiadzie. Jednak nie zawsze wszystko kończy się tak szczęśliwie, jak skończyły się Wasze historie. Nie jestem tu po to, by krytykować, lecz również chętnie podzielę się swym odmiennym doświadczeniem, więc oczywiście gratuluję i zazdroszczę sukcesów. Zazdroszczę również kilku rzeczy niezależnych od człowieka, ale mających w niektórych momentach życia decydujący wpływ na jego losy. Jedną z tych rzeczy jest po prostu szczęście, niestety niekiedy go brak. Drugim czynnikiem są życzliwi ludzie. Na decydującym zakręcie tej zawiłej drogi można po prostu trafić na kilkoro, których w ten sposób określić nie można. Wtedy koniec. Stwierdzenie, że do końca dochodzą sami pasjonaci, "najlepsi", a odpadają ci gorsi, mniej zaangażowani, nie jest prawdą. Trzeba się zastanowić, czy jeśli ktoś po tym wszystkim przestanie kochać literaturę, język polski i choć odrobinę żałuje czasu poświęconego na naukę tych wszystkich zagadnień, naprawdę był tego godzien. A nawet jeśli w rzeczywistości ktoś coś kocha, nie lubię, gdy się wywyższa ponad innych. Tutaj pozwolę sobie na skierowanie kilku słów do autorki wpisu. Droga Szczere Kocisko, nie znasz całej sprawy, wszystkich uczestników, pracy i serca, które włożyli w ten konkurs, wszystkich czynników kształtujących sytuację, więc nie określaj się mianem najlepszej. Nawet gdybym była finalistką, nie odważyłabym się tak o sobie powiedzieć. Jak to mądrze napisał Anonimowy "Każdy konkurs to w jakimś stopniu hazard". Myślę, że właśnie OLiJP szczególnie. I przepraszam, Autorko, za kilka słów prawdy, gdyż nie chcę nikogo urazić. Dla mnie język polski był całym życiem, jest nim i nic tego nie zmieni, mimo że moja historia nie jest tak idylliczna. Nie chcę wprowadzać posępnego nastroju wśród tylu pozytywnych, ale chcę zwrócić uwagę na drugą stronę medalu. Nie będę się całkowicie "wywnętrzniać" tutaj, gdyż moja historia jest zbyt długa, żebym mogła ją opisać w komentarzu na blogu.
OdpowiedzUsuńJeśli kogoś nie zraził posępny nastrój tego komentarza, a chciałby po prostu wiedzieć, w co ma zamiar się wpakować (choć ja nie żałuję, jednak może nie wszyscy są świadomi wszystkich czynników niezależnych od nich, które mogą zniweczyć wszelkie starania), znać wszystkie pozytywy i negatywy, zapraszam, możecie do mnie napisać: humanistka.literacka@onet.pl
Wbrew pozorom nie gryzę, nie drapię i nie warczę, tylko również chcę w czymś pomóc.
I nawet potrafię dodać na końcu komentarza tę uroczą uśmiechniętą buźkę. :)
Dodam tutaj jeszcze raz ten adres dla wszystkich, którzy chcieliby poznać OLiJP z nieco innej, ale równie prawdziwej perspektywy.
Usuńhumanistka.literacka@onet.pl
Hej, nie Anonimowy, tylko Applebloom! Podpisałam się tym nickiem, bo używałam go na wątku na Wizażu, o którym wspomniałam wyżej.
UsuńPoruszyłaś, Świtezianko, ważną kwestię: czasem niepowodzenie nie oznacza, że na nie nie zasługujemy i powinniśmy umrzeć. W OLiJP dużo zależy od tego, jakiego ma się nauczyciela polskiego. Od tego, jakie dostanie się pytania i komisję na ustnym. Od tego, jaki humor będą miały osoby sprawdzające twoją pracę i co pomyślą o twoim charakterze pisma. Słyszałam parę historii o OLiJP i innych olimpiadach, parę sama miałam okazję oglądać - wynika z nich, że komisje bywają... cóż, ładne słowa tego nie wyrażą. Niemniej polecam podejście "to tylko konkurs, a każdy konkurs to w jakimś stopniu hazard". Sprawdziłam je osobiście, bo kilka konkursów byłam przegrałam; w końcu przestałam się przejmować, nabrałam dystansu - właściwie nie tylko do przegranej, ale i do wygranej. Świtezianko, jestem ciekawa Twojej historii - i lubię historie o OLiJP w ogóle - mogłabyś ją opowiedzieć? Jeśli nie tu, to może na Wizażu?
Tak by the way, nie do końca rozumiem zdanie: "Trzeba się zastanowić, czy jeśli ktoś po tym wszystkim przestanie kochać literaturę, język polski i choć odrobinę żałuje czasu poświęconego na naukę tych wszystkich zagadnień, naprawdę był tego godzien." W sensie, że jeśli trochę żałuję wzięcia udziału w olimpiadzie, to na to (co?) nie zasługuję?
Applebloom
Witaj Świtezianko!
UsuńTak, szczęście też się liczy. Odczułam to szczególnie, kiedy byłam jedną z trzech osób w szkole, które przeszły etap ustny. Dlaczego? Bo było kilka osób, którym "się bardziej należało" i jakoś musiałam się zmierzyć z tym, że ludzie reagowali na mój "sukces" na zasadzie "fajnie, że przeszła, ale zabrała miejsce X czy Y".
Może miałam sporo szczęścia, dostałam "prostszą" grupę na teście językowym, pytania na ustnym mnie nie zaskoczyły (choć to zasługa polonistki, która zasypała mnie dziesiątkami możliwych pytań), podobały mi się tematy rozprawek (z wyjątkiem tych finałowych)... Ale to w żadnym wypadku nie było szczęście głupiego - to wymagałoby zdecydowanie zbyt wielu zbiegów okoliczności...
W żadnym wypadku nie czuję się najlepsza. Po pierwsze - nie jestem laureatką. Po drugie - jak napisałam kilka komentarzy wyżej - nawet nie znam wszystkich lektur obowiązkowych. Po trzecie - jadę na samych rozprawkach.
I co najważniejsze - umiejętność czytania ze zrozumieniem jest na olimpiadzie bardzo istotna. Wobec tego, wskaż mi fragment, w którym określam się mianem najlepszej. Myśl, do której się odwołujesz, zarzucając to, czy dokładniej zarzucając mi zarzekanie się, że włożyłam w olijp najwięcej serca, jest wzięta w cudzysłów. Chodzi w niej o to, by pokazać,jak myślałam i jak próbowałam racjonalizować sytuację rok temu, gdy zaczynałam pisać pracę olimpijską. Chciałam, aby czytający ten wpis znali moje podejście, które nie było najzdrowsze ani najmądrzejsze.
Aha, prezentujemy tu same pozytywne historie, między innymi dlatego, że gdybym sama się przed olimpiadą naczytała negatywnych świadectw, według których spotkanie nieżyczliwego człowieka na olimpijskim zakręcie to definitywny koniec (z czym się absolutnie nie zgadzam), nigdy nie uwierzyłabym w swoje możliwości.
Pozdrawiam literacką humanistkę!
Pozwolę sobie zauważyć, że według własnej relacji na początku nie wierzyłaś w swoje możliwości. "Niepozytywne" historie też się mogą przydać, bo przed podjęciem decyzji o udziale warto byłoby znać nie tylko plusy, ale i minusy tej zabawy. Oczywiście minusem nie jest to, że można przegrać - z podejściem "nie warto się starać, bo i tak się nie uda" raczej zbyt wiele się nie zrobi w żadnej dziedzinie. Ale minusem jest to, że można przegrać nie tylko z własnej winy - bo przyczyną niepowodzenia może być i nauczyciel, i głupie pytania na ustnym, i złe komisje, etc. Nie znaczy to, że sukces na olimpiadzie zależy wyłącznie od humoru sił wyższych, ale... trochę, owszem, zależy. Zwłaszcza na olimpiadzie z polskiego.
UsuńSwoją drogą, w przypadku OLiJP nie da się niczego ustalić - ile osób, tyle opinii!
Applebloom
Eh, znów niezbyt dokładnie się wyraziłam... Nie wierzyłam w swoje możliwości, ale te momenty zwątpienia i deprecjonowania swoich szans przeplatały się z okresami wielkiego entuzjazmu i idealistycznego podejścia, że jak nie ja, to kto... Nieważne, akapit trzeci, jak coś...
UsuńGdybym jednak od początku zdołowała się myślą, że decyduje fatum, a nie moja ciężka praca i zaangażowanie, to na pewno nie dałabym rady.
Poza tym, uważam, że to jest takie głupie gadanie - siły wyższe. Jasne, miło szukać winy w czynnikach zewnętrznych. Prawda jest taka, że nauczyciela prowadzącego nikt nam z góry nie narzuci (chyba w żadnym ogólniaku nie ma tylko jednego polonisty i na pewno jest jakiś z laureatami na koncie...), jeśli jesteśmy specjalistami od swojego tematu (a po kilku miesiącach olimpiady powinniśmy!) to na ustnym też nie powinniśmy doznać szoku, komisji też nie ma co demonizować - w moim okręgu jest bardzo surowy i bardzo, bardzo mądry językoznawca, który od olimpijczyków oczekuje więcej, niż od swoich studentów, i co, nawet jeśli się go swoją odpowiedzią nie zadowoli, nie ma tragedii, da się przejść dalej!
Wydaje mi się, że o sukcesie na olijp, decyduje jednak przede wszystkim umiejętność argumentowania, znajdowania analogii, autoprezentacji, panowania nad stresem i ciężka praca. I, jasne, odrobina szczęścia, ale to taka wisienka na torcie - obędzie się bez szczególnego farta, ale przy braku umiejętności i on nie pomoże...
Przecież nie twierdzę, że decydują siły wyższe - "Nie znaczy to, że sukces na olimpiadzie zależy wyłącznie od humoru sił wyższych, ale... trochę, owszem, zależy". Poza tym ja nie szukam winy, bo w moim przypadku żadnej winy nie ma - zostałam finalistką. I zgadzam się, że sukces zależy od rzeczy, o których napisałaś; dodałabym jeszcze: od umiejętności organizacji czasu i pracy, od umiejętności ładnego i szybkiego pisania, wreszcie, rzecz jasna, od tego, ile w życiu przeczytało się książek. Ale - cały czas mam na myśli tylko to - jakaś tam część nie zależy od nas. Masz rację, teoretycznie można wybrać sobie nauczyciela, ale co, jeśli w twoim liceum akurat nie ma takiego, który miałby na koncie laureatów i finalistów? Poza tym, zwracając się do innego nauczyciela, naraża się na gniew i zemstę uczącego cię profesora. Co do ustnego - jasne, powinnyśmy być specjalistami i przeważnie jesteśmy, ale tak naprawdę oni mogą zapytać o wszystko. Moje pytanie językowe było straszne - miałam wyjaśnić termin, którego nigdy nie słyszałam. Wybrnęłam dzięki łaskawości komisji.
UsuńOto, co mam do powiedzenia na ten temat. Jakie wnioski się z moich słów wyciągnie - to już zależy od osoby. Wiele osób, tak jak Ty, uzna, że "odrobina szczęścia to taka wisienka na torcie - obędzie się bez szczególnego farta, ale przy braku umiejętności i on nie pomoże..." i to bardzo dobre podejście, pochwalam je; ale niektórzy być może dojdą do wniosku, że jednak nie warto psuć sobie krwi z powodu tej olimpiady, i wykorzystają rok szkolny inaczej. Mam nadzieję, że ostatecznie wyjaśniłam swoje intencje i poglądy i nie zostanę już źle odebrana :)
Applebloom
Dobra, chyba w końcu doszłyśmy do porozumienia i momentu, w którym nic więcej wyjaśniać nie trzeba :) i super, dzięki za dyskusję :)
UsuńDobrze, że w Twoim przypadku zadecydowały rzeczywiście praca i zaangażowanie. W moim niestety zadecydowały układy w komisji z ustnego. A to, na jaką komisję się trafi, zależy już właśnie od szczęścia bądź fatum.
UsuńDo tego dnia wszystko układało się dobrze. Po części pisemnej miałam drugi wynik w województwie, jeden z najwyższych w Polsce, z testu językowego miałam trzeci wynik w kraju. Samych punktów z części pisemnej miałam więcej niż wymagane minimum kwalifikujące do udziału w finale. Do części ustnej przygotowywałam się bardzo solidnie, nie chodziłam na żadne lekcje, tylko uczyłam się do olimpiady. W domu tak samo. Moja polonistka jest naprawdę wspaniałą osobą, nikt nie mógłby mnie lepiej przygotować, ciągle mnie wspierała. O swojej pracy pisemnej wiedziałam wszystko, dobrze opanowałam epoki, zagadnienia z nimi związane, opracowania, zagadnienia językowe, wszelakie konteksty, które mogłyby się przydać. Pytania na ustnym mnie nie zaskoczyły, choć w trochę dziwny sposób wiązały się z pracą. Niemniej jednak potrafiłam na nie odpowiedzieć, mówiłam dużo, argumentowałam wypowiedź, operowałam kontekstami. Nie zjadł mnie stres. Niestety komisja przerywała mi, nie pozwalała powiedzieć wszystkiego. Nikt nie zadawał mi żadnych pytań dodatkowych, dostałam jedynie te trzy główne. Recenzentka pracy z etapu szkolnego w ogóle mnie nie pytała, nie była też szczególnie zainteresowana moją odpowiedzią. Jednak z sali wyszłam zadowolona, bo dobrze odpowiadałam i udzieliłam wyczerpujących odpowiedzi na wszystkie pytania. Później okazało się, że pytano mnie najkrócej ze wszystkich, którzy odpowiadali przy tej komisji... I nie dano mi choćby tego minimum koniecznego, by przejść dalej, a punkty były jakby od linijki, bo razem z moją nauczycielką poprosiłyśmy o możliwość wglądu. Pan, który rozdawał dyplomy, każdemu, kto nie przeszedł dalej, powiedział, że zaprasza do udziału w przyszłym roku. Każdemu, tylko nie mnie...
Dlatego, podsumowując, o sukcesie w tej olimpiadzie powinny decydować czynniki, które wymieniłaś, Szczere Kocisko, ale w moim przypadku niestety tak nie było. Może w innych okręgach było inaczej, nie przeczę. Podejrzewam jednak, że takich sytuacji jak moja mogło być więcej. Ja akurat trafiłam pechowo i to zadecydowało o wszystkim. I nie pomogły odwołania od tej decyzji, bo po etapie ustnym niczego nie udowodnisz, niestety. Najbardziej boli mnie to, że z całości miałam tyle punktów, które, gdyby było inaczej, umożliwiłyby mi udział w finale. Boli mnie to nawet teraz, po upływie czasu. Nic na to nie poradzę, miałabym inne odczucia, gdybym to ja coś zawaliła czy gdyby pytania mnie zaskoczyły. A po prostu nieszczęśliwie trafiłam. Mimo wszystko chcę spróbować jeszcze raz, bo nie mam już nic do stracenia.
Nikomu nie życzę takiej sytuacji, jaka mnie spotkała.
Ou... Czyli to w Twoim okręgu były te "tajemnicze nieprawidłowości"? . Współczuję...
UsuńTak, w moim na pewno i z ich strony internetowej wynikało, że jeszcze gdzieś. Ale niestety całe to tropienie nieprawidłowości przez Warszawę mi nie pomogło, bo przebiegu tej części egzaminu nie ma na żadnym piśmie. Wszystko odbywa się za zamkniętymi drzwiami. I wtedy już naprawdę wiele zależy od tego, na jaką komisję się trafi. Po etapie ustnym odwołaniami niczego się nie da im udowodnić, choćby nie wiem, jak szczegółowo została opisana sytuacja.
UsuńNo cóż, zabrakło mi niestety szczęścia i trafiłam na ludzi, których potrafię określić jedynie najbardziej negatywnymi słowami. Komisja miała jakieś swoje układy, więc to wszystko nie było obiektywne. Mam wrażenie, że oni wiedzieli, ile mi dadzą punktów, jeszcze zanim weszłam do tej sali. Ciekawy fakt wynikał też ze stron internetowych szkół, z których ludzie przeszli dalej. Dziwnym trafem wszystkie współpracowały z tamtą uczelnią. I w tym okręgu tego dnia nie przeszła ani jedna osoba ze szkół nieobjętych ich patronatem...
Dobra, takie akcje są rzeczywiście świńskie...
UsuńStraszne... Bardzo Ci współczuję!!!
UsuńCzyli na tym polegały te "nieprawidłowości", które próbowano wyjaśnić, "weryfikując" prace pisemne z II etapu? W takim razie nie bardzo im wyszło...
Applebloom
Najprawdopodobniej tak, chociaż do końca nie wiem, czy ta weryfikacja była związana z tą sprawą, czy z czymś jeszcze innym. Dziwi mnie to, że nieprawidłowości były na etapie ustnym, a oni sprawdzali prace pisemne. Ja dostałam jedynie odpowiedzi, że badają sprawę i że niby jest nadzieja. Opublikowali tę ostateczną listę zakwalifikowanych, a dopiero kilka dni później otrzymałam list, w którym napisali coś w stylu tego, że mieli za mało dowodów. Po ustnym już niczego się nie da udowodnić. Komisja się i tak wytłumaczy. To jest najgorsze. Dobrze, że jednak nie wszystkie komisje są tak... perfidne i ustawione. Cieszcie się, dziewczyny, że trafiłyście na normalnych ludzi, to naprawdę duży powód do radości. I cieszcie się, że dla Was wszystko tak dobrze się skończyło, przy takim sukcesie naprawdę nie ma czego żałować. :) Szczególnie jeśli w przyszłym roku czekają Was matury "królików doświadczalnych" - jak mnie. Ja po prostu noszę tę historię w sobie od marca i chciałam się z tym podzielić z osobami, które może nie wiedzą, co w niektórych miejscach się dzieje i co może o wszystkim zadecydować. Nie zawsze tak jest, bo jak widać Wasz trud się opłacił, czego Wam gratuluję. :) Jednak zdarzają się też inne rzeczy, o czym otchłanie Internetu milczą.
UsuńEgzaminy ustne powinny być nagrywane, bo inaczej udowodnienie czegokolwiek jest niemożliwe - tak jak napisałaś, komisja się wytłumaczy, a wiarę daje się raczej tym wyżej postawionym. Dziwne, że KG nie przekonało nawet to, że na ustnym odpadła osoba, która miała na części pisemnej tak wysokie wyniki... Cóż... Mogę spytać, który to okręg jest taki nieuczciwy?
UsuńApplebloom
Też jestem tego zdania, Applebloom, ale niestety tylko oni mają wpływ na sposób przeprowadzania egzaminów. Tak, to smutne, że nic nie potrafiło ich przekonać, żeby zrobili z tym coś więcej. Nawet te wszystkie tabelki, które wysłała im moja nauczycielka, a które pokazywały, jak wyglądał mój wynik na tle kraju. Pewnie, że mogę Ci powiedzieć, który to okręg, tylko wyślę Ci to w wiadomości prywatnej np. na Wizażu, dobrze? :)
OdpowiedzUsuńCześć, koledzy i koleżanki :) Pozwolę sobie też wypowiedzieć się w trochę wszak mi znanym temacie OLiJP. Może i moje luźne przemyślenia komuś się przydadzą. Niecierpliwych proszę o przewinięcie na koniec.
OdpowiedzUsuńLaureatką zostałam w pierwszej klasie - z drugą lokatą, lecz nie bez trudności. Nie zliczę, ile razy miałam wrażenie, że to mój okręg funkcjonuje w sposób najbardziej zawikłany, dziwaczny i w ogóle nie tak, jak być powinno. Nieprawidłowe ocenienie prac, niemal całkowicie jawne podpowiadanie przez kobietę z komisji w trakcie etapu okręgowego, potem zmiana punktacji i paląca niesprawiedliwość wobec tych, którzy ze swoich 59 czy 48 punktów spadli na 20 parę. Mnie jednak trafem udało się prześlizgnąć przez wszystkie śliskie intrygi i zajechać do Konstancina z sercem przepełnionym spokojem i radością, że w ogóle się tu znalazłam. Nie miałam bowiem cienia nadziei na laureata - nawet o tym nie myślałam. Pracę pisało się przyjemnie, książki czytało rozwijająco, kontakty ze starszymi kolegami nawiązywało owocnie, a poruszane problemy spędzały mi sen z powiek i wpłynęły na mój światopogląd w sposób niezaprzeczalny. Etap rejonowy to ogromne zdenerwowanie i poniżające ataki paniki - nie wiem czemu, bo komisja na ustnym przynajmniej zewnętrznie okazywała klasę godną piastowanego stanowiska i przyjmowała moje nieskładne tłumaczenia z uśmiechem mentorskiej wyrozumiałości. Na pisemnym zaś moja praca przeszła jakoś (choć w tym roku, po zmianie regulaminu, już by się to nie udało) mimo pewnych błędów rzeczowych i karygodnej kompozycji, co widzę teraz z przerażającą jasnością. Podkreślić muszę również przeładowanie przymiotników.
I wreszcie - finał. Zdawało mi się chwilami, że moje serce biło tylko dla tego dnia, że wszystkie chwile przeżyłam po to, by się tu znaleźć. Choć, podkreślę to ponownie, odczuwałam raczej radość niż niepewność. 10 wymaganych punktów byłam niemal pewna. Potem zaś - różowe blaski jutrzenki. Wśród uroków naszego ośrodka stworzyłam jakoś cudnej urody pracę, wyglądającą z zewnątrz jak pobazgrany śmieć, zdobny w zawiłe przemieszczenia akapitów, żmudną oprawę graficzną i pisaninę maczkiem tak drobnym, że sama już nie wiem, co tam było. Pisanie tej pracy było nieskończenie męczące - po sprawie natychmiast zasnęłam snem sprawiedliwego, a moje myśli szczęśliwie uwolnione został od mroków i burz olimpiady. Potem wyniki - przeszłam, och, co za niespodzianka - potem powtarzanie "żeby się nie poniżyć jeszcze bardziej wśród tylu mądrych ludzi" (bo naprawdę, widzę to wciąż wyraźnie, mój poziom wiedzy przedstawiał się dość licho) - ustny - komisja jak tylko się da miła, spokojna i łagodna. Strzelałam gafę za gafą, mówiłam trochę pobłażliwie o pracach pani X nie zdając sobie sprawy, że pani X siedzi przede mną, potem lekceważąco zbyłam temat, w którym inny pan z komisji okazał się wybitnym specjalistą. Ale starałam się przekonaniem bronić tych, w których wierzyłam, i z takim zapałem, z jakim wypowiadałam się o moich zagadnieniach, długo jeszcze nie będę przemawiać.
W pociągu zaskoczenie. Nie mogłam uwierzyć, nawet się nie cieszyłam. Było to jednak niewątpliwie bardzo miłe. Opisów rozwlekłości w rodzaju uroczystości wręczenia nagród miłosiernie oszczędzę.
I parę rad dla niecierpliwych:
Usuń1. OLiJP to żadna wielka sprawa - mam tu na myśli to, że nie jest gwarancją Twojej inteligencji i oczytania. Być może, że się obkułeś i miałeś szczęście. Odpadły osoby, które, moim zdaniem, miały w sobie iskrę geniuszu, a w każdym razie były bardzo zorientowane, bardzo zdolne i bardzo, bardzo dużo wiedziały na wszelkie tematy z literaturą związane.
2. Pierwsza klasa? Startuj! Nic to, że nie przerabiałeś romantyzmu, że realizujesz program podstawowy, że nie uczyłeś się jeszcze, kto Krasicki, a kto Kraszewski. Jeśli ktoś jest naprawdę dobry np. z Młodej Polski, moim zdaniem jest możliwe, że oprze wszystko na Młodej Polsce z niewielką tylko domieszką innych epok i da radę. Nie warto przejmować się tym, że ktoś Ci odradza udział ze względu na zbyt niski poziom wiedzy - uważam, że to kwestia indywidualna. Znałam gimnazjalistów mądrzejszych od maturzystów z szóstką z rozszerzonego polskiego na świadectwie.
3. Warto poświęcić parę nudnawych lekcji dla przygotować - możliwe, że wyjdziesz na tym bardzo dobrze, bo zastraszająca część godzin szkolnych to żałosne marnotrawstwo czasu.
4. Nie denerwuj się. Tak, to cudowna rada, która zmieni całe Twoje postępowanie. Tak czy inaczej - polecam zdroworozsądkowe podejście do sprawy. Zawsze też warto się pomodlić, choćby o spokój ducha.
5. Na koniec subiektywna rada - nie przesadzaj z nauką. Zdarzało mi się pisać do czwartej w nocy, ale wynikało to bardziej z tego, że sama nie mogłam się oderwać. Poza tym wysypiałam się, spędzałam czas w domu, bywało, że czytałam książki w żaden sposób niedotyczące listy lektur. Po części wynikało to z mojego przekonania o braku szans na tytuł laureata - po części jednak w jakiś sposób okazało się słuszne. Sama nie wiem, czy to było szczęście głupiego? Możliwe.
W tym roku temat już wybrałam. Czas zakasać rękawy i zmierzyć się z majestatem literatury...
Czyli zostałaś finalistką i bierzesz udział kolejny raz, dobrze rozumiem? :)
UsuńZostałam laureatką i startuję znowu :)
UsuńA w sumie po co? Nie lepiej byłoby ze sceny zejść niepokonanym? Nie ustąpić miejsca następnym? :)
UsuńNie, dlaczego? To ciekawa przygoda i, jak pisałam, wiele się nauczyłam. Nie zamierzam rezygnować, póki jeszcze mam możliwość startu. Poza tym niezbyt dobrze dogaduję się z kolegami w szkole i OLiJP to coś w rodzaju kotwicy, na czym mogę się oprzeć przez nadchodzący rok. ;) Należy też oczywiście pamiętać, że specyfikę konkursów stanowi między innymi losowość wygranej i nie mam żadnej gwarancji, że w ogóle "zajmę" komuś miejsce, bo być może tym razem nie przejdę nawet etapu rejonowego.
UsuńA nie pociągają Cię inne olimpiady i konkursy?
UsuńCóż, myślę jeszcze o Olimpiadzie Filozoficznej. Poza tym czasem wystartuję w jakimś konkursie literackim, ale traktuję to dość lekko.
UsuńTak z ciekawości: na jakie studia się wybierasz? :)
UsuńWielki dylemat, właściwie nie wiem. Obecnie jestem prawie pewna łączonej polonistyki i historii, ale rozważam też różne filologie, a w porywach nawet bibliotekoznawstwo czy podobne różności. Więc, jak widzisz, "humanistycznie" i z szerokimi perspektywami. ;)
UsuńA na jakim uniwersytecie?
UsuńMyślę o UJ albo UAM (czyli o wiele bliżej mojego miejsca zamieszkania). Może masz jakieś sugestie? :)
UsuńNie, nie mam sugestii :)
UsuńDziewczyny, a jak to jest z tymi uprawnieniami i przywilejami finalistów i laureatów? Czy to prawda, że jedni i drudzy mają takie same?
OdpowiedzUsuńNie. I finaliści, i laureaci mają 100% z matury, ale uczelnie wyższe traktują ich inaczej - laureat to automatyczne przyjęcie na wiele humanistycznych kierunków, a finalista już niekoniecznie. To zależy od uniwersytetu :)
UsuńAle finalista też otwiera wiele uniwersyteckich bram, szczególnie jeśli przy rekrutacji jest adnotacja "laureaci i finaliści takich a takich olimpiad przyjmowani są w pierwszej kolejności". Mnie to się przyda, ale nie tak, jak na filologię - jam finalistka OLiJP, a wybieram się na medycynę. Całe szczęście jako drugi kierunek wybiorę antropologię, gdzie polski jest bardzo mile widziany, a tu maturka na 100% :)
UsuńSzczere Kocisko - pytanie będzie banalne - od czego zacząć i jak samemu się uczyć? Moja nauczycielka nie jest zbyt pomocna, a ja pod tym względem 'zielona'...
OdpowiedzUsuńWydaje mi się, że podstawą jest wybranie tematu i czytanie, czytanie, czytanie - niekoniecznie lektur :) ponadto możesz zacząć rozwiązywać testy językowe z poprzednich lat, są na stronie olijp, i wprawiać się w pisaniu prac, również na tematy z lat ubiegłych. Muszę się przyznać, że ja w żaden sposób nie przygotowywałam się na podstawie programu nauczania, choć jeśli nastawiasz się na pisanie analiz interpretacyjnych, to może się przydać :)
UsuńTemat już wybrany :) zastanawiałam się tylko jak i czy w ogóle ogarniać szczegółowo samemu epoki itd?
UsuńNo ja tego nie robiłam, więc nic nie poradzę :)
UsuńWitam,
OdpowiedzUsuńPrzyznam, że znalazłam ten artykuł szukając informacji o drugim etapie olimpiady (jest on już za tydzień...). Szczerze, nie wiem czego do końca się spodziewać, ale po przeczytaniu twojej wypowiedzi jestem... spokojniejsza?
Cały weekend spędziłam nad gramatyką i ogólnie nad nauką o języku, czego najbardziej się boję.
Co do wypracowania nienawidzę lektur. Jestem matematykiem i całą swoją nadzieję pokładam w tym, iż będą tematy z XX i XXI wieku lub coś, do czego można dać nowoczesne książki.
Dlatego pociesza mnie fakt, iż sama też przygotowywałaś się do rozprawki i przeszłaś dalej.
Co do reszty... Zobaczę, jednak nigdy nie miałam takiego podejścia, że olimpiada to wszystko. Nie spodziewałam się, ze przejdę dalej (odłożyłam pisanie pracy na ostatnią chwilę, czyli na grudzień...), więc jestem z siebie i tak zadowolona.
Jednak twoja wypowiedź dodaje mi otuchy, że może nie będzie tak źle. Choć kilka nieprzespanych nocy już za sobą mam...
Croy
Ja w olimpiadzie startuje już po raz trzeci. W tym roku miałam nie brać udziału, wydawało mi się to bez sensu tym bardziej, że rok temu zostałam potraktowana w dość niesprawiedliwy sposób, co wiązało się właśnie z tymi tajemniczymi weryfikacjami.
UsuńHistoria jest dość prosta. Już w pierwszej klasie postanowiłam wziąć udział w olimpiadzie. Bardzo zdziwiona swoimi wynikami dotarłam do etapu ustnego, którego nie przeszłam z własnej winy. Po prostu nie potrafiłam odpowiedzieć na dwa z trzech zadanych mi pytań. Co prawda, były to pytania zupełnie niezwiązane z moją pracą, o co mogłabym mieć żal do komisji, ale do dziś wiem, że wtedy niedużo jeszcze umiałam. W zeszłym roku wzięłam udział ponownie. Praca z etapu pierwszego została oceniona na maksymalną ilość punktów. Etap pisemny przeszłam, jednak wynikiem byłam trochę rozczarowana. Później etap ustny i po raz kolejny się udało. Właściwie byłam już w finale. Miałam wystarczającą ilość punktów, aby się w nim znaleźć. Po czym ogłoszono weryfikację. Błędy związane z ocenianiem prac czy też wypowiedzi ustnych nie wydarzyły się co prawda w moim okręgu jednak uważam, że jestem jedną z osób, która najbardziej ucierpiała na zeszłorocznych nieprawidłowościach i dziwactwach komisji. Okazało się bowiem, że ani test językowy ani etap ustny się nagle nie liczą (zarówno z testu jak i odpowiedzi ustnej miałam bardzo dużo punktów), a po weryfikacji próg przejścia pracy pisemnej został podniesiony. W ten sposób jako osoba, która wcześniej miała wystarczającą ilość punktów, aby się w finale znaleźć, po weryfikacji zabrakło mi dwóch punktów. To była tragedia. Wiązałam z tą olimpiadą bardzo duże nadzieje i przede wszystkim własne poczucie wartości. Po rozczarowaniach z zeszłego roku (gdyby one chociaż były spowodowane moimi brakami, niekompetencją czy brakiem miłości do tego za co się zabrałam, ale miłość jest olbrzymia) w tym roku miałam nie brać udziału. Nie potrafiłam się jednak poddać i finalnie znów napisałam pracę. Zgarnęłam 60 punktów mimo, że praca została napisana bardzo szybko. Zajęło mi to tylko kilka dni, a ze wstydem muszę się przyznać, że nie przeczytałam żadnej książki specjalnie w tym celu, po prostu trafiłam na temat, który interesował mnie już wcześniej i udało się. Wczoraj był etap pisemny. Napisałam pracę, jednak jestem bardzo niepewna swojego wyniku, a jeszcze bardziej niepewna testu językowego. Mówiąc szczerze to jestem przekonana, że znów mi się nie udało. Nie dlatego, że byłam nieprzygotowana, bo włożyłam w tę olimpiadę trzy lata pracy, a ostatnio nie robiłam niczego innego poza nauką właśnie do niej. Podporządkowanie życia olijp nie jest więc gwarancją sukcesu. A zeszłoroczne rozczarowania wciąż we mnie siedzą i bardzo bolą. Nie warto wiązać z tą olimpiada niczego, bo można mimo ogromnych starań, nawet częściowych sukcesów, zostać bardzo skrzywdzonym i spędzić wiele godzin płacząc i bardzo się denerwując.
Gratuluję Wam sukcesów ;) jednak naprawdę poza umiejętnościami trzeba mieć też szczęście