Znamy wielu takich, u których ten mechanizm nie występuje,
którzy są radośnie bezmyślni. Więcej szczęścia niż rozumu, prawda? Ale pomyślcie, czy nie jest to całkiem
niezgorsza opcja? Taki nieuświadomiony optymizm, robienie wszystkiego na hura, z pozytywnym nastawieniem i bez
jakiegokolwiek przygotowania. Jakim cudem to w większości przypadków wypala?
Skoro nie wypalają pomysły dokładnie opracowane, rozrysowane i wyliczone, to
takie całkiem spontaniczne porywanie się w motyką na słońce nie powinno mieć
racji bytu…
Pomijając przypadki, w których głupota ludzka prezentuje nam
swoje popisowe numery, a nasi bezmyślni bliźni pakują się w tarapaty na własne
życzenie i własną odpowiedzialność, może to właśnie zbytnie analizowanie
każdego aspektu naszych zadań sprawia, że nie możemy sobie z nimi poradzić. Bo
hej, środowisko doświadczalne, jakim jest świat, jest cholernie zmienne, dla
nas często wręcz nieprzewidywalne i niejednokrotnie absurdalne (w sumie
wszystko dzięki pojawiającym się w rzeczywistości nagminnie innym ludziom), a co za tym idzie, nasze
idealnie dopracowane plany stają się wobec nieuchronnej zmiany czynników
zewnętrznych nieaktualne.
Wniosek jaki się tutaj nasuwa nie napawa optymizmem.
Rozmyślanie jest nieżyciowe. I chyba zaczynam rozumieć ludzi nieprzejmujących
się światem zewnętrznym, którzy są skłonni raczej oszczędzać siły swojego
umysłu na próby rozwiazywania paradoksów filozoficznych, analizowanie
skomplikowanych w odbiorze dzieł sztuki i poszerzanie horyzontów swojego
skupionego na abstrakcji rozumu.
Jako, że ten wpis jest bardziej dla mnie, niż dla was, a
jego morał powinien trafić głównie do właściwego adresata, napiszę tylko: nie
myśl, tylko leć…
Szczere Kocisko
Zgadzam się w bardzo wielu kwestiach: używanie rozumu do spraw przyziemnych jest jak dla mnie mało pasjonujące i ważne. Zwłaszcza jeżeli chodzi o sprawy całkiem błahe- jak wielu ludzi nie potrafi odróżnić byle gó..a od naprawdę ważnych problemów! Zastanawianie się pięć minut czy wziąć parasol jeżeli chmury są średnie, jaki autobus wybrać żeby zdążyć, obliczanie długości trasy tego autobusu z prawdopodobieństwem opóźnienia...Niektórzy tylko tym żyją i tylko tym zajmują mózg. Nie wytrzymuję z takimi ludźmi. Co to za różnica jak długo autobus będzie jechał? Hipis ma wręcz takie szczęście, ze jak nic nie planuje, zawsze zdąży. Wsiada do nieznanego sobie tramwaju i dojeżdża na dworzec w idealnym czasie. Co innego kiedy musisz zaplanować tygodniową wędrówkę dla kilku osób albo festiwal w swoim mieście. Paradoksem jest, że takie ważne sprawy są zazwyczaj o wiele mniej przemyślane i dezorganizacja wpycha się wszystkimi kątami.
OdpowiedzUsuńJest wiele przyjemniejszych rzeczy do obmyślenia, np. częstotliwość występowania motywu ojca w dziełach sztuki.
Coś podejrzanie często się z sobą zgadzamy ostatnimi czasy :D
UsuńI w tym momencie zaczęłam zastanawiać się, jakbym opracowała motyw ojca w kulturze, zadanie na wieczór! :)
Coś w tym jest.
OdpowiedzUsuńMoim zdaniem myślenie abstrakcyjne jest pewnego rodzaju przywilejem człowieka - no i po coś się chyba w toku ewolucji wykształciło... A może jest ono skutkiem ubocznym jakichś zmian w mózgu? Ostatnio rozmawiałam ze znajomym psychiatrą na temat schizofrenii; według pewnej teorii schizofrenia jest ceną, którą płaci ludzkość za rozwój mowy. Choroba nie została zaobserwowana u zwierząt, więc próbowano ją łączyć z właściwymi człowiekowi umiejętnościami. O powinowactwo z ją jednostką chorobową "oskarżono" mowę...
Widzę tu pewną analogię do opisanego przez Ciebie problemu. Myślenie, które ma nam pomagać, często nam szkodzi. Nie do końca wiem, jak nazwać owo "zwierzątko" (instynkt? Intuicja? Odruchy? Podświadomość? Głos serca?), ale fakt faktem, że często wie ono lepiej niż rozum, co w danym momencie jest dla nas właściwe. Dobrze, że potrafimy przewidywać różne sytuacje i przez to chronimy się przed niebezpieczeństwami, aczkolwiek zdecydowanie zbyt często okazuje się, że przesadziliśmy. Zamiast rozwiązać problem, doszukujemy się wszystkich pęknięć, przez które nasz plan może runąć. W skrócie - robimy z igły widły.
Mam wrażenie, że nadmierne myślenie może generować niepotrzebne problemy i przez to wpływać na jakość naszej codziennej egzystencji. Chcecie przykładu? Wystarczy zimą spojrzeć na wszystkie metrowe dzieciaki śmigające na nartach "na wyczucie" i porównać je ze "sztywnymi" dorosłymi, którzy zamiast poczuć narty, rysują na białym śniegu wektory i tory ruchu.
Podsumowując tę przydługaśną wypowiedź: Myśleć, Kocie, można - byle z umiarem. :D
To teraz ja krótko, bo nie pozostaje nic do dodania: masz rację ;)
Usuń