![]() |
| To nie jest moja szkoła. To liceum, które skończyła moja mama, liceum, w którym mierzyłam się ze swoim kochaniem OLiJP'em... |
Zacznę od bolesnej
informacji. Wiadomo przecież, że nieprzyjemności należy załatwiać szybko i
niepostrzeżenie, niczym sprawne cięcie nożem, a delektować się rzeczami nam
słodkimi, celebrować je. Nie przedłużając – bliżej nam niż dalej do końca
wakacji. Raptem kilka tygodni i po raz kolejny trzeba nam będzie zasiąść na
zupełnie nieegronomicznych krzesłach i zawisnąć nad ławkami (lub pod nimi –
wersja dla amatorów przeglądania Facebook’a na lekcjach nibyukratkiem). Szczególne
szczęście mają tylko świeżo upieczeni studenci, którzy wakacyjną wolnością mogą
cieszyć się o miesiąc dłużej! Warto przypomnieć, że mnie ten przywilej będzie
dotyczył w przyszłym roku. Uniwesytecie Warszawski, Wydziale Filozofii,
Kognitywistyko – cierpliwości!
Naturalną sprawą jest
dla mnie, że wraz z początkiem sierpnia w mojej głowie pojawiają się myśli osadzone
w temacie szkoły, edukacji i jakże ambitnych planów, które swoje
odzwierciedlenie w rzeczywistości znajdą pewnie tylko w pierwszym trymestrze (pierwszych
trzech miesiącach) roku szkolnego. I zauważyłam coś ciekawego. Wielu ludzi, w
tym i ja, chętnie stawia w wakacje na… rozwój intelektualny? Lub coś w
okolicach rozwoju intelektualnego. Co to dla mnie oznacza? Przykładowo,
czytanie o psychologii, filozofii, społeczeństwie, modzie (no dobra, chciałabym
poczytać o modzie, którą jak najbardziej uznaję za dziedzinę sztuki , ale jakoś
nie miałam okazji, a jestem w tym temacie na tyle nieobeznana, że naprawdę
warto byłoby się trochę poedukować…). Co to oznacza w mniemaniu innych? Może
powtórki z chemii, zadanka z matematyki, męczenie książek o historii albo
przygotowywanie się do olimpiad… Mam wrażenie, że ta wakacyjna edukacja
przychodzi nam dużo mniejszym nakładem energii i siły woli. Robimy to, bo
chcemy. No cóż, niektóry robią to, bo chce tego od nich widmo matury, które
zdążyło usiąść im na plecach... Ja chyba jestem na to odporna, obawiam się
nawet, że na ogólnorocznikowy szał maturalny zareaguję wyparciem. Być może z zaliczonym na 100% językiem
polskim w kieszeni mam do tego prawo, ale pewna nie jestem…
Dlaczego nie chcemy
korzystać z tego, co oferuje nam szkoła? Pomijając przypadki, w których szkoła
oferuje niewiele lub nie oferuje nic, sądzę że chodzi o świadomość. Świadomość
tego, że właściwie nie musimy chcieć, by coś robić. Że nie wymaga się od nas
szczerych chęci, ale wymiernych efektów, czasami widocznych gołym okiem śladów
aktywności. Jasne, wielu nauczycieli chciałoby wymagać szczerych chęci,
wymagają ich, ja jakże, ale nie mają właściwie żadnego narzędzia umożliwiającego egzekwowanie chęci,
szczególnie tych szczerych… Szkoła bywa opresyjna, nie bez powodu na podstawach
filozofii rozmawialiśmy o niej w kontekście panoptikonu. Łatwo w niej o
przekroczenie granicy między edukacją a czymś, co edukację parodiuje, co się
pod nią podszywa. Z jakiego
przedmiotu/przedmiotów jestem najsłabsza i pamiętam najmniej? Z geografii,
której lekcje w gimnazjum były farsą z Dawidem Kwiatkowskim i nauczycielką w
rolach głównych, obejmującą również wychodzenie w klasy przez okno, rzucanie
cyrklem i absurdalne uwagi w dzienniku… Następnym przedmiotem, z którego
wyniesioną wiedzą wolałabym się nie chwalić jest historia. W tym przypadku nie
farsy chodziło, a o stres. Szczególnie w liceum, muszę przyznać… Bo co z tego,
że na lekcje byłam nauczona, oscylowałam w granicach tych 65-70%, skoro teraz
pamiętam bardziej emocje towarzyszące lekcjom, niż ich faktyczną treść? Może to
dla tego, że – jako kobieta, chyba – mam dużo lepszą pamięć do emocji niż do
faktów? Co o tym sądzicie?
Hej, czy szkoła
ułatwiając w założeniu naukę, w rzeczywistości jej nie utrudnia i nie
wyjaławia? Bogowie, dajcie mi dłuższe wakacje, jeszcze nie przeczytałam całej „Pochwały
niekonsekwencji” Kołakowskiego!
I małe pytanko do was:
czy są wśród was ludzie planujący spróbować swoich sił w olimpiadzie literatury
i języka polskiego? A jeśli znajdą się tacy, to czy są zainteresowani mały
poradnikiem, który objaśniłby, czego się spodziewać, jak do tego podejść i czy
taki diabeł straszy? Chętnie napisałabym coś takiego, swoje obserwacje mogłabym
nawet wesprzeć słowami swoich
olimpijskich znajomych, ale nie wiem, czy czytalibyście… J
Szczere Kocisko

Kocie, jak widać nie tylko ja wiąż kręcę się wokół OLiJP! :D
OdpowiedzUsuńUzgodniłam ze swoim polonistą, że w tym roku to ja aktywnie przygotowuję ochotników, o ile tacy się u nas znajdą. Udzielam się aktywnie na forum olimpiadowym i - kurczę, nie wierzę, że to piszę - zazdroszczę dziewczynom, że biorą w tym udział! Poszłabym jeszcze raz, mimo tych wszystkich nieprzespanych nocy, trzech segregatorów z kserówkami i wyzwisk rzucanych pod adresem przedstawicieli romantyzmu. Było super, szczególnie trzeci etap był świetny! Chociaż i tak uważam, że w tym roku tematy nie są tak interesujące, jak w NASZYM. ;)
W ogóle muszę to skomentować - no muszę! - że KG miał do końca czerwca podać bibliografie i opracowanie do wszystkich tematów pierwszego etapu; wciąż nie dodano nic o historycznoliterackim Różewiczu. Typowy KG. Finalistki pozdrawiają <3
Hahahaha KG jak zawsze na czas <3
UsuńRozumiem, że mogę liczyć na kilka słów od Bogini, jeśli przyjdzie mi pisać przewodnik po OLiJP'ie :D
Pewnie, nawet więcej niż kilka :D
UsuńCudnie <3
UsuńNo raczej, wakacje to jest właśnie najlepszy czas żeby się uczyć, zwłaszcza tego co NAS interesuje. Nie wyobrażam sobie spać do południa i marnować dzień na seriale i kwejka, no po prostu nie. Ta "nauka" to czysta przyjemność przecież, bo nic nie muszę, tylko chcę. Wakacje są cudowne. Kiedy będę miała czas na taką naukę? Przeciez nie w roku szkolnym...
OdpowiedzUsuńNo właśnie! I z jednej strony to budujące, że młodzi ludzie CHCĄ się uczyć, a drugiej to smutne, jak wypaczone jest szkolnictwo i jak mija się ze swoim celem...
UsuńSzkoła przestała być dla mnie złem koniecznym w momencie gdy znalazłem dla siebie miejsce w jej murach. Min. jestem redaktorem naczelnym szkolnej gazetki, gram w szkolnym zespole i kilka innych ciekawych rzeczy, które sprawiają, że czuję się odpowiednią osobą w odpowiednim miejscu :) Warto poszukać w swojej szkole jakiejś przestrzeni, w której się odnajdujesz lub czujesz się swobodnie. Dzięki temu łatwiej przychodzi poranne wstawanie i mobilizacja do nauki. Takie jest moje już trzyletnie doświadczenie :) wcześniej szkoła była mordęgą, a teraz z uśmiechem na twarzy paraduję po jej korytarzach - najważniejsze jest DOBRE nastwienie! Dobry wpis - już od jakiegoś czasu tu zaglądam i chyba się rozgoszczę ;)
OdpowiedzUsuńTeż nie mogę powiedzieć, że nie lubię chodzić do szkoły! Lubię - głowie ze względu na nauczycieli, to trochę dziwne, ale tak jest :) niestety okazuje się, że w swoim liceum nie znalazłam dla siebie żadnej takiej niszy i muszę się zadowolić byciem ewenementem - pół humanem, pół ścisłownem :)
UsuńNa wielu przykładach zauważyłam też, że funkcja w szkole nie robi dobrze uczniowi. Taki samorząd to się trochę odrywa od rzeczywistości ;)
Czytałabym. Gdyż w następującym roku zamierzam zmierzyć się z olimpiadą i ostatecznie ustalić, czy powinnam dalej kształcić się w kierunku jezyka polskiego, czy historii. Dwie miłości mojego życia, i co wybrać? Olimpiada zadecyduje.
OdpowiedzUsuńja nie umiem uczyć się w wakacje. Po prostu nie umiem uczyć się łatwo, mam kiepską pamieć, każdą bzdurę muszę wkuwać. Więc nie ma co liczyć, że coś dla przyjemności przeczytam i zapamiętam. Czytam ciekawostki historyczne, rozprawy historyczne, trochę klasyki literatury... Ale zostanie i tak pustka, no cóż. Nawet przeczytanie słownika mi nic nie pomoże.
Ba, nawet wiedzę o gitarach, moim hobby, muszę sobie powtarzać. :P
Ale myślę, że jak mnie strach przyciśnie pod koniec wakacji...
Moje szkoły jak na razie, wypaczyły mi tylko wiedzę fizyczną. Interesuje mnie nawet ten temat, co z tego, skoro lekcje fizyki to był cyrk na kółkach.
Ale np. do języka polskiego zachęciła mnie własna polonistka, tak samo do historii.
pozdrawiam
Super, bardzo się cieszę, że spodobał Ci się mój pomysł! :)
UsuńMoże podchodzisz do uczenia się od złej strony? Kolorowe notatki, coś?
Inspirujące polonistki rządzą <3
Oczywiście, przewodnik po Olimpiadzie z Polaka będzie cennym materiałem :)
OdpowiedzUsuńOch, bardzo się cieszę :)
UsuńDla mnie szkoła, czy nauka w niej, to głównie godziny spędzone nad rzeczami, których nie potrafiłam pojąć i wieczne wymagania, że "mogło być lepiej" - co z tego że uczyłam się praktycznie non stop. Dlatego zdecydowanie za nią nie tęsknię, tym bardziej że perspektywa testu gimnazjalnego przeraża mnie okropnie (nie chcę nawet myśleć co będzie przed maturą...). Szkoła? Stres, złość, smutek, brak wiary w siebie... chyba nie o to chodziło moim nauczycielom, wierzę że mieli dobre chęci, ale... cóż. Nie chciałabym powiedzieć, że wszystko w niej jest złe - bo wielbię moją polonistkę, tak na przykład - ale zdecydowanie mam z nią więcej złych niż dobrych skojarzeń.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Ej, to przykre! Może warto zacząć od rzeczy, na która masz wpływ - nauczycieli nie pozmieniasz, ale może spróbuj uwierzyć w siebie i wartość stojącą za czasem, który wkładasz w naukę :)
UsuńW szkole jest mi się łatwiej uczyć, bo wszyscy inni to robią, mam nauczyciela przed sobą i wytyczne, gdzie zacząć, gdzie skończyć. Natomiast edukacja w domu uczy samozaparcia i tym bardziej jestem z niej dumna, im mniej chce mi się wstać rano w środku wakacji (a tylko przed południem umiem pracować). Myślę, że z liceum wyciągam więcej wiedzy (a obecnie uczę się już tylko tego, co mnie interesuje), ale z domu więcej praktycznych umiejętności takich jak zdolność do skupienia, wytrwałość, dążenie do celu. Kompletna zmiana myślenia od "ktoś mi mówi, czego potrzebuję" po "ja robię to, co chcę". To jest przyjemne. Chociaż uwielbiam moją szkołę.
OdpowiedzUsuńTo chyba dość niezła równowaga w korzystaniu z dobrodziejstw szkoły i nauki w domowym zaciszu. Fajnie! W sumie też nie mogę się skarżyć na brak tej równowagi, ale wiem, że niektórym ludziom trudno ją znaleźć ;)
UsuńJak dla mnie trudno w ogóle określić czym jest nauka. Czy liczy się czytanie porządnej literatury, oglądanie klasyki filmowej dla zwykłej przyjemności, czy w ogóle coś czego nie wykuwamy na pamięć liczy się za naukę? Przez szkołę przyzwyczaiłam się, że nauka to te ciemne i ciche godziny zakreślania ołówkiem kolejnych linijek i powtarzanie ich w nieskończoność, aż do totalnego zapamiętania. Tymczasem mi o wiele lepiej uczy się przez używanie czynne danych terminów czy zagadnień.
OdpowiedzUsuńDlatego wszystko czytam po kilka razy :) Np. w te wakacje przeczytałam dwa słowniki motywów literackich. Mogłam sobie porównać co który ma do zaoferowania i jednocześnie niektóre hasła przeczytać po dwa razy. A jakby co i tak wszystkie motywy są w ,,Małej apokalipsie" :D
Z chęcią bym przeczytała poradnik do olimpiady, bo biorę w niej udział w tym roku, ostatni dzwonek, druga klasa liceum! To taka moja mała duma, bo mnie jedyną polonistka wytypowała sama do olimpiady, więc nie mogę jej teraz zawalić :)
Kurczę, to chyba nigdy się niczego nie uczyłam... W sensie te ciche i ciemne godziny w ołówkiem i kuciem są dla mnie abstrakcją :D
UsuńOkej, grono czytelników-olimpijczyków rośnie, cieszę się niezmiernie! Super, bo mogę zacząć przygotowywać ten wpis :)
Cóż, wakacje dają mi czas na rozwój. Fizyczny - na rowerze, w górach, na kajakach itp, intelektualny oraz znajomości (o ile znajomi nie powyjeżdżają wszyscy w jednym czasie). No i wreszcie mam czas pokończyć robótki... :D O szkole zaczynam powoli myśleć...
OdpowiedzUsuńKocisko, ja Ci normalnie ołtarzyk postawię! Olijp kusi tematem o teatrze i chciałam Cię jakoś delikatnie wypytać o to, co i jak, a Ty sama wychodzisz z inicjatywą :D jestem za! Obiema rencyma :)
Ojej, naprawdę mega mnie cieszy odzew w tej sprawie! <3
UsuńZnam problem wszystkich znajomych wyjeżdżających w jednym momencie :P