Choć kiedy próbuję się poważnie nad tym zastanowić, dochodzę
do wniosku, że jestem szczęśliwa, dość życzliwa, by mieć przyjaciół i całkiem
entuzjastycznie nastawiona do świata, muszę przyznać, że raz na jakiś zdarzają
mi się zjazdy, podczas których potrafię tylko płakać, pokrzykiwać, smucić się,
tańczyć w pustym pokoju do Joy Division, Crystal Castles i The Knife, urządzać
dramaty. Sytuacja powtarza się średnio raz na kwartał. Przy czym raz na rok
uznaję, że należy stworzyć siebie na nowo i nie dopuścić do ponownego okresu
przygnębienia. Tak, zwykle mijam się z pierwotnym celem, ale każde takie reinventing myself to jakiś kroczek ku
samodoskonaleniu i znajdywaniu siebie. Mam 18 lat, więc jestem jeszcze raczej
emocjonalnie i psychicznie na etapie poszukiwań i zmian, niż spójności i
stabilności. I to jest ok.
Tylko, że właśnie mnie taki dół dopadł. Po pierwsze – żyję
bez rytmu, który przez większość życia nadawała mi szkoła. Łatwo się w tym
zagubić. Żyję planami, które w ostatniej chwili muszą się zmieniać, doprowadzając
mnie do pasji, odraczaną w nieskończoność gratyfikacją, nieprzyznanymi
stypendiami i myślą, że może w końcu, kiedy będę miała rekrutację na studia i
szukanie lokum za sobą, pobędę przez kilka chwil spokojna.
Zwykle, kiedy odczuwałam smutek, stawałam się bardziej
twórcza, kreatywna, udawały mi się wiersze i opowiadania. Tym razem jest z tym problem. Rzeczony problem jest tym
większy, gdyż nic nie muszę. A mogę – wydawać by się mogło – wszystko.
Na pomoc przyszedł mi Austin Kleon. Właściwie to nie
przyszedł, tylko sama go sobie zdjęłam z półki i przeczytałam. Kleon w swojej
książeczce „Steal like an artist”, znanej głównie z hasła fake it until you make it stawia m.in. tezę, że brak ograniczeń
hamuje kreatywność. Że twórczość to umiejętne pozbywanie się tego, co
niepotrzebne. Ładnie się to wpisuje w to, co sama tworzę – teksty o minimalnej
ilości słów i (docelowo) maksymalnej ilości treści.
Wiedzieliście, że jedna z najlepiej sprzedających się książek
dla dzieci, czyli „Kto zje zielone jajka sadzone” Dr. Seussa składa się jedynie
z 50 różnych słów?
Kleon to też ten facet od czarnych wierszy, czyli newspaper blackout lub blackout poetry. A
że lubię czarne wiersze, a na żadne inne nie mam na razie siły ani pomysłu,
chwyciłam za gazetę, marker i przy akompaniamencie Ellingtona zaczęłam
wykreślać, wszystko, co nie jest moim wierszem.
Humor momentalnie poprawiony, a część wierszy naprawdę może się do czegoś przydać. Bo wykreślając, nie otrzymujesz przypadkowego tekstu, podświadomie wiesz, co chciałbyś wyrazić, artykuł jest tylko szkieletem, ograniczoną ilością słów, które czekają, aby zestawić je inaczej.
Poniżej kilka z moim dzisiejszych i wczorajszych tworów!




Brak komentarzy: