Im dłużej i
im więcej czytam Murakamiego, tym bardziej czuję, że spokojnie mogłabym stać
się pewnego dnia bohaterką jego książki. Choć za zbiór „Wszystkie Boże dzieci
tańczą”, od którego rozpoczęłam przygodę z panem Harukim, zabrałam się z dozą sceptycyzmu,
„Ciasta z miodem” i „Pan Żaba ratuje
Tokio” urzekły mnie. Potem przyszła kolej na „Przygodę z owcą”. No i wsiąkłam.
Przepadłam. Ten stan pogłębił się po przeczytaniu „Po zmierzchu”. Ostatnimi dniami zaaplikowałam sobie podwójną
dawkę tego realizmu magicznego w azjatyckim wydaniu i, no cóż, czuję się dość
mocno pod wpływem „Kafki nad morzem” i „Kroniki ptaka nakręcacza”. Spotykam ptaki, które nie odlatują, gdy robi
się im zdjęcie i nasłuchuję, jak nakręcają sprężynę świata. I po cichu proszę, panie Ptaku Nakręcaczu, mógłby pan trochę
zwolnić... W Japonii Murakamiego można siedzieć przez kilka dni na dnie studni i się tym faktem zbytnio nie przejmować. Można spędzić kilkanaście dni na przyglądaniu się ludziom lub czytaniu książek w leśnej chatce. Nikt nie przejmuje się upływającym czasem, mało kto wie, co dokładnie ma zrobić, żyje się tam na przeczuciu. Wsiada się w pociąg do gdziekolwiek, ucieka się (a ja lubię ucieczki), śpi się całymi dniami, uprzedziwszy o tym rodzinę i znajomych. Rozmawia się z kotami, gości się wielką żabę we własnym mieszkaniu, istnienie się równolegle w dwóch rzeczywistościach, a te lubią się na siebie nakładać. Dostrzega się tę oślizgłą galaretowatą grudę wewnątrz człowieka i stara się ją wydobyć. Czasem rozgniata się ją wielkim kamieniem otwierającym przejściem. Słucha się Duke’a Ellingtona. Ciągle słucha się Duke’a Ellingtona.
No dobra,
nigdy nie rzuciłam się w pościg za kimś po mieście, kierując się mglistym
przeczuciem, nie poszukiwałam żadnej szczególnej owcy, ani żadnej owcy w ogóle,
ani nie powiedziałam nigdy na głos „Hajime, kiedy patrzę, jak prowadzisz, niekiedy
mam ochotę chwycić za kierownicę i gwałtownie skręcić”. I wcale nie dlatego, że
nie znam nikogo imieniem Hajime. Ale siedzę, nie mogę pozbierać myśli, dużo
czytam przy akompaniamencie „Jazz Inspirations” Ellingtona i śnią mi się dziwne
rzeczy. I myślę w dość podobny sposób - nie lubię nadmiaru słów i czasem lubię
zbyt często używać jednego słowa lub jednej konstrukcji. Szukam szczęścia na
loteriach, ubrania są ważną częścią mojego życia. No i lubię nieistniejącemu
słuchaczowi w wolnych chwilach opowiadać całą historię swojego życia i wszystkich
zawodów. Ja dialogowe tak bardzo.
Pamiętam
moment, w którym czułam się NAPRAWDĘ jak postać z Murakamiego. Połowa stycznia,
czwartek, dwie godziny przed moim pierwszym wygranym turniejem jednego wiersza.
Idziemy z mamą do niedawno otwartej azjatyckiej
knajpki na obiad. Dostaję dopiero co wyjęte z zamrażarki i podgrzane w
mikrofali sajgonki, z sosem tak ostrym, że płaczę i jeszcze ostrzejszą zupę
składającą się w większości z tłuszczu pachnącego podejrzanie. I herbatę. Siedzimy,
nie mówimy nic o jedzonym posiłku, czas odmierza złoty maneki-neko pozdrawiając
przechodniów bez ustanku. Ludzie pojawiają się i znikają. Jakiś głodny
gimnazjalista, hałaśliwy król osiedla, biznesmen krzyczący do swojego telefonu „TY
OSZUŚCIE MATRYMONIALNY!!!”. Wchodzą, wychodzą, a złoty kotek cały czas macha
łapką. Zupa dalej nie do zjedzenia, ale przemagam się. I myślę,
że warto byłoby to wszystko opisać, choć nie umiem zrobić tego, jak należy.
Nagle przyszło mi do głowy, że nie mam
apetytu, bo brak we mnie literackiego realizmu.
Brak komentarzy: